Wpisz i kliknij enter

the rapture – Is Live, And Well, in New York City


znacie the rapture? chcielibyście zobaczyć ich koncert? no tak, jakoś do polski nie mogą chłopaki zawitać – trudno. w każdym razie od niedawna mamy namiastkę tego co nowojorska czwórka oferuje w wersji live – „is live, and well, in new york city” (zaskakujący tytuł, prawda? ;)). i od razu przyznam że mnie to dvd zmiotło i wywołało smutek (lol) z powodu tego, że panowie jakoś za bardzo na ten rok nie planują koncertów. naprawdę wielka szkoda. ale do rzeczy.
koncert w nowym jorku miał miejsce w grudniu 2003 w klubie „the bowery ballroom”, czyli niedługo po wydaniu „echoes”. co prawda może dziwić to, że grupa z jedną tylko płytą nagrywa live dvd, ale widocznie takie czasy teraz nastały. zresztą bardzo dobrze że to zrobili, bo jest okazja do posłuchania kilku nowych utworów i spojrzenia z innej perspektywy na kawałki z debiutu.
zaczyna się od paru ujęć zza kulis, próby i późnojesiennego klimatu wielkiego jabłka, po czym przechodzimy do meritum – na początek senny i spokojny „infatuation”. transowe wprowadzenie widza w misterium, gdzieś tam plumka sobie saksofon, oszczędność ruchu, słów, dźwięków. trochę rezygnacji, trochę rozpaczy. ale czy na pewno? miny muzyków jednak wskazują na coś innego – podobnie będzie zresztą w „open up your heart”, w którym luke jenner smutnie wyśpiewuje tytułową frazę, z ledwo ukrytym ironicznym uśmiechem. a wszystkie dziewczyny rozpływają się pod sceną – pięknie! dalej mamy dwa nowe numery – i jestem zdecydowanie na „tak” – zahaczają o bauhausowe klimaty, z charakterystycznym rapture’owym feelingiem i głosami jennera i matta safera. panowie uwijają się jak w ukropie, rytmicznie podrygują do rytmu, łażą, miotają się po scenie – i tak będzie do końca koncertu przy wszystkich dynamicznych numerach, a te stanowią przecież większość ich repertuaru. ludzie powoli włączają się do zabawy, klaszczą, śpiewają, skaczą – o to właśnie chodzi. czuć w powietrzu energię, mimo że oglądam to tylko na ekranie 15-calowego monitora. wyobrażam sobie co się musi dziać przy proporcjach 1:1. pełny rock’n’roll…
ale napięcie trzeba choć na chwilę rozładować – „olio” zaczyna się długim wstępem, vito roccoforte podchodzi do jakiegoś modułu perkusyjnego, luke i gabriel andruzzi stają przy klawiszach, a jenner schodzi do publiczności. okazuje się że to tylko chwilowe wytchnienie – utwór rozpędza się, w dużej mierze napędzany coraz większym zaangażowaniem wokalnym. przy „open up your heart” wszyscy pozostają na swoich miejscach, a co się dzieje wśród publiczności – patrz wyżej. w „the pop song” jenner śpiewa tak wysoko jak jeszcze nigdy, ale daje radę. potem następuje seria killerów z „echoes”. bezbłędna gra świateł, uwagę na siebie ściągają na zmianę matt i luke, publiczność już totalnie wariuje, bo te piosenki zna najlepiej – szczególnie singlowe, szpanerskie i wyluzowane „sister saviour” i najbardziej energetyczne „house of jelous lovers”. mocno przearanżowane „heaven” wypada doskonale, szczególnie a capella „1,2,3,4,5,6,7, i’m floating in a constant heaven”. panowie doskonale się bawią, pod sceną nie da się stać, wszyscy drą się razem z wokalistami. mimo że na scenie stoi sporo sprzętu kojarzonego z elektroniką to jednak duch rock’n’rolla zdecydowanie przeważa – na koncercie widać i słychać to zdecydowanie lepiej niż na płycie – i bardzo dobrze, to jest to co podkręca ludzi najbardziej. znacznie większą też rolę niż na płycie odgrywa saksofon, mocno jazgotliwy, dobrze podkreślający brud. sporo też cowbellu, tak teraz popularnego wśród nowojorskich kapel. na jednym i drugim pocina andruzzi – człowiek od wszystkiego innego niż regularne rockowe instrumenty ;). ale to tylko dodaje posmaku właściwego tylko dla the rapture, choć nie ukrywam że jest on chyba nieco inspirowany bauhausem. bardzo dobrze – jak brać to od najlepszych.
na koniec mamy tort urodzinowy dla matta safera (w kształcie gitary basowej oczywiście), uściski, życzenia, chóralnie odśpiewane przez publikę i jennera „happy birthday”. i do tego jak piękne sfałszowane, haha. a propos fałszów – słychać że panowie zrobili duży postęp w kontrolowaniu swoich strun głosowych, bo prawie nie słychać „pudeł” – na szczęście nie zrobili tego kosztem energii, jak to czasami bywa ze zbyt ugładzonymi głosami – chwała im za to. nie mogę też nie wspomnieć o tym że wszystko jest w punkt, nic się nie rozłazi, sekcja chodzi jak w zegarku. tak powinno to właśnie wyglądać – prosto, luźno, ale nie niedbale.
koncert kończy się krótkim „rock’n’roll part II”, w nieco clashowym, skandowanym klimacie, nie ma to jak rozbujany rytm triolowy. wokaliści na zmianę wyśpiewują „yeahhhh”, pojawiają się nieubłaganie napisy końcowe. dobrze że na koncercie tego nie mieli ;). jenner drze ryja w rytm rozpędzającej się sekcji, wielkie łup i koniec. podziękowania, krótka konferansjerka i żegnamy.
czy warto kupić sobie ten krążek? powiem tak – jak masz okazję zawitać na koncert nowojorczyków to lepiej dołóż kasę, a dvd odpuść. jeśli jednak nie, a the rapture lubisz więcej niż trochę, to przejdź się do sklepu i wydaj te 90 plnów (oczywiście przy założeniu że masz nadmiar wolnych funduszy), bo naprawdę warto zobaczyć jak się robi prawdziwe rock’n’rollowe, podziemne show z lekkim posmakiem nowoczesności ukrytym w elektronicznych wpływach. a jako bonus dostaniesz 3 teledyski, wśród nich jedna z najlepszych rzeczy jakie ostatnio widziałem – klip do „house of jelous lovers”. tylko dla niego warto zapoznać się z tym dvd i w ogóle z the rapture.
2005







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy