Ben Lukas Boysen – Mirage
Jarek Szczęsny:

Pokaz iluzji.

Siema Ziemia – Siema Ziemia
Jarek Szczęsny:

Dodatkowe skurcze mięśni.

Fluxion – Perspectives
Paweł Gzyl:

Nostalgia po grecku.

Lawrence English – Lassitude
Jarek Szczęsny:

Doskonała pustka.

Elysia Crampton – ORCORARA 2010
Jarek Szczęsny:

Niepowstrzymana losowość.

Kaitlyn Aurelia Smith – The Mosaic of Transformation
Jarek Szczęsny:

Cały zestaw radosnych nastrojów.

Phillip Sollman – Monophonie
Paweł Gzyl:

Muzyczna maszyneria.

Vladislav Delay & Sly Dunbar & Robbie Shakespeare – 500-Push-Up
Paweł Gzyl:

„Rakka” uzupełniona o dubowy puls.

Zguba – Pomór
Jarek Szczęsny:

Nieustający marsz kostuchy.

Richu M – House Of The Vaporising Sun
Bartek Woynicz:

Ten tytuł mówi wszystko.

Maenad Veyl – Reassessment
Paweł Gzyl:

Muzyka z sali operacyjnej.

Flaner Klespoza – Wędrówka po lesie, w którym mieszkają bogowie i rosną wszechświaty
Jarek Szczęsny:

Spójna opowieść.

The Advent – Life Cycles
Paweł Gzyl:

Futurystyczne electro w oldskulowym stylu.

Field Works – Ultrasonic
Jarek Szczęsny:

Nietoperze jako podstawa twórcza.



Kammerflimmer Kollektief, the Staubgolds, 20.10.2005, Jazzga, Łódź

Takiej dawki dobrej muzy nie pamiętam w swoim mieście i ten rok chyba okaże się wreszcie na miarę moich oczekiwań, a z drugiej strony będzie przełomowy dla Jazzgi chociażby, bo z tego co słyszałem, mieli poważny kryzys jakiś czas temu. wygląda na to że już jest wszystko w porządku, a frekwencja czwartkowego koncertu pozwala przypuszczać że popyt na tego typu przedsięwzięcia jest, co powinno nastrajać optymistycznie zarówno właścicieli klubu, jak i odbiorców szerko pojętej nowej muzyki.      no i zaczęła się złota jesień w Jazzdze! wspólny występ niemieckich Kammerflimmer Kollektief i the Staubgolds dał początek serii ciekawych koncertów, jakie będą miały miejsce w tym najciekawszym łódzkim klubie, kojarzonym w tej chwili już bardziej z elektroniką, eksperymentami i ogólnie ambitną nowobrzmieniową muzą niż jazzem i okolicami. do końca roku będzie można obejrzeć jeszcze kilka naprawdę ciekawych projektów, chociażby Scorn (to już dziś), Matta Elliotta (Third Eye Foundation) czy Andrew Peklera i Mapstation. takiej dawki dobrej muzy nie pamiętam w swoim mieście i ten rok chyba okaże się wreszcie na miarę moich oczekiwań, a z drugiej strony będzie przełomowy dla Jazzgi chociażby, bo z tego co słyszałem, mieli poważny kryzys jakiś czas temu. wygląda na to że już jest wszystko w porządku, a frekwencja czwartkowego koncertu pozwala przypuszczać że popyt na tego typu przedsięwzięcia jest, co powinno nastrajać optymistycznie zarówno właścicieli klubu, jak i odbiorców szerko pojętej nowej muzyki.

     oczywiście żeby to wszystko miało sens, musi być spełniony przede wszystkim jeden warunek – występy powinny dawać słuchaczom możliwość obcowania z żywą materią muzyczną, instrumentami czy bardzo kreatywną obsługą szeregu efektów jakie stosuje się w elektronice. dlaczego o tym wspominam?























ano dlatego że pomimo kojarzenia mojego miasta z klubbingiem i „elektroniką” (ej ziom, wy to tam macie niezłe drumy w tej łodzi 😉 ), osoba, której wymagania sięgają powyżej zestawu złożonego z dwóch gramofonów, miksera i ew. jakiegoś samplera, nie miała za bardzo gdzie się ruszyć, chyba że do innych miast. teraz wystarczy wsiąść w tramwaj / autobus / samochód, by po kilku / kilkunastu minutach znaleźć się w centrum improwizacji, takiej jaka miała miejsce podczas występu Kammerflimmer.

     zanim jednak to nastąpiło, na scenie produkowała się dwójka dj-ów z the Staubgolds (jeden z nich jest założycielem kultowej wytwórni Staubgold). tak ostatnio narzekam na sety dj-skie, ale akurat tym razem dźwięki płynące z głośników kupiły mnie (szczególnie wirkusowy „blask”), więc nie dostanie się im za patrzenie w sufit, zmianę płyt raz na parę minut, skręcanie fajek i wychodzenie w czasie gry ;). z drugiej strony nie dziwię się im, że tak potaktowali swój występ, skoro publiczność więcej gadała niż słuchała. ale to już chyba taki urok tego miejsca, gdzie w czasie koncertów siedzi się, a nie stoi (na co zresztą narzekałem przy okazji koncertu Tarwater).

     okazało się jednak że w przypadku tria z karlsruhe, jazzgowy zwyczaj się sprawdził, głównie dlatego że muzyka, jaką zaproponował nam Kammerflimmer, niewiele ma wspólnego z bujaniem się i przytupywaniem nogą. główną siłą niemców były formy rozimprowizowane, bazujące na hałasie, głębokich plamach i przestrzennych tłach (często nasuwało mi się skojarzenie z triem Ehlers / Hautzinger / Suchy, tyle że zamiast trąbki, główne motywy wygrywał kontrabas), przeważnie pozbawione harmonii jak i regularności rytmicznej typu stopa / werbel (lub ich substytuty) na ćwierćnutach. wystarczy wspomnieć że Johannes Frisch tylko w jednym utworze grał palcami, porządkując tym samym groove. w pozostałych dość mocno eksperymentował, i o ile zabawy smyczkiem nie dziwiły specjalnie, to już użycie pałeczek czy jakieś dziwne techniki rwano-szarpano-stukane mogłyby nie spodobać się purystom.

     mnie to jednak odpowiadało, w muzyce, która w założeniu bazuje na eksperymencie, takie zabawy brzmieniowe są jak najbardziej na miejscu, choć ograniczone są jednym warunkiem – muszą mieć uzasadnienie w przestrzeni muzycznej. w wypadku Frischa miało, choć jeden moment wydał mi się nieco naciągany, aczkolwiek uwaga ta tyczy się całego zespołu. mam tu na myśli długą, rozimprowizowaną końcówkę jednego z ostatnich numerów. szkoda że muzycy nie wykorzystali okazji, żeby na bazie hałaśliwego chaosu zbudować coś stojącego w absolutnym kontraście – regularnego beatu, skrajnego porządku i minimalistycznych czy wręcz piosenkowych struktur, które przecież stanowią o sile niemieckiej muzyki elektronicznej. mogliby nawet zagrać kraftwerkowy „the robots”, efekt mógłby być naprawdę piorunujący. a tak pozostało nam przez jeszcze pięć minut słuchać jednostajnego zgiełku, z którego niewiele wynikało. nie tak wyobrażam sobie budowanie napięcia, ale też nie wszyscy muszą podzielać mój punkt widzenia, z komentarzy ludzi siedzących obok mnie wynikało coś zupełnie przeciwnego. co kto lubi ;).

     oczywiście nie wszystkie kawałki ocierały się o różnie pojmowany bałagan, było kilka utworów o bardziej uporządkowanych strukturach, gdzie pierwsze skrzypce grały minimalistyczne beaty i przyjemnie płynące dźwięki slideów gitarowych czy harmonium, obsługiwaną przez Heike Aumuller. czasem nawet beat był na tyle rozmazany, że jedynym źródłem porządku rytmicznego były partie melodyczne puszczane przez Thomasa Webera. nadawało to nieco posmaku transowości, przez co kilka razy zdarzyło mi się odjechać, oczy się tak dziwnie kleiły i gdybym miał tylko poduszkę… ;).























no ale nie jest do żaden zarzut, raczej uwaga odnosząca się do klimatu całości, który pomimo kilku niedociągnięć, wciągnął mnie i pozostawił dużo pozytywnych wrażeń. i po raz kolejny utwierdził w przekonaniu że jednym z najsilniej oddziałujących środków artystycznych jest kontrast. coś co zawarli w swoich występach Jaga Jazzist czy Jamie Lidell, a czego deficyt odczułem w wypadku ostatnich propozycji Deadbeata czy właśnie Kammerflimmer Kollektief. z drugiej strony umiejętne posługiwanie się kontrastem to wielka sztuka i nie jest powiedziane że każdy będzie to potrafić. w takim wypadku lepiej darować sobie takie zabiegi, bo zamiast sztuki wyjdzie karykatura.

     w każdym razie występ niemców był jednym z lepszych jakie ostatnio widziałem, a jeśli chodzi o łódzkie koncerty to tylko Tarwater zrobił na mnie większe wrażenie. już wkrótce kolejne imprezy, w tym jedna ponownie z udziałem Johannesa Frischa – w składzie razem z Paulem Wirkusem i Mikołajem Trzaską wystąpią już 24 listopada, jest na co czekać. cieszy frekwencja, cieszy entuzjastyczne przyjęcie widzów, cieszą plany na dalsze miesiące. wygląda na to że w łodzi coś drgnęło – oby ta tendencja zwyżkowa się utrzymała.

 


Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

komentarze 2

  1. jimmyjazz

    W Warszawskim CDQ niestety świeciło pustkami. Może z 60 osób. Tylko niecała godzina koncertu:/

  2. tek hi

    w katowickim Elektro by?o podobnie, a mo?e wr?cz identycznie:)