Wpisz i kliknij enter

The Orb – The Dream


Pionierski projekt elektronicznych, dźwiękowych podkładów muzyki ambient – The Orb pod kierownictwem Alexa Patersona proponuje kolejny wstrząs na miarę tego, co pokazał w latach 90. albumami „Orblivion” i „Adventures Beyond The Ultraworld”. Krążek „The Dream” to pretendent do miana longplaya roku 2008.
Nie bez powodu stawia się znak równości pomiędzy nazwą The Orb a Alexem Patersonem. Mimo że przez ten projekt przewinęło się parę bardzo utytułowanych osób (z Jimmyem Cauty z legendarnego KLF na czele), to jednak ten były pracownik wytwórni Eg Records Briana Eno powołał do życia tą muzyczną inicjatywę. To dzięki Alexowi publiczność mogła posmakować tego, co zwie się „ambient house” z charakterystycznym, wyczuwalnym „orbitalnym” klimatem. Niektórzy twierdzą, że była to wręcz angielska odpowiedź na amerykańską falę brzmień spod znaku „Chicago house”. Do klasyków tego nurtu zapisał się numer Blue Room z albumu U.F.Orb. To z rąk The Orb wypłynął jeden z hymnów epoki rave „Tripping On Sunshine”. To także Paterson nadał i określił kanony brzmieniom ambient techno na sztandarach niesionych w przestrzeni muzycznej przez: Into The Fourth Dimension (longplay The Orbs Adventures Beyond The Ultraworld) oraz U.F.Orb (album U.F.Orb) i Assasin (z Live 93). Oprócz wpływu na ambient, house i techno, The Orb znacząco odcisnął swoje piętno rozwój idmu. To ten brytyjski projekt jest autorem ponadczasowej symfonicznej, eksperymentalnej elektroniki zawartej w utworze Asylum. Mimo upływu lat (pochodzi z wydanego w 1997 roku albumu Orblivion, inspiruje on młode pokolenia muzycznych producentów.
Najnowszy album The Orb The Dream zapowiadany był jako powrót Alexa do początków swojego projektu, do albumów „The Orb’s Adventures In The Ultraworld” oraz „U.F. Orb”. Choć po wysłuchaniu zawartości longplaya nie jest to aż tak oczywiste. Co na wstępie zaskakuje to fakt, że płyta została stworzona bez udziału (niewiadomo do tej pory z jakiego powodu) Thomasa Fehlmanna (notabene chyba „najwytrwalszego” towarzysza Patersona – działa z nim od ponad 12 lat). Na progu płyty przykuwa multizdaniowość wprowadzającego, bulgoczącego od post rockowych płaszczyzn (z bajkową, ulotną grą gitarzysty Matta Chandlera z zespołu Pest) tytułowego numeru „The Dream (The Future Academy Of Noise, Rhythm And Gardening Mix)”. Pierwsze, słowne skojarzenie? Z ambientowym techno A Huge Ever Growing Pulsating Brain That Rules From The Centre Of The Ultraworld z krążka The Orbs Adventures Beyond The Ultraworld. Fakt faktem nawiązań na „The Dream” do dyskografii The Orb jest naprawdę sporo. Witalny, pogodny i technoidalny big beat „Vuja De” odsyła słuchacza do Toxygene z Orblivion. Jak ktoś nie wie o co chodzi, to brzmi to jakby połączenie orietalnych elementów Asian Dub Foundation z The Chemical Brothers z połowy lat 90., kiedy to rzeczywiście emanowali oni artystycznym geniuszem. W przypadku „The Dream” Alex uniknął powrotu do upiększenia i urealnienia popu, co starał się zdrożyć kilka lat temu na Cydonii (w szczególności na przykładzie Once More i Centuries). Choć pokłosem słychać te starania w odprężającym na soulowo (dzięki głosowi Juliet Roberts) „A Beautiful Day”. Rozpływający się „The Truth Is …” (z ponownie niesamowicie śpiewającą Juliet Roberts) to mieszanka fluoroscencyjnych poświat Oxbox Lakes (krążek Orbus Terrarum) oraz dubowego Hamlet Of Kings (płyta Cydonia. Monstrualny triphopowy „Katskills” zbiera żniwo zasiane przez Ghostdancing (numer z krążka Cydonia) oraz Now Here (pozycja z Bicycles & Tricycles). Płytę przyspiesza i rozpieszcza na moment, niczym rozpalony piasek z Karaibów, dancehallowy „Mother Nature”. Czyli coś w stylu riddomowego Perpetual Dawn z The Orbs Adventures Beyond The Ultraworld. Nowości oraz świeżych aranżacji na „The Dream” także nie brakuje. Nie bez kozery Paterson nazywany jest „doktorem”. Amplikuje on zaawansowaną dawkę hybrydowego broken beatu („DDD (Dirty Disco Dub)”), kosmicznego minimal dubu („High Noon”) oraz etniczno-dubowego, rozciągającego się niczym plastelina, triphopu z postrockowym akcentem („Codes”). Dodatkowo w wersji japońskiej na „The Dream” znalazł się electroclashowy „Let the Music Set You Free”, który podąża ściężką wytyczoną przez synthpopowe techno From A Distance z longplaya Bicycles & Tricycles.
Na najnowszym krążku The Orb nie uświadczy się więc hiphopowych ciągot albumu Bicycles & Tricycles (pokroju Aftermath), ani kryształowo czystej, niczym patagońskie jeziora, ambientowej estetyki charakterystycznej dla dwóch pierwszych longplayów Alexa: The Orbs Adventures Beyond The Ultraworld (w szczególności na przykładzie Fluffy Little Clouds i Spanish Castles In Space) oraz U.F.Orb z wyróżniającym się nagraniem Majestic. Całość płyty „The Dream” brzmi niczym wspinanie się na szczyt z okresem długich kontemplacyjncych stanów poczucia braku kontatku z rzeczywistością. Przez to muzyka nie jest statyczna, gdyż ona po prostu żyje. Poszczególne jej fragmenty są wypolerowane oraz perfekcyjnie dobrane do siebie niczym literatura Nabokova. The Orb na „The Dream” stara się pokazać to, że muzyka nie musi być koniecznie spłaszczona lub też pozbawiona dynamiki, by brzmiała przekonywująco.
Źródło: joilet.blox.pl
2008







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Generał
Generał
12 lat temu

5/5

Swietna plyta.

PS Dla mnie pyta roku to musi byc jakies wizjonerstwo czy mala rewolucja. Na to the Orb sa juz za starzy …

Generał
Generał
13 lat temu

Tak jest: The Dream to pretendent do miana longplaya roku 2008!

wtret
wtret
13 lat temu

Poszczególne jej fragmenty są wypolerowane oraz perfekcyjnie dobrane do siebie niczym literatura Nabokova. The Orb na The Dream stara się pokazać to, że muzyka nie musi być koniecznie spłaszczona lub też pozbawiona dynamiki, by brzmiała przekonywująco – Matko, co za bełkot. Nie słyszałem jeszcze płyty, ale to powiem, że to tylko jeden i nie najskrajniejszy przejaw grafomanii w recenzjach na Nowej Muzyce. Jak ktoś ma fachową wiedzę muzyczną, nie musi wypisywać takich nic nie znaczących nonsensów. Ale autor chyba ostatnio przeczytał coś Nabokova i koniecznie musiał to sprzedać…

madame
madame
13 lat temu

Bardzo dobra płyta, w starym klimacie Orb.

Venzz
Venzz
13 lat temu

cenię Dr Patersona za wczesniejsze dokonania, ale jakoś nie mogę się z tą płytą zmierzyć.

bolo
bolo
13 lat temu

nie wiem ile razy sluchalem pierwszych 3 plyt, wiec i te sprawdze z ciekawosci i sentymendu. ale wydawalo mi sie, ze juz jak fehlmann byl w plocku, to chlopaki rozwiazali formalna wspolprace. nie?

BisHoP
BisHoP
13 lat temu

Zamiast Fluffy Little Clouds powinno byc: Little Fluffy Clouds 😉

paide
paide
13 lat temu

choć nie jestem wielkim fanem Orb po tej recenzji sprawdzę co to za materiał. dzięki! pozdrawiam!

Polecamy