Wpisz i kliknij enter

Oblicza „Madchetseru” Cz.1.

Manchester końca lat siedemdziesiątych był ponoć „najnudniejszym wielkim miastem” w Anglii. Fabryki, kominy, bezrobocie, trudne reformy Margaret Tchatcher. Nawet w piłce nożnej słynne „Czerwone Diabły” żyły legendą Matta Busbyego i godziły się z prymatem innych drużyn. W mieście nic się nie działo, a jedynym sensownym rozwiązaniem było chodzić na koncerty, by przybliżyć się do „szerokiego świata”. „Najnudniejsze miasto Anglii”

Manchester końca lat siedemdziesiątych był ponoć „najnudniejszym wielkim miastem” w Anglii. Fabryki, kominy, bezrobocie, trudne reformy Margaret Tchatcher. Nawet w piłce nożnej słynne „Czerwone Diabły” żyły legendą Matta Busbyego i godziły się z prymatem innych drużyn. W mieście nic się nie działo, a jedynym sensownym rozwiązaniem było chodzić na koncerty, by przybliżyć się do „szerokiego świata”. Lider Joy Division – Ian Curtis był zachwycony, gdy zobaczył Sex Pistols – nie potrafili grać, nie potrafili śpiewać – a osiągnęli sukces. Oczywiście centrum kulturalnym był Londyn. Tam powstawały nowe kapele, modne kluby, na prowincję zaś patrzyło się z pewnego rodzaju pogardą. Jak ktoś chciał zrobić karierę to uciekał do stolicy, szybko zapominając o swym pochodzeniu. Sami Londyńczycy nie ułatwiali sytuacji, patrząc na formacje nielondyńskie z dystansem. Tymczasem tryumfy święcił punk, dający możliwość zaistnienia każdemu.

Pierwszym zespołem z Manchesteru, któremu udało się zaistnieć w świadomości szerszej publiczności, był The Buzzcocks. Dzięki nim dziennikarze zaczęli nieco bardziej uważnym okiem spoglądać na kapele z owego nudnego miasta. W 1978 roku Paul Morley w New Musical Express pisał o scenie z Manchesteru, a jego największą uwagę obok uznanego już The Buzzcocks przyciągało Joy Divisision. Muzycy wynosili z miasta pewien kompleks i agresję, chęć pokazania, że też są kimś. Prędko pojawiać się zaczęły kolejne formacje: The Fall, OMD, Cabaret Voltaire, Duruti Column. Gdy w 1980 roku Joy Division ogłosiło, że przestaje istnieć, w świadomości Anglików istniała już scena manchesterska, a na lokalną wytwórnię „Factory” zapanował wręcz pewnego rodzaju snobizm.

Przez całe lata 80-te to „trendy-Londyńczycy” będą jeździć do Manchesteru, by poczuć atmosferę tego miasta. Morrisey – lider The Smiths wspominał, że marzył tylko o tym, aby podpisać kontrakt z kimkolwiek, byle nie z „Factory”, by zachować trochę siebie, a nie być pożartym przez mit „manchesterskiej sceny”, którą krytykował. Zjawisko owo doczekało się filmowej adaptacji („24 Hours Party People„) i kilku publikacji dziennikarzy zachwyconych dekadencją i halucynogennymi oparami unoszącymi się wśród licznych fabrycznych kominów. Z pustyni nudy miasto przeistaczało się w muzyczne centrum narzucające nową jakość. Wkrótce przylgnęło do niego nowe określenie – „Madchester”.
Warszawa w Manchesterze.

Panoramę i duszną atmosferę tego miejsca oddaje muzyka dwóch bezpośrednio powiązanych ze sobą zespołów – Joy Division – i ich następców New Order. Mimo, że obie grupy powiązane są personalnie, to ciężko znaleźć fanów oddanych zarówno jednemu, jak i drugiemu zespołowi. Tymczasem obie kapele są fenomenalnym odbiciem tchatcherowskiego kryzysu i laburzystowskich nadziei, z którymi angielskie społeczeństwo wkroczyło w ostatnią dekadę XX wieku.

Joy Division to legenda. To również mit, który często banalnie przesłania wartość tego zespołu. Stygmat charyzmatycznego wokalisty Iana Curtisa zasłania oryginalność brzmienia, a często infantylny odbiór curtisowskiej „poezji” trywializuje dokonania zespołu. Szczególnie przypadła mi do gustu wypowiedź Tymona Tymańskiego, który wspomnienie z Joy Division łączy z wiekiem licealnym i zamykaniem się w pokoju z żyletką gotową do potraktowania swych zdołowanych PRLem żył.

Powstali w 1976 roku – pamiętnym dla muzyki ze względu na eksplozję zezwierzęconego punka. Oczywiście byli punkami – bo wypadało wtedy nimi być. Nie byli grupą przyjaciół – nie wszyscy przynajmniej. Peter Hook, Bernard Sumner i Terry Mason znali się jeszcze ze szkoły. Curtisa kojarzyli z koncertów, jakie odbywały się wówczas w mieście. Gdy dali ogłoszenie w prasie, że poszukują wokalisty – wybór padł właśnie na niego. Zespół przyjął nazwę Warsaw – od piosenki Davida Bowiego. Curtis był zakochany w jego muzyce, posiadał kolekcję płyt i singli. „Warszawa” była jednym z jego ulubionych utworów. Mówił, że muzycznie utwór ten pasował do Manchesteru.

„Kompresory w fabrykach pracują w rytmie na cztery czwarte, jak bębny rockowe”.

Curtis, ponury introwertyk, chory na epilepsję, „osobliwie” nie potrafiący śpiewać zdominował zespół. Apokaliptyczny głos i obłąkańczy taniec w rytm mechanicznej i zimnej muzyki, często kończący się atakami padaczki, doprowadzały publiczność do ekstazy. Do tego dochodziły teksty piosenek, niezwykle przygnębiające. Deborah Curtis – wdowa po muzyku, wspomina jak napisał jej walentynkę, która była najobrzydliwszym prezentem w jej życiu. Jednak muzyczne oblicze zespołu kształtował ktoś zupełnie inny – genialny producent Martin „Zero” Hannet. „Północne dzielnice Manchesteru to przemysł. Istny krajobraz science fiction. Kompresory w fabrykach pracują w rytmie na cztery czwarte, jak bębny rockowe”. Słowa te doskonale oddają idee fixe producenta, a zarazem stanowią dobry opis wykrystylizowanego brzmienia zespołu.

Pod skrzydła przygarnęła ich nowopowstała wytwórnia Factory, a zespół miał juz nową nazwę (ze względu na fakt, że w Londynie działał już zespół Warsaw Pakt) – Joy Division – tym razem „ku czci” żydowskich więźniarek, tworzących grupę zaspokajania wyuzdanych pragnień elegancko chorych gestapowców. Muzycy z nowym perkusistą Stevenem Morrisem odeszli od punka i położyli kamień węgielny pod gatunek zwany później zimną falą. Hannet stworzył unikatowe brzmienie zespołu. Nadał mu mechaniczny i zimny wydźwięk. Oprócz inspiracji wspominanymi kompresorami fabrycznymi, czerpał z ducha dokonań muzyków Kraftwerk. Sam wspomagał zespół grając na prostym syntezatorze ARP Omni 12. Znakiem rozpoznawczym zespołu był mechaniczny, wręcz automatyczny puls perkusji, uwypuklony dźwięk gitary basowej – często spełniającej rolę instrumentu melodycznego a nie rytmicznego oraz stawiane niejako w poprzek riffy gitary – ściszonej i „mniej ważnej” od pozostałych instrumentów. Wszystko nieśmiało jeszcze osnuwało brzmienie klawiszy. Główną melodię stanowiło rytmiczne pulsowanie poszczególnych instrumentów.

Zdołowany Smith – The Cure zmienia oblicze.
Pierwsza płyta – „Unknown Pleasures” ukazała się w 1979 roku. Zdobiła ją fenomenalna czarna okładka z nadrukowaną na biało analizą Fouriera, a wypełniała dziwna, mechanicznie – punkowa muzyka. Singlem promującym była piosenka „Shes lost control”. Do dziś nie słyszałem żywej perkusji, która brzmiała by tak automatycznie, jak ta w tej piosence. Ideał kompresorów był bliski zrealizowania…Pozostałe utwory wypełniała muzyka gęsta, ale zarazem piosenkowa, muzycy nie zapominali o melodii i wyraźnie to słychać. Na płycie tej można też znaleźć echa, które później Hannet zaszczepił swym kolejnym podopiecznym – U2, z którymi krótko współpracował. Szczególnie słychać to w „Disorder”, gdzie Sumner gra na gitarze bardzo rytmicznie, w manierze, jaka później stała się znakiem rozpoznawczym The Edga.

Joy Division Live – „Shes Lost Control”


Płyta spotkała się ze świetnym przyjęciem zarówno publiczności, jak i krytyki. Muzycy wystąpili w „Top Of The Pops” (gdzie Curtis pokazał całej Anglii swój obłąkańczy taniec) zaś młody Robert Smith porzucił brzmienie The Cure znane z płyty „Three Imiganry Boys” i nagrał fenomenlny utwór „A Forest” i udaną płytę „17 seconds„. Stwierdził, że to co robił wcześniej straciło sens z dniem, w którym usłyszał „Unknown Pleasures„. Przed Joy Division wielki świat stał otworem.

Closer” to dzieło zupełnie inne. Płytę poprzedzały dwa single, nawiązujące bardziej do brzmienia poprzedniej płyty. „Transmission” to jeden z najbardziej dynamicznych utworów – mocno kojarzący się z wspominanym U2. „Love Will Tear Us Apart” to z kolei największy hit zespołu, piosenka o niezwykle bezpretensjonalnej melodii. „Closer” odbiega od tego schematu. Pierwsza wyczuwalna różnica to rozbudowanie kompozycji i znacznie wolniejsze tempa. Częściej słychać syntezator, na którym zaczął grać Sumner. Utwory są mniej piosenkowe, ale wciąż urzekają melodie – szczególnie grane na klawiszu. Również wpływ Hanneta jest szerszy. Płyta jest zamkniętą całością, gdzie każdy element pasuje do siebie doskonale. Aranżacja utworów jest bardziej rozbudowana – pojawiają się: lekki pogłos, delay, zmiany tempa, naturalne odgłosy dodane do brzmienia utworów.

Muzyka zespołu staje się bardziej oniryczna i rozmyta. W dawnym duchu utrzymane są jedynie „A Means to an End” i „Isolation„. Szczególnie uderza oryginalność brzmienia. Co cieszy szczególnie – to autentyczność przekazu. To nie poza czy zagrywka – jak zwykli czynić ich późniejsi epigoni z The Cure na czele, ale muzyka wyrastająca z ducha miejsca i czasu. Klaustrofobiczność i duszność jeszcze prowincjonalnego Manchesteru podszyta niecierpliwością i energią czekania na nowy czas. Słychać, że muzycy mają jeszcze wiele do powiedzenia.
Narodziny mitu

Wkrótce po wydaniu płyty – na fali sukcesu koncertów, jak również pierwszego hitu – „Love Will Tear Us Apart” – zespół dostaje propozycję pierwszego wyjazdu na koncerty do USA. Dzień przed wyjazdem Ian Curtis kończy pisać scenariusz dla Joy Division. Po obejrzeniu „StroszkaWernera Herzoga – wiesza się na kablu od suszarki. Owładnięty obsesją śmierci i nieprzemijającej sławy – osiąga cel – wiele osób zawsze genialną muzykę Joy Division połączy z niemniej genialnym marketingiem jej apodyktycznego lidera.

Joy Division – „Love will tear us apart”


Joy Division stało się prekursorem gatunku. Zimna fala przelała się się swym chłodem po całej Europie i stanowiła wyraz popowego „fin de siecle”. The Cure, Bauhaus, Cocteau Twins, Sisters of Mercy, Clan of Xymox, X-mal Deutschland, a w naszym kraju nieodżałowana Siekiera – to m.in. ci wykonawcy poszli śladem tej formacji. Tymczasem Peter Hook, Bernard Sumner, Steven Morris i dokoptowana po smierci Curtisa Gillian Gilbert, miast pozować na chorych psychicznie, mieć wiecznego doła i chodzić w czerni – założyli New Order i uciekli z dołującej klaustrofobii do autodestrukcyjnej hedonistycznej zabawy. Cała dekada lat 80-tych na wyspach będzie należała do nich i ich roztańczonego klubu „Hacienda„. Manchester ostatecznie stanie się „Madchesterem” – pełnym zabawy i narkotyków.
Problemem Joy Division – tego skądinąd wielkiego zespołu – jest jego mit. Nikt nie chciał patrzeć na nich jak na kapelę wytaczającą nową drogę, ale raczej ikony młodzieńczych tragedii. Prawdopodobnie to było największym sukcesem Curtisa. Od najmłodszych lat chciał być sławny, kochany i podziwiany. Deborah Curtis stwierdza wręcz, że miał na tym punkcie obsesję. Od początku swej obecności w Warsaw dążył do tego, by zespół był dostrzeżony. Gdy jego przyjaciel Tony Wilson nie załatwił mu występu w lokalnej telewizji, zwyzywał go od najgorszych. Ponadto niezwykle działały na niego te postacie muzyki pop, które odważyły się odebrać sobie życie. Szczególnym szacunkiem darzył Morissona, również za magnetyzm i oddziaływanie na publiczność. Ulubioną jego piosenką było „Rocknroll Suicaide” Davida Bowie. Kończąc szkołę średnią uważał, że jedyna drogą, by nie uschnąć na jakiejś kiepskiej posadzie, było założyć zespół. Ciekawe, że identyczna wręcz motywacja przyświecała Robertowi Smithowi. Samobójstwo w glorii gwiazdy było rozwiązaniem osobistych problemów (od zdrowotnych – nasilających się ataków epilepsji do problemów małżeńskich) i spełnieniem rocknrollowej biografii.
New Order Live – „Blue Monday”


Dyskografia:
An Ideal for Living – EP 1978
Unknown Pleasures – LP 1979
Closer – LP 1980
Still – 1981 – (kompilacja utworów studyjnych i na żywo z całego okresu istnienia zespołu)
Substance – 1988 (Kompilacja piosenek wydanych na singlach i epkach)
Czytaj część drugą – na tej stronie







Jest nas ponad 16 000 na Facebooku:


9 Komentarzy

  1. Cos mi sie tylko zdaje, ze Cabaret Voltaire nie tylko nie pochodza z Manchesteru (z Sheffield), ale i dzialali na dlugo przed Joy Division (od 1973).

  2. a ja sobie teraz slucham jakiegos acid house owego seta z haciendy z 1989r. nagranego na tasmie – parszywa jakosc, ale jakie tracki!:)

  3. fajny artykul i dowiedzialem sie paru rzeczy o miescie w ktorym mieszkamczekam na nastepna czesc

  4. madchester kojarzyny byl z rave czyli stone roses, inspiral carpets, emf albo happy mondays.

    Zgadzam się w 100% – jednak pamiętaj, że to cz.1 dotyczy Joy Division, wytworni factory i Martina Hanneta. W części drugiej opiszę New Order oraz Haciende – gdzie rave sie wykluł. Myślę, że po drugiej części tytuł będzie się miał lepeiej do treści – w każdym razie Stone Roses ( którzy debiutowali w Haciendzie ) oraz Happy Mondays ( których produkował Hannet ) pojawią się tam. Ten artykuł miał pokazać pewien klimat, w którym ta muzyka zaczęła się rodzić.

  5. tytuł tego artykułu niekjak sie ma do tresci. nie wiem czemu autor uzywa slowa madchester w stosunku do jpoy division, lub cure. to byla inna bajka.madchester kojarzyny byl z rave czyli stone roses, inspiral carpets, emf albo happy mondays.

  6. Muzyka Joy Division została ostatnio użyta w spektaklu Transfer Klaty.

    Z jednej strony mocno ahistorycznie jeśli chodzi o temat sztuki, z drugiej świetnie oddaje to czego ówczesna muzyka pewnie by nie oddała.

  7. Niestety nie znam się na tym kawałku brytyjskiej historii muzycznej, i trudno mi ocenić zawartość merytoryczną, jednak uważam, że ten artykuł został napisany ciekawie, bez zbędnych upiększaczy i przeładowań. Myślę że udało Ci się stworzyć styl, który sprawia, że całość nie męczy, a czyta się z prawdziwą lekkością. Serdecznie pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Polecamy