Wpisz i kliknij enter

Port-Royal – Afraid To Dance


Skromni kolesie z Port Royal skradają się na nowym wydawnictwie ku źródłom mocy stając się coraz pewniejszym następcą milczących od wieków mistrzów z Labradford. Zimna hipnoza i niezwykłe metody produkcji „Prazision”, self-titled oraz „Mi Medja Naraja” zapewniły Amerykanom stałe miejsce w influences setek myspace bandów. Włosi goszczący niedawno na Offie, bez skrupułów posługują się tym wzorcem, przy okazji odświeżając klimaty Hood i wczesnych prac Boards of Canada. „Afraid to Dance” mogłoby więc z uwagi na odpowiedni klimat i wizję grania z powodzeniem dopełnić katalog Kranky.
Tymczasem nagrywają dla Resonant – labela opiekującego się między innymi Library Tapes, których sąsiedztwo w katalogu mówi dość sporo. Na myspace porównują swoją muzykę do nocnej jazdy samochodem albo błądzenia po ciemnym lesie, ale trudno odnaleźć na „Afraid to Dance” odizolowanie od rzeczywistości czy element przypadku. Po pierwszym przesłuchaniu zawarty tu delikatny ambient, mimo że zagęszczany przez przesterowane partie minimalistycznych żywych instrumentów, podskórny bit oraz trochę oldskulowe inkrustacje elektroniczne, otrzymuje pochopnie znamiona pozbawionej kierunku przestrzeni. Z kolejnymi odsłuchami ogarnięcie materiału krzepnie pozwalając ujrzeć go jako poddaną artystycznej dyscyplinie całość, precyzyjną, a miejscami wręcz geometryczną.
Trudno wyróżnić na tej płycie jakiś jeden reprezentatywny dla ogólnego zamysłu utwór, jako że podczas seansu raczej nie spogląda się w tym przypadku na tracklistę. Kto pamięta najbardziej skoncentrowane fragmenty „Substraty” Biosphere i jest w stanie odjąć od tej reminiscencji cały pierwiastek agresji i mroku, temu być może uda się otrzymać esencję „AtD”. Jednak poza powtarzalnością przywodzącą na myśl koncentryczność kręgów na wodzie można natknąć się na atmosferę budowaną przez Bexar Bexar, Pan American lub Manitobę („Up In Flames”) – prześwietlone zdjęcia, podniszczone taśmy, na których z trudem odczytujemy sens akcji. To, co odróżnia Port Royal w odmalowywaniu takich scen to pewien chłód – nie tyle emocjonalny, co raczej angażujący barwy dźwięków. Ta dawka zimna może być przydatna w kreowaniu trochę odhumanizowanych klubowych rytmów, jednakże w jednostkowym odbiorze nie może aspirować do osiągnięcia równowagi wypracowanej przez Boards of Canada na „Music Has the Right to Children” i „Geogaddi”.
Brak tu również siły nośnej w postaci zdecydowanej zabawy bitem (ponownie w roli profesorów mogliby wystąpić BoC, tym razem z „Twoism”). Ślady melodii uciekają zbyt szybko, bawiąc zmysły tylko przez chwilę, tak potrzebną do odsapnięcia po minutach maligny; a szkoda, bo nawet te melodie niosą z sobą alt-popowy potencjał. W efekcie otrzymujemy wydawnictwo wymagające, ale też skutecznie odświeżające brzmienia, które dla wielu oznaczały początek zaangażowania w muzykę. I odwracając to podsumowanie: satysfakcja z wyławiania inspiracji nie przysłania obecnej na „Afraid to Dance” płaszczyzny skupienia, doświadczania czy wizualizowania sobie dźwięków. Jeśli tęsknicie za ambientowym obliczem Kranky i przy okazji wpadło wam w ręce jakieś wydawnictwo Cocteau Twins – śmiało uzyskacie na nowym albumie Port Royal kolaż tych dwóch skojarzeń.
2007







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
wakacjones.blogspot.com
wakacjones.blogspot.com
12 lat temu

Moja „bestest” plyta :] Porownania iscie homeryckie, co ja sie tam znam 😛 Pozdrawiam ciepluchnie.

Polecamy