ISAN – Lamenting Machine
Paweł Gzyl:

Najbardziej wyciszona płyta angielskiego projektu.

Stephen Mallinder – Um Dada
Paweł Gzyl:

Efektowny powrót weterana.

Piernikowski – The best of moje getto
Jarek Szczęsny:

Ile w tobie jest z białasa. (Tekst zawiera przekleństwa)

Pyur – Oratorio For The Underworld
Paweł Gzyl:

Wędrówka do krainy między życiem a śmiercią.

Kim Gordon – No Home Record
Jarek Szczęsny:

Zaskoczenie? Niekoniecznie.

Boreal Massif – We All Have Impact (Even Hippies Do)
Paweł Gzyl:

Trip-hop is not dead (yet).

Electric Sewer Age – Contemplating Nothingness
Maciej Kaczmarski:

Kopia mistrza.

Emptyset – Blossoms
Paweł Gzyl:

Producenci z Bristolu wkraczają na nowe terytoria.

Nagrobki – Pod Ziemią
Jarek Szczęsny:

Poważni jak śmierć.

LDY OSC – sōt
Paweł Gzyl:

Click & cuts na nowo.

Nick Cave and the Bad Seeds – Ghosteen
Jarek Szczęsny:

Pomnik żałoby.

Pablo Mateo – Weird Reflections Beyond The Sky
Paweł Gzyl:

Techno do tańca.

Danny Brown – uknowhatimsayin¿
Jarek Szczęsny:

Gorączkowe wizje rapera.

9t Antiope – Grimace
Jarek Szczęsny:

Mikrus.



Jimi Tenor – Joystone


Jimi Tenor, choć powszechnie ceniony, od jakichś siedmiu lat nie nagrał płyty, która wzbudzałaby powszechny zachwyt – tak jak to było choćby z „Intervision”, albumem bezsprzecznie najlepszym w całym dorobku Fina. Ciągłe przeprowadzki między kolejnymi labelami (Matador, Sahko, Kitty, Yo, teraz Ubiquity) nie sprzyjały poziomowi kolejnych solowych propozycji Jimiego, więc mimo nadal świetnych koncertów ostatnią studyjną płytą, o której powszechnie mówi się dobrze jest „Out Of Nowhere” z roku 2000. Najwyższy czas to zmienić – tak pewnie myślał Jimi, proponując współpracę mistrzom afrobeat – Kabu Kabu.
I faktycznie – „Joystone” jest próbą powrotu do dawnej formy. Czy jednak udaną? Premierę tej płyty poprzedziła niemal trzyletnia studyjna cisza, podczas której Tenor gromadził dziesiątki, jeśli nie setki kompozycyjnych pomysłów. Efektem jest dwanaście sycących utworów, po brzegi wypchanych aranżacyjnymi smakołykami, utrzymanych w typowej dla Jimiego, funkowej tonacji. Zatrudnienie wiekowych już muzyków Kabu Kabu okazało się ciekawym posunięciem – dość zręcznie wzbogacają oni już i tak mocno pokomplikowane aranże Fina, co więcej, nadają jego kosmicznym tanecznym utworom egzotycznego, folkowego sznytu. Pozostaje żałować, że rola Kabu Kabu na „Joystone” jest tak niewielka – to przede wszystkim płyta Tenora, który robi wszystko, aby każdą sekundą zainteresować słuchacza. Czasami zbyt nachalnie – momentami autor traci dystans, za nim zaś odbiorca, który zmuszony jest balansować na skraju męczącego przesytu. Na szczęście podobnych mielizn jest na „Joystone” niewiele – znajdziemy tu głównie solidne taneczne granie, czasem zaś również prawdziwe perełki, które spokojnie zapisać można do tenorowego kanonu. Elektroniki bardzo niewiele – do czego Tenor zdążył nas już przyzwyczaić. Ciekawostka – pojawia się Fotofon, instrument używany przez Jimiego na koncertach, wciąż zaskakujący swym brzmieniem zarówno słuchacza, jak i samego twórcę.
„Joystone” na pewno nie będzie milestone w dorobku Tenora. Nie zmienia to jednak faktu, że w wielu okolicznościach sprawdzi się doskonale. Jimi, mimo różnej formy w ostatnich latach, nadal posiada wykopany gdzieś w latach 90 patent na wyjątkowe, funkowe kawałki. Ten człowiek konsekwentnie wydeptuje osobistą muzyczną ścieżkę – konsekwentnie opowiada wymyślane przez siebie, romantyczne historie. Co więcej, czasem również eksperymentuje – na „Joystone” z naprawdę dobrym skutkiem.
Poniżej: Video utworu „Sunrise”

2007

 

 

Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

0 Komentarzy

  1. beau bullet

    osobiście śmiem (smieszne słowo. innit? ) twierdzić, ze małzonka Tenora funkuje lepiej 🙂