Uff, kolejny belgijski festiwal za nami. Tym razem już przyrzekliśmy sobie że to ostatnia wyprawa pod namiot (w przyszłym roku pewnie to samo powiemy 😉 ), ale póki co, pozostawmy narzekania na brud, pogodę, ceny i inne umilające życie „atrakcje” i skupmy się na jasnych punktach, których było jak zawsze całkiem sporo. Wszystkiego i wszystkich nie będziemy oczywiście opisywać, a już na pewno nie szczegółowo i z chirurgiczną precyzją, bo wyjdzie elaborat, który zanudzi samych autorów. 15 powodów dla których warto odwiedzać Hasselt
Relacja z Pukkelpop 2006
Uff, kolejny belgijski festiwal za nami. Tym razem już przyrzekliśmy sobie że to ostatnia wyprawa pod namiot (w przyszłym roku pewnie to samo powiemy 😉 ), ale póki co, pozostawmy narzekania na brud, pogodę, ceny i inne umilające życie „atrakcje” i skupmy się na jasnych punktach, których było jak zawsze całkiem sporo. Wszystkiego i wszystkich nie będziemy oczywiście opisywać, a już na pewno nie szczegółowo i z chirurgiczną precyzją, bo wyjdzie elaborat, który zanudzi samych autorów. Tym razem chcemy napisać zupełnie subiektywnie o momentach tworzących magię nastroju festiwalowego, której tak brakuje gdy tylko siedzimy sobie wygodnie w fotelu przy dźwięku ulubionych płyt, sączącym się z malutkich głośniczków…
„Organ Donnor”
Shadow zaczyna od zagrania melodyjki na klawiszu, dostojny dźwięk organów powoduje miłe uczucie mrowienia na karku. Następnie zapętlona fraza poddawana jest modulacji, to przyspiesza, to zwalnia, słychać kolejne wariacje rytmiczno-melodyczne. Po chwili następuje potężne wejście sekcji i kawałek rozkręca się na dobre. Publiczność szaleje, ja prawie umieram pod ciężarem ciarek na plecach. Groove wylewa się ze sceny, kilka niesamowitych pauz jeszcze dosadniej podkreśla energię beatu, te wszystkie niedopowiedzenia, które słuchacz sam musi sobie wybić nogą, dodają poszczególnym częściom utworu jeszcze więcej mocy. Seria skreczy zapiera dech w piersiach, idealne wyczucie w tym elemencie pozwala Joshowi w 100% zapanować nad publiką. Końcówka zagrana na samych padach to już popis rytmicznego wyczucia i sprawności manualnej – perfekcyjnie kontrolowane uderzenia, tak pod względem punktualności jak i artykulacji, a to wszystko na ściśle wyselekcjonowanych samplach stopy i werbla. Piorunujące wrażenie, każdy producent, dj czy muzyk elektroniczny może brać tylko przykład z Shadowa jako artysty, który opanował niemalże do perfekcji swój warsztat.
![]() | ||
Reszta utworów również stała na podobnym poziomie, może poza tymi z nadchodzącej płyty, chyba jednak wyraźnie słabszej od wspaniałej „Endtroducing”. Całkiem niepotrzebny był również występ wokalisty, który ze swoją brytyjsko-płaczliwą manierą pasował do instrumentalnego hip-hopu jak pięść do nosa. Na szczęście był to tylko dwuutworowy epizod i nawet prawie o nim zapomniałem. Aha, dodam że pod względem wizualizacyjnym był to najlepszy koncert jaki widziałem, pierwszy raz dźwięk i obraz miały znamiona symbiozy a nie tylko dwóch oddzielnych, próbujących się nieudolnie przeniknąć, płaszczyzn.
13/4 i wspaniałe niespodzianki
Zero 7 z „Simple Things” jakoś nigdy do mnie nie mogli dotrzeć, muzyka zawarta na krążku wydawała mi się jakaś taka bez charakteru, zbyt wygładzona i nieco szablonowa, okazało się jednak że koncert to zupełnie inna para kaloszy. Już sama, całkiem spora grupka ludzi na scenie robiła wrażenie – wokalistka, bębniarz, gitarzysta, basista i dwóch klawiszowców, wśród nich sam mr Eddie Stevens, ten sam wygłupiający się, biegający po klawiszach Eddie, którego pamiętamy z występów z Moloko i Roisin Murphy.
Sam koncert był niesamowicie melodyjny i energetyczny, a dzięki różnorodności kompozycyjno-klimatycznej, Zero 7 potrafili utrzymać maksymalny poziom skupienia słuchaczy przez całą godzinę. Utwory, które na płytach brzmią dosyć zachowawczo, na żywo nabrały rumieńców i pazura – szczególnie ciekawie zabrzmiała grana w 13/4 fraza zwrotkowa w „Seeing things”, a połączone z nią sprytnym bridgem „Give it away” zachwyciło mnie swoją prostą, ale jakże przyjemną dla ucha partią gitary, do dziś chodzi mi po głowie rozwiązanie harmoniczne zastosowane w tym kawałku. Jeśli dodać do tego wszystkiego niezwykle sprawną wokalistkę i instrumentalistów oraz przede wszystkim fantystyczny ficzering Jose Gonzalesa w trzech utworach, w tym w granym na sam koniec „Crosses” (tu Jose zamienił swoją ukochaną gitarę akustyczną na tamburyn), to wychodzi że Angole zrobili mi najprzyjemniejszą niespodziankę festiwalu.
świr świr świr
Za to tu o niespodziance nie mogło być mowy, !!! to renoma koncertowa, którą miałem okazję sprawdzić już dwukrotnie i za każdy razem nie mogłem wyjść z podziwu dla ich szaleństwa, entuzjazmu scenicznego, zgrania i energii. W tym roku było nawet jeszcze lepiej, Nik Offer i John Pugh dali kolejny popis wokalno-choreograficzny, którego siła tkwiła głównie w niezwykłej ekspresji obu panów – to jedyny koncert na tegorocznym Pukkelpop, podczas którego artyści uprawiali stage-diving i przybijali piątkę rozentuzjazmowanemu tłumowi. Tak, to jest główny atut wykrzykników – nie kompozycje, brzmienie czy sztuczki aranżacyjne, a właśnie siła przekazu, żywiołowość i niesamowite zaangażowanie czynią z nich jeden z najlepiej przyjmowanych przez publiczność gitarowych bandów ostatnich lat.
![]() | ||
Co ciekawe – Chk Chk Chk zdecydowali się odpuścić trzy największe „przeboje” grupy czyli „Me and Giuliani…”, „Shit, scheisse, merde” i „Hello? Is this thing on?”, skupiając się raczej na prezentacji utworów z nadchodzącej płyty i pewnie właśnie dlatego publiczność nie reagowała aż tak entuzjastycznie jak w zeszłym roku. Na szczęście zagrali moje ulubione, a często pomijane w setliście, „Dear can”, przy którym przez cały czas wspomagałem głosem Johna (w końcu mojego imiennika 😉 )
robot rock… rules the nation!
Czysty żywioł, pierwotne szaleństwo, piekielny ścisk pod sceną, pod którą entuzjazm publiczności mieszał się z tonami błota. Nikt nawet nie przejął się całym tym nagromadzonym przez 3 dni festiwalowym syfem, zew technologii kazał kilkudziesięciotysięcznej masie popędzić w sam środek tanecznego piekła. Naprawdę pierwszy raz coś takiego widziałem i w czymś takim uczestniczyłem! Thomas Bangalter i Guy-Manuel de Homem-Christo chyba nie spodziewali się aż takiego tłumu i z wrażenia osłupieli, co zapewne spowodowało kilkunastominutową obsuwę, przynajmniej tak chcę sobie to tłumaczyć. Panowie poprzebierani w swoje futurystyczne wdzianka, z ogromnym wdziękiem i swadą przerzucali się kolejnymi evergreenowymi motywami ze swoich płyt – to poleciała solówka z „Aerodynamic” pomieszana z wokalami do „One more time”, to znów wokoderowy motyw z „Around the World” zaplątał się w „Harder, better, faster, stronger”, to w końcu potężna stopa z „Da Funk” dodawała mocy „Prime time of your life”.
![]() | ||
Brzmiało to tak płynnie że chwilami miało się wrażenie obcowania z koncepcyjnym albumem, a to przecież była tylko (albo raczej aż) mikstura złożona z utworów z trzech płyt. Przejścia opanowane do perfekcji, mieszanie motywów z różnych kawałków, nakładanie na siebie kilku mniej lub bardziej rozpoznawalnych tekstur, efektowne pauzy, wariackie wariacje, charakterystyczne dla french houseowej szkoły filtrowanie – te elementy zdecydowały że ten występ wydał mi się najjaśniejszym punktem głównej sceny festiwalowej. Mam też wrażenie że panowie dotykają sedna pierwotności rytmu i perfekcyjnie tłumaczą go na nowoczesny język elektroniki i za samo to należy im się głęboki pokłon. Czekajmy na to co pokażą w Warszawie…
Paranoid Android
Trudno nazwać mnie fanem Radiohead, płyty znam wyrywkowo, może poza „Ok Computer”, którego gdzieś tak z 10 lat temu sporo się nasłuchałem, zresztą jak na typowego alternatywnego młodzieńca z inklinacjami gitarowymi przystało. Kolejne ich wydawnictwa zbierały coraz to lepsze recenzje, a ja jakoś nigdy nie miałem szczęścia wsłuchać się uważniej w „Kid A” czy „Amnesciac”. Występ na żywo potraktowałem jednak w kategoriach obowiązku, w końcu grzechem byłoby odpuszczenie zespołu do którego przylgnęło miano najlepiej koncertującego.
![]() | ||
I nie zawiodłem się, Radiohead to prawdziwa maszynka koncertowa, mająca w swoim zanadrzu masę środków ekspresji – od czysto akustycznych gitar po klikającą elektronikę i co najważniejsze – świetne kompozycje, że wspomnę tu tylko o „Idioteque” czy „Paranoid Android”. I właśnie ten ostatni to idealne podsumowanie scenicznego obrazu Brytoli – perfekcja wykonawcza, wielowątkowość i wielowymiarowość kompozycji, wspaniałe, klarowne, a przy tym ciągle intensywne brzmienie, mnóstwo zwrotów akcji, zabawa dźwiękiem i jednoczesna powaga przekazu. Nie pozostaje nic innego jak dokładnie zapoznać się z dyskografią Radiohead i czekać na następną okazję…
Kraftwerk w DFA i ergonomia sceniczna
Coś w tym jest – pięciu niepozornych panów, a każdy posiada swój podręczny zestawik młodego elektronika – jakiś analog, sampler, zestaw efektów, mikrofony, gitara, pady, perkusjonalia, piano elektryczne – już same stanowiska pracy zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Przyznam że marzę o takim sprzęcie jaki mają muzycy Hot Chip, tyle tam pokrętełek, przełączników, klawiszy, suwaczków. „No dobrze, ale przecież sam sprzęt nie zagra” – zwróci mi uwagę ktoś przytomny. I będzie mieć rację, bo właśnie tu zaczynają się schody… przynajmniej na płycie, na której nie wszystko brzmiało tak jakbym oczekiwał po produkcjach z najbardziej zwariowanej stajni ostatnich lat.
Szczerze mówiąc „The warning” uważam za najsłabszą płytę wydaną pod szyldem DFA, brakuje mi tu eklektyzmu Lcd Soundsystem, siły the Rapture, wariactwa Black Dice czy przebojowych retro-melodyjek z the Juan MacLean, a wokale są po prostu przeciętne. Bałem się weryfikacji scenicznej tego materiału, ale okazało się że moje obawy nie miały pokrycia w rzeczywistości. Hot Chip zagrał bardzo energetyczny koncert, jak na kapele z DFA przystało. Kompozycje zabrzmiały zdecydowanie lepiej niż na krążku, wreszcie czuć było siłę basu, mocne uderzenia elektronicznych bitmaszyn, wokale zabrzmiały pełniej i intensywniej, a kilka zagrywek gitarowych (najlepsza w „Arrest Yourself” i „No fit state”) wywołało duży uśmiech na mojej twarzy. Panowie wymieniali się rolami, zmieniali instrumenty i bawili się w najlepsze. Oj, skakało się przez całą godzinę!
po prostu Mocky
Mocky z płyt to dla mnie wielka zagadka, przed festiwalem nie miałem nawet okazji przesłuchać ostatniego wydawnictwa, ale ponieważ jest on dobrym kumplem Jamiego Lidella (który zresztą wystąpił gościnnie na „Navy brown blues”), uznałem to za dobry omen i wystarczającą rekomendację żeby wybrać się do dancehallu i zaczerpnąć nieco funkowego groove’u. Jak na pierwszy koncert festiwalowy o dużym dla mnie znaczeniu, wypadł bardzo fajnie, może nie było to nic nadzwyczajnego, ale cieszyło ucho, a czasami tyle wystarcza do dobrej zabawy.
![]() | ||
Z przyjemnością wysłuchałem kolejnych, dość chwytliwych numerów, których piosenkowa struktura i wpadające w ucho melodie zachęcały do wspólnego śpiewania (szczególnie dobrze wypadło to porozumienie w „Animal” i „In the meantime”), tym bardziej że Mocky wyraźnie nakłaniał do tego publiczność. Jeśli dodać do tego świetną pracę sekcji rytmicznej, przebojowe chórki i chillujące klawisze to wyjdzie typowo funky, chwilami ocierający się o hip hop, koncert, ale ten styl ma właśnie to do siebie że świetnie sprawdza się na żywo. Aha, w jednym z numerów Mocky nawiązał do filozofii gry Lidella – został sam na scenie, na przemian obsługując jakieś elektroniczne pudełko i śpiewając – całkiem efektownie to zabrzmiało, ale do Jamiego jeszcze mu trochę brakuje.
Koty, IKEA i latynoski posmak
To chyba najbardziej zwariowany koncert tegorocznego Pukkelpop na jakim byłem. Po pierwsze dlatego że po scenie walało się mnóstwo niestandardowych instrumentów – przeważnie plastikowe, wyglądem przypominające dziecięce zabawki, zachęcały do dmuchnięcia albo popukania w nie, z czego członkowie zespołu dość często korzystali. Po drugie – widzieliście kiedyś perkusistę używającego naczyń z zestawu kuchennego z IKEI? Nie? To wybierzcie się na jakiś koncert Psapp – będziecie mogli zobaczyć ociekacze na sztućce i kilka patelni w akcji. Co ciekawe – te nietypowe składniki stały się pełnoprawnymi elementami zestawu perkusyjnego, wnosząc do standardowego brzmienia powiew świeżości – szczególnie dziurkowany, metalowy walec, do którego zazwyczaj wrzucacie widelce, noże i łyżki. Trzecim, dość nietypowym elementem scenografii, były rożnej maści pluszaki, wśród których największą fufrorę zrobił kot, tak zresztą charakterystyczny dla „The only things I ever wanted”. Wokalistka urządziła nawet konkurs na najlepszą imitację miauczenia a zwycięzca został obdarowany owym kociakiem. Ja niestety załapałem się tylko na pałeczki perkmana, ale dobre i to, będzie czym obijać perkusjonalia :).
A sama muzyka? Świetna, zagrana na wielkim luzie, chwilami żywiołowa, nawiązująca do latynoskich klimatów, zwłaszcza w warstwie rytmicznej, a czasem melancholijna, spokojna, leniwie płynąca i kojąca dźwiękiem skrzypiec czy klawiszy. Wokalnie też bardzo ładnie, bez skazy, z dużą lekkością, nawet kilka miauknięć gratis dostaliśmy. Ach, te kocie zapędy…
A teraz parę faworytów Tweepop, tym razem zdecydowanie bardziej gitarowych:
Guillemots
Pierwszy koncert festiwalu i od razu tak pięknie. Ekscentryczny wokalista siedzący na krześle przypominającym mi krzesła, na których siadały nasze prababcie a przed nim całe „piętro” instrumentów klawiszowych. Obok niego urocza kontrabasista, gitarzysta i malutka sekcja instrumentów dętych. Fyfe swoim bajkowo-dramatycznym głosem i z olbrzymia dawką energii znakomicie wypluwał wszystkie swoje żale. Niezapomnianie zabrzmiało „Trains to Brazil”, „Who left the lights off baby” oraz ponad 10-minutowy „Over the stairs”. Super!
the Delays
Muszę przyznać, że zawsze mnie trochę nudzili ale na festiwalu naprawdę pokazali klasę! Świetny, indie-rockowy koncert. Mnóstwo energii, melodyjności i marzycielstwa. Nie zabrakło „Hey Girl”, „Longtime Coming” czy „Hideaway”. W pewnych momentach wydawało mi się, że chłopaki bardzo chcieli żebyśmy się poczuli jak na koncertach The La’s lub Stone Roses co oczywiście może być tylko plusem.
Nouvelle Vague
Och jak ja ich bardzo chciałam zobaczyć. Przynajmniej po to by pośpiewac sobie do „Teenage Kicks”, „Too drunk to fuck” czy „Love will tear us apart”. Piękne Francuski nie zawiodły. Ze swojego występu stworzyły teatralne, niemalże intymne przedstawienie z olbrzymią dawką elegancji i humoru. I oczywiście nie zawiodłam się: było i Undertones i Dead Kennedys i Joy Division. Najbardziej ucieszyło mnie jednak znakomite wykonanie „Sweet and tender hooligan” The Smiths oraz „Ever Fallen in Love?” zespołu Buzzcocks. Brawo!
the Pipettes
Och The Pipettes, The Pipettes! To przecież między innymi dla tych zwariowanych dziewczyn pojechałam do Belgii. Było fantastycznie – darłam się na całe gardło wyśpiewywując te ich słodziutkie piosenki i przez cały koncert miałam ten głupawy uśmiech na twarzy ciesząc się jak dziecko. Totalny powrót do lat sześćdziesiątych i koncertów Shangri-Las lub Ronettes – image zespołu, zachowanie na scenie (ah, jak one tańczyły! A pani brunetce to tylko dać papierosa i Audrey Hepburn w „Breakfast at Tiffany’s” jak malowana) i te czarne sukienki w białe groszki, które teraz obie z Marysią chcemy. Dziewczyny dały godzinny popis najlepszego indiepopu na świecie, oprócz tego wszyscy znakomicie bawiliśmy się – wyszłam zakochana absolutnie, niezdolna do skupienia się na czymkolwiek, a tu jeszcze za 2 godziny czekały mnie autografy…
![]() | ||
Dresden Dolls
Bardzo lubię ten ich „brechtian punk cabaret”, i teraz również się nie zawiodłam. Utwory z poprzedniej płyty przeplatały się z nowymi – bardzo się ucieszyłam słysząc „Coin-Operated Boy” a już pełen zachwyt wywołały pierwsze takty „Amsterdam” Jacquesa Brela. Moim zdaniem Amanda jest aktualnie jedną z najlepszych „rockowych” pianistek i znakomicie udowodniła to na koncercie. Trochę tylko przekombinowane były lekko przydługawe zakończenia utworów ale ogólnie super!
Dirty Pretty Things
Nigdy nie ukrywałam słabości do poprzedniego zespołu Carla Barata, tak więc na jego najnowszy zespół czekałam z wielką niecierpliwością. Ich koncert to była jedna, wielka rock’n’rollowa „blue party”, znakomicie się przy tym bawiłam a chyba tylko bardziej wyskakałam się na koncercie Colder. Nie zabrakło „Death on the Stairs” Libertines, jak również najlepszych kawałków z „Waterloo to Anywhere”.
Belle & Sebastian
To był właśnie zespół, dla którego tak naprawdę przyjechałam do Hasselt. Kiedyś pamiętam, jak sobie pomyślałam po zobaczeniu koncertu Pulp, że jeszcze tylko Belle & Seb i Morrissey i mogę umrzeć. I tak właśnie poczułam się po koncercie (pomimo tego że nie widziałam jeszcze Mozzera). To, co zaprezentował zespół nie da się opisać w kilku zdaniach. Stuart Murdoch swoją charyzmą owinął sobie całą publiczność wokół palca jednym pstryknięciem – żartował, tańczył jak szalony, pożyczał kapelusz od kogoś z widowni bo akurat był mu potrzeby do zaśpiewania „Jonathan David”, zapraszał do tańców na scenie razem z nim itp. W pewnym momencie zapytał się czy któraś ze zgromadzonej damskiej części widowni nie ma przyborów do makijażu, po czym zszedł ze sceny i wyśpiewał do kogoś „Dress up in you”. Ach, jakie byłyśmy z Marysią zazdrosne. Poza tym, zespół zagrał jedną z najmniej prawdopodobnych setlist jakie mogłam sobie wyobrazić. Nie wiem czy bym wpadła na to że mogą zagrać właśnie takie a nie inne utwory: „Judy and the dream of horses”, „Like Dylan in the movies”, „Le Pastie de la Bourgeoisie”, „Electronic Renaissance”, kilka utworów z najnowszej płyty i piękne zakończenie na bis: „Sleep the clock around”. Jakże szęśliwi wracaliśmy do autokaru, a brakowało mi już tylko płyty do posłuchania.








Skomentuj