Wpisz i kliknij enter

Interpol – Turn On The Bright Lights


Minęły ponad cztery lata od momentu ukazania się tej płyty, ale niewykluczone, że „Turn On The Bright Lights” jest jeszcze bardziej orzeźwiająca dziś niż wtedy. Bo wtedy tak jak Interpol grało zaledwie kilka kapel, dziś gra w ten sposób co druga (Editors, She Wants Revenge, The Departure… mam wymieniać dalej?). Mimo niewątpliwej oryginalności, nigdy nie rozpatrywałem nowojorskiego kwartetu w kategoriach wizjonerstwa czy innowacyjności. Interpol nie odkrywa żadnych muzycznych lądów, raczej umiejętnie eksploruje te znane i przedstawia ich własną interpretację. Przede wszystkim jednak członkowie grupy wykazują rzadki talent do łączenia świetnych, chwytliwych melodii z niesamowitą atmosferą. Grać melodyjnie potrafi byle Oasis; by umieć stworzyć odpowiedni klimat, trzeba po prostu mieć w sobie jakąś iskrę bożą. Chłopaki z Interpolu niewątpliwie ją mają.
Wielu połamało sobie zęby na określeniu stylu uprawianego przez Banksa, Kesslera, Denglera i Fogarino. Do bólu powtarzana opinia głosiła bliźniacze podobieństwo do grupy nieodżałowanego Iana Curtisa, mówiło się wręcz o Interpolu że to„Joy Division XXI wieku”. To więcej niż uproszczenie, to nadużycie. Kilka wspólnych punktów między Nowojorczykami i Joy Division to m.in. melancholia i marazm przeplatane ze wściekłością, surowość brzmienia oraz wyeksponowana, motoryczna praca sekcji rytmicznej. Aliści to jeszcze za mało, by bawić się w takie porównania. Ja słyszę tu zdecydowanie więcej wczesnego REM, Echo and the Bunnymen, a momentami nawet Sonic Youth. Ale i takie zestawienie będzie krzywdzące, bo Interpol ma własny, łatwo rozpoznawalny styl.
Depresyjny riff gitary, sucha, choć wyrazista perkusja, ołowiany bas niemiłiosiernie ciągnący w dół i wyśpiewany melancholijnym głosem tekst: „Surprise me sometimes…”. Podniosłym „Untitled” (być może jeden z najpiękniejszych „openerów” wszech czasów) rozpoczyna się ten wspaniały album, i tak jest już do końca. Raz szybciej, raz wolniej, ale zawsze wybornie. Zwykle na granicy rozpaczy, a niekiedy daleko poza nią. Zawsze melodyjnie, a nigdy banalnie. Zawsze porywająco, nigdy męcząco. Podejrzewam, że o tak dojrzałym debiucie jak „Turn On The Bright Lights” większość początkujących grup gitarowych może tylko marzyć. Jestem niemal pewien, że za kilkanaście lat nadal będzie się mówiło o tym krążku w samych superlatywach. On po prostu w pełni na to zasługuje.
2002







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
gs
gs
11 lat temu

„Surprise me sometimes…”?! W Untitled nie takiego fragmentu. „Surprise sometimes will come around, drugi raz to samo, I will surprise you sometimes, Ill come around, to samo, when youre down”. Odsłuchałem ten utwór (jak i cały TotBL) chyba z 1000 razy, więc jestem tego pewien. 🙂 Pozdrawiam entuzjastów Interpolu. 🙂

laudia
laudia
11 lat temu

Jedno nie wyklucza drugiego.

biolen
biolen
11 lat temu

dano nei czytałem recenzji w której autor przeczył by sam sobie – podaje celnie zresztą wiele inspiracji, którymi posiłkuje się Interpol, by za chwilę napisać, że Interpol ma sój włąsny styl. Fałsz logiczny, chyba, że ten własny styl polega na koligaceniu stylów innych zespołów i tworzenie własnej wypadkowej – tylko na ile własnej..właśnie

clatter
clatter
14 lat temu

bez wątpienia turn on the bright lights , to jedna z najlepszych (jeśli nie najlepsza) okołorockowych płyt tej dekady.

Polecamy

Irmin Schmidt – dyskografia

29 maja Irmin Schmidt obchodzi 82. urodziny. Przypominamy jego twórczość solową, tym samym zamykając przegląd dokonań członków grupy Can.