Ehh hahah – House ze skrzypcami w tle
Jarek Szczęsny:

Pod znakiem internetu.

Alva Noto – Xerrox Vol. 4
Mateusz Piżyński:

Czwarta odsłona cyklu Xerrox, na którą przyszło nam czekać pięć lat.

Various Artists – Kern Vol. 5 Mixed By Helena Hauff
Paweł Gzyl:

„For those who knows”

Amnesia Scanner – Tearless
Paweł Gzyl:

Finowie serwują miłosne ballady.

Michael Lightborne – Ring Road Ring
Łukasz Komła:

Dźwiękowy świat obwodnicy w Coventry.

Christine Ott – Chimères (pour ondes Martenot)
Jarek Szczęsny:

Geometria dźwięków.

Deadbeat And Paul St. Hilaire – 4 Quarters Of Love And Modern Lash
Paweł Gzyl:

Scott i Paul medytują.

Vysoké Čelo – Űrkutatás
Jarek Szczęsny:

Grzechem byłoby nie skorzystać.

Ellen Allien – AurAA
Paweł Gzyl:

Hołd dla czasów, kiedy techno i trance były jednym.

Nihiloxica – Kaloli
Łukasz Komła:

Na wzgórzu perkusyjnych abstrakcji.

Upsammy – Zoom
Paweł Gzyl:

Zbliżenie na kruche piękno.

Alois – Azul
Łukasz Komła:

Stąpać po niebieskim.

Sote – Moscels
Jarek Szczęsny:

Ku wizjonerskiemu futuryzmowi.

Moodymann – Taken Away
Jarek Szczęsny:

Pląsy w dusznym pomieszczeniu.



Boogie Brain czy Boogie Rain?

Potężna nawałnica, która zaatakowała Szczecin w piątkowy wieczór, niekorzystnie odbiła się na frekwencji festiwalu, jednak deszcz z pewnością nie ostudził gorącej atmosfery, która tego i następnego wieczoru zagościła w Teatrze Letnim. Boogie Brain Festival #2: 17-18 lipca 2009, Szczecin. Zdjęcia pochodzą ze strony www.boogiebrainfestival.pl

Z drugiej strony, wyrywająca trakcję i dachówki wichura towarzysząca burzy z piorunami spowodowały, że na miejsce dotarłem ze sporym poślizgiem, w rezultacie opuszczając występy Sabbia i Jacka Mazurkiewicza, East West Rockers oraz Roberta Owensa.

Na wejściu powitały mnie zatem dźwięki serwowane przez Jurgen von Knoblauch z Jazzanovy, który zaprezentował eklektyczny set didżejski z elementami soulu, hip-hopu, breakbeatu i drumnbassu – całkiem zresztą rzetelny, choć niekoniecznie porywający. Po krótkiej przerwie na scenę weszli Inner City Dwellers i tutaj nastąpiła radykalna zmiana klimatu, albowiem Brytyjczycy grają muzykę zupełnie obcą moim uszom: tak zwany „nu-metal” na modłę Linkin Park czy Limp Bizkit.

Występ Dwellersów przesiedziałem więc z towarzyszami harców w ogródku piwnym nad plastikowym kubkiem złocistego napoju, choć pod sceną podobno wrzało. Wróciliśmy tam na Scratch Perverts, czyli najbardziej wyczekiwany przeze mnie punkt programu (na dodatek po raz pierwszy w Polsce!). Zawodu nie odnotowano: słynne trio zasiadło przed czterema gramofonami, cd-deckami i mikserami, by przez dwie godziny porywać ludzi do niczym nieskrępowanego tańca w rytm dubstepu, hip-hopu, houseu i drumnbassu. Oczywiście wszystko płynnie przemieszane i zmiksowane bez najmniejszej choćby skuchy. Prime Cuts, Plus One i Tony Vegas obronili tytuł mistrzów turntablizmu z palcami w… ruchu.

Jak przekonywał Wuj Dobra Rada w „Misiu”, przyroda zawsze była przeciwko nam. Drugi dzień festiwalu był pochmurny, ale do wieczora nie spadła ani jedna kropla deszczu. Jak na złość, tuż przed 20:00 zaczęło kropić. Ale i tym razem nie przeszkodziło to w zabawie, którą zainaugorował zespół Bloco Pomerania, prowadzący tłum z Jasnych Błoni do Amfiteatru w rytm potężnych bębnów. Jako pierwi zagrali Robert Busha z wokalistką Evą Navrot, zaś po nich na scenie pojawił się Tymański Yass Ensemble ze swoją oryginalną wersją muzyki, na którą złożył się m.in. jazz, rock alternatywny i lekka nuta etno.

Coś z zupełnie przeciwnej strony globu zaprezentowali Prosumer & Murat Tepeli, którzy pod wokal Elif Bicer selekcjonowali deep house w styli Detroit. Tuż po północy na deski Teatru Letniego wszedł band Roya Ayersa, legendarnego wibrafonisty i muzyka dryfującego pomiędzy funkiem, soulem i jazzem, którego fanem jest choćby Madlib. Był to jedyny występ Ayersa w Polsce i według wielu – najlepszy fragment festiwalu, z solowymi popisami poszczególnych instrumentalistów, urodzinową niespodzianką dla saksofonisty i miłym polskim akcentem („We live in Polska, baby”).

Po tej energetycznej dawce czarnej jak smoła muzyki tempo zostało podkręcone za sprawą DJ Storm i MC Rage, którzy zaproponowali klasyczne, słodkie dramy na najwyższym poziomie. Pani Storm to zresztą ta sama kobieta, która wraz z panią Kemistry na początku lat 90. objawiła połamane dźwięki pewnemu złotozębnemu panu… Ostatnim występem Boogie Brain był tłusty dubstepowy set Cokiego (połowa Digital Mystikz) i Stg Pokesa, którzy rozpoczęli od utworu Dra Dre, przerwanego w połowie i opatrzonego komentarzem „Were here not to play hip-hop, were here to play dubstep”. Słowa dotrzymali, atakując dudniącymi beatami i pełznącymi przy ziemi basami przepuszczonymi przez oscylatory najniższych częstotliwości.

Złośliwi powiadają, że trzecia edycja festiwalu powinna nazywać się „Boogie Rain”, ale nawet oni przyznają, że warto było trochę zmoknąć.

 


Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

1 Komentarz

  1. gzzz

    ciekawa impreza, choć faktycznie pogoda była fa-tal-na