Wpisz i kliknij enter

boards of canada – geogaddi


prapremiera tej niezwykłej płyty odbyła się w styczniu 2002 roku, a miała miejsce w sześciu kościołach: w paryżu, tokyo, londynie, endynburgu, nowym jorku i w berlinie. miesiąc później album pojawił się w sklepach. „ten krążek będzie bardziej psychodeliczny, dziwny. wszystko ku temu zmierza” – mówili muzycy w czasie pracy nad albumem. i taka właśnie jest ta płyta: wymagająca od słuchacza skupienia i koncentracji. „mamy świadomość, że robimy muzykę, której będą słuchać tysiące ludzi. jak możemy ten fakt wykorzystać? możemy eksperymentować. staramy się tworzyć elementy, które są czymś więcej niż tylko muzyką. elementy, które, kto wie, słuchacz uchwyci tylko nieświadomie, zupełnie dla siebie nieoczekiwanie”. brzmienie boards of canada poszło więc w stronę jeszcze większego surrealizmu. nie ma tutaj przebojów takich jak roygbiv z „music has the right to children”, nie ma też tak plastycznych, ciepłych kawałków jak „kid for today” z epki „beatiful place out in the country”. mamy za to intrygujące brzmienie, czymś przypruszone, gdzieś naddarte, ledwo uchwytne, odległe.
„uwielbiamy dźwięki, które wydają się być zupełnie poza kontrolą, a ten album ma właśnie taki być: ma upajać, wirować swoim pozlepianym, niedokładnym brzmieniem – bo właśnie w niedokładności tkwi moc tej płyty” – mówią członkowie boards of canada. geogaddi wiruje więc, wirują strzępy ludzkich słów, coraz dziwniejsze bity i barwy. najlepsza część geogaddi to niewątpliwie „sunshine recorder”, przygniatający wręcz swoją gęstością kawałek z intrygującym dziecięcym głosem w tle. „te wszystkie dziecięce sample to zabieg, który ma specyficzny wpływ na naszą muzykę. tylko w zestawieniu z zimną, czystą elektroniką można usłyszeć ten niesamowity rodzaj smutku w dziecięcym głosie. ” – mówi marcus eoin. frapują również te krótkie kawałki, do których panowie sandison i eoin przyzwyczaili nas już na swoim debiutanckim lp. „chcieliśmy odtworzyć klimat starych telewizyjnych nagrań, z których wciąż czerpiemy inspiracje i..sample”. i tak właśnie jest – słychać urywki dżingli, leslie nielsen ni stąd ni zowąd zaczyna opowiadać o podwodnych erupcjach wulkanu itp. całość tworzy więc dość surrealistyczny, dziwaczny klimat, płyta jest też bardziej spójna niż jej wielka poprzedniczka, a cała magia geogaddi tkwi według mnie w tej wielkiej ilości szczegółów, które odkrywać można właściwie bez końca.
2002







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy