Jeszcze kilka lat temu można było jedynie pomarzyć wydarzeniach, jakie miały miejsce w tym roku na piaszczystych plażach Zatoki Gdańskiej i Płocka czy trawiastych terenach warszawskiego Służewca. W ciągu krótkiego czasu dokonał się jednak w tej kwestii niesamowity postęp i sezon letni mogliśmy spędzić w towarzystwie muzyki z najwyższej półki bez konieczności drogich eskapad na zachodnie, markowe festiwale. Jeszcze kilka lat temu można było jedynie pomarzyć wydarzeniach, jakie miały miejsce w tym roku na piaszczystych plażach Zatoki Gdańskiej i Płocka czy trawiastych terenach warszawskiego Służewca. W ciągu krótkiego czasu dokonał się jednak w tej kwestii niesamowity postęp i sezon letni mogliśmy spędzić w towarzystwie muzyki z najwyższej półki bez konieczności drogich eskapad na zachodnie, markowe festiwale. W tym roku do Openera dołączył kolejny gigant – Summer of Music. Kilkanaście zachodnich gwiazd, w tym takie tuzy jak Pet Shop Boys, Ian Brown czy Daft Punk plus szereg ciekawych polskich projektów, zarówno tych zorientowanych elektronicznie, jak i gitarowo. Cztery sceny, sporych rozmiarów teren festiwalowy, a wszystko w centrum polskiego music businessu (i nie tylko) – Warszawie. Czy można wymarzyć sobie coś wspanialszego? Jak się okazuje – i tak i nie.
Problemy z frekwencją
Niestety, nie wszystko poszło zgodnie z planami organizatorów, albo po prostu niektóre kwestie zostały pominięte przy ustalaniu strategii promocji. Głównym problemem festiwalu okazała się bowiem frekwencja – jak to możliwe, że na najważniejszym koncercie festiwalu, jakże ekskluzywnym występie Daft Punk (zespołu, który gra tylko kilka sztuk w roku) pod sceną bawi się góra 3-4 tys. ludzi, podczas gdy w rozpieszczonej przez setki koncertów i dziesiątki festiwali rocznie Belgii, tłum fanów tworzy szczelny kordon, tak na oko, 40-50 tysięczny? Jakim cudem na koncercie Amp Fiddlera miejsce przy barierkach pod sceną można było zająć w każdym momencie, podczas gdy na takim Pukkelpop jest to niemożliwe na pół godziny przed rozpoczęciem? Jak to się stało, że w namiocie klubowym zdarzały się absolutne pustki, z kilkoma osobami „tańczącymi” na „parkiecie”?

Widzę kilka czynników. Po pierwsze – promocja w radiu. Głównym partnerem medialnym było, z niezrozumiałych przyczyn, Roxy FM, którego targetem na pewno nie są ludzie słuchający na co dzień elektroniki czy muzyki alternatywnej. Po drugie – termin. Szczerze mówiąc nie kojarzę festiwali na zachodzie, które odbywają się na początku września, sezon zaczyna się w maju a kończy w sierpniu – łatwo przecież przewidzieć, że wrześniowa aura niekoniecznie musi sprzyjać plenerowym szaleństwom (które dość łatwo mogą zamienić się w grypową chandrę).
Trzecia sprawa – czy organizowanie dwóch dużych festiwali ma sens, w sytuacji gdy większość fanów ledwo stać na jeden z nich, a tym bardziej gdy Opener odbywał się w zdecydowanie lepszym terminie i miejscu niż SoM? I ostatnia sprawa – Warszawa. Jak się okazało – przy całym swoim potencjale ludnościowym – stolica nie nadaje się za bardzo na plenerowy festiwal. Niestety – atmosfera zblazowania była niekiedy dość mocno wyczuwalna, i to nie jest tylko moja opinia.
Daft Punk
Pora na część muzyczną. Tu niewątpliwie największym wydarzeniem były koncerty Daft Punk (sobota) i Pet Shop Boys (niedziela). Pierwszy z nich wypadł niesamowicie, wydawało mi się, że zagrali jeszcze lepiej niż na Pukkelpop. Set był bliźniaczy do tego belgijskiego, co nasuwa kilka przemyśleń o niecnym traktowaniu fanów przez Francuzów, ale o tym za moment. Ponieważ wiedziałem czego mniej więcej mogę się spodziewać, postanowiłem – oprócz poszczególnych djskich smaczków – zwracać uwagę na set jako całość audiowizualną. To, co wydało mi się nie do przecenienia to genialna synchronizacja świateł i klimatu poszczególnych części setu. Słynna piramida na scenie nie jest tylko i wyłącznie bajerem mającym udawać jakiś kosmiczny pojazd, to autentycznie ważne ogniwo kreujące atomsferę i dramaturgię setu. Kolor, intensywność, nasycenie, rozmycie, kontrast – te elementy, choć wykorzystywane raczej oszczędnie, budowały napięcie, zgrabnie przenikając się z częścią audio.

Ta z kolei była zlepkiem najróżniejszych evergreenowych motywów, zmiksowanych w różnych kontekstach, podawanych w coraz to nowych układach. Niektóre frazy można było usłyszeć po kilka razy, szczególnie faworyzowane były partie wokalne, stylizowane na rozmowy robotów (wokoder!), które często występowały w roli pauz i przerywników między kolejnymi utworami. Daft Punk to również potężne brzmienia elektronicznego beatu, wbijające się w żołądek basy i najróżniejszej maści melodyjki syntezatorowe, wśród których najwięcej przyjemności sprawiły mi motywy z „Aerodynamic” (ten pseudosolówkowy), „Da Funk” (ten acidowy), „Human after all” i przede wszystkim genialnie wpleciony w autorski materiał „Smalltown Boy” (autorstwa Bronsky Beat). Drugi raz w ciągu miesiąca zwariowałem… ale trzeci raz już tego nie zrobię. Dlaczego?
Ano dlatego, że panowie Thomas Bangalter i Guy Manuel de Homem-Christo najprawdopodobniej robią nas po prostu w konia, odgrywając wcześniej przygotowany set, w który ingerują jedynie kilkoma prostymi zabiegami. Oczywiście nie pamiętam każdej sekundy z obu widzianych przeze mnie koncertów i nie jestem w stanie zweryfikować czy są one takie same czy tylko bliźniaczo podobne, faktem jednak jest, że te same patenty słyszałem tu i tam, przejścia które utkwiły w pamięci i wydawały się jedyne w swoim rodzaju, tym razem zdawały się być jedynie prostym trickiem technicznym. Wielka mistyfikacja?
A może na tym właśnie ma polegać odhumanizowanie Daft Punka, przejawiające się zarówno w image’u duetu, mechaniczności dźwiękowej i legendach o kosmicznym pochodzeniu (o braku jakiejkolwiek interakcji między muzykami i publicznością nie wspominając). Czy nie nadaje to mistycznego charakteru występom? Mogłoby się wydawać, że to faktycznie grały roboty (czy jak panowie sami wolą się określać – przybysze z kosmosu). No cóż, dla jednych będzie to zwykłe oszustwo – bo równie dobrze mogło się okazać że na scenie nie ma żadnych legendarnych Francuzów, tylko jakieś zupełnie przypadkowe osoby. Za to inni zinterpetują to na sposób iście przewrotny – nie ma żadnego Daft Punka, a nad całością czuwa On – Wielki Elektronik. W takim razie większość widowni wybrała tę drugą opcję, w tym również niżej podpisany 😉

Pet Shop Boys
Za to z całą pewnościa nie ma żadnego Wielkiego Elektronika w Pet Shop Boys – to ludzie z krwi i kości, niestety już w dość podeszłym wieku. Mam wrażenie, że duet odcnia kupony od pełnych chwały lat 80-tych czy początku lat 90-tych i nie serwuje niczego, czego dotychczas nie było słychać w ich twórczości. Bez bicia przyznaję się również, że głos Neila Tennanta nigdy do moich faworytów nie należał, mało tego – jego nosowa, w sumie nie za ciekawa maniera, po prostu mnie drażni. Z wiekiem coraz bardziej, niestety. Wytrzymałem tylko pół godziny na koncercie Angoli, pomimo fajnego show, ciekawie zaaranżowanej części choreograficznej i całkiem zgrabnych kompozycji.
Amp Fiddler
To już sprawdzona marka, którą miałem okazję przetestować po raz trzeci, tym razem w nowym repertuarze, na który składały się zarówno utwory z debiutu, jak i właśnie wydanej płyty „Afro Strut”. Na scenie pojawiło się łącznie pięć osób, choć gdybyśmy dostali samego Ampa przy mikrofonie mogłoby okazać się, że zostawia on w tyle 4/5 składu SoM. Ten człowiek po prostu emanuje czarnym groovem, wyszedł sobie na scenę w banalnym dresiku Adidasa, a zrobił większe wrażenie niż cała zgraja wymuskanych, ubranych w najmodniejsze ciuchy metroseksualistów. Jego zachowanie sceniczne, pozbawione jakiejkolwiek pozy i pretensjonalności, te wszystkie kocie ruchy – po prostu urzekały. I przede wszystkim ten głos, wywodzący się w prostej linii ze szkoły subtelności i delikatnej intensywności Curtisa Mayfielda, jak dla mnie absolutna czołówka funko-soulowych wokalistów. Na takich „If I dont”, „I believe in You” czy „Superficial” trudno było oprzeć się pokusie śpiewania z Fiddlerem, tym bardziej, że kompozycyjnie i klimatycznie nie można było się do niczego przyczepić, to po prostu piękne numery, doskonale sprawdzające się na scenie.

Reszta muzyków wypadła oczywiście totalnie zawodowo – sekcja rytmiczna, gitara, drugi klawisz, pięknie to zagadało, Ci ludzie mogą grać z zamkiętymi oczami i związanymi nogami i nie wypadną z rytmu. Na dodatek na scenie pojawiły się w sumie aż trzy instrumenty Clavii (Nord Lead 2, Nord Electro 2, Nord Stage) i te ich cudowne, pomarańczowe designy – trochę mi się w głowie zagotowało od nadmiaru wrażeń. Oj, było pięknie po prostu.

Mocky
W podobnej stylistyce porusza się również Mocky, ale nie dysponuje on ani takim talentem, ani podobnej klasy kompozycjami. Zagrał oczywiście całkiem zgrabny koncert, ale tylko utwierdziłem się w przekonaniu, że nie jest on wielkim showmanem. Brakuje mu ekspresji, która porywa słuchacza i wciąga w swoje muzyczne misterium, tak jak robi to chociażby jego dobry kumpel – Jamie Lidell. Ładnie, przyjemnie dla ucha i oka, bujająco, ale zbyt grzecznie, bez tej ikry bożej, która tak przydaje się w konfrontacji z publicznością.
Maximo Park
Choć oglądany z dość dużej odległości, koncert gwiazd wytwórni Warp był dużym urozmaiceniem i autentycznie mnie wciągnął, szczególnie „Apply some pressure”, „Postcard of a painting”, „Going Missing” (czy tylko mnie partia gitary kojarzy się z Lady Pank 😉 ) czy „Once a glimpse”. Te ich gitarowe, typowo brytyjskie kompozycje były przyjemnym przerywnikiem między kolejnymi okołoelektronicznymi projektami, tym bardziej, że Maximo Park to jednak czołówka nowej fali brytyjskich gitar i w swoim fachu są co najmniej tak dobrzy, jak najlepiej obecnie sprzedające się Arctic Monkeys. Całe mnóstwo energii unoszącej się na scenie, wokalista miotający się nieprzeciętnie i zachęcający ludzi do zabawy, dobry kontakt z publiką, fajne kompozycje – niby nic odkrywczego, a jednak cieszyło.


Mr.Scruff był swietny! Standardowo malo ludzi (100 osob?) i to w dodatku mało kto tańczył. Do dupy taka publiczność, ale ja z bandą znajomych bawiliśmy się świetnie. Mgła, światła, trawa, świetne beaty.
Minusy
– wizualizacje (doceniam pomysł i jego prostotę, ale to można było jakoś fajnie rozbudować, a nie samplować w kółko 3 krótkie animacje)
– publiczność 🙂
Problemy z frekwencją miał także bardziej mainstreamowy Creamfields. Kasy na pewno brak, co bardziej kumaci wyjechali na zachód, a młodzież nie ma apetytu na nową muzę widać. Gdyby zrobili festiwal w październiku, gdy są studenci to byłoby inaczej, no ale cóż.
Wydaje mi się, że Daft Punk nie był w tym kraju popularny, może trochę z 5 lat temu. Gdyby taki lineup zagrał w Pradze to mieliby pełne branie.
Roxy FM jako patron medialny? Dali za friko citylighty AMSu w ofercie to przebili resztę, a ESKA nie chciała pewnie tego festiwalu bo zbyt pojechany i mało rapowy przy COKE 🙂
byłem tylko (a może aż) w niedziele.
za sam koncert mercury rev mógłbym lekką ręką wydać te 140… dawno nic takiego nie widziałem..
frekwencja rzeczywiście nie była mocną stroną festiwalu, wydaje mi sie ze błąd popełnili organizatorzy dobierając zupełnie nie pasujące do siebie gwiazdy. Dla tych co nie wiedzą: w niedziele zagrali m.in.(w kolejności):Stereo Mc s, Komety, Ian Brown, Mercury rev, Pet Shop Boys… Jest tu jakaś logika?
ciekawi mnie jeszcze, jak wypadl mr scruff…ktos wie?
a jak wypadły inne koncerty?