Fluxion – Perspectives
Paweł Gzyl:

Nostalgia po grecku.

Lawrence English – Lassitude
Jarek Szczęsny:

Doskonała pustka.

Elysia Crampton – ORCORARA 2010
Jarek Szczęsny:

Niepowstrzymana losowość.

Kaitlyn Aurelia Smith – The Mosaic of Transformation
Jarek Szczęsny:

Cały zestaw radosnych nastrojów.

Phillip Sollman – Monophonie
Paweł Gzyl:

Muzyczna maszyneria.

Vladislav Delay & Sly Dunbar & Robbie Shakespeare – 500-Push-Up
Paweł Gzyl:

„Rakka” uzupełniona o dubowy puls.

Zguba – Pomór
Jarek Szczęsny:

Nieustający marsz kostuchy.

Richu M – House Of The Vaporising Sun
Bartek Woynicz:

Ten tytuł mówi wszystko.

Maenad Veyl – Reassessment
Paweł Gzyl:

Muzyka z sali operacyjnej.

Flaner Klespoza – Wędrówka po lesie, w którym mieszkają bogowie i rosną wszechświaty
Jarek Szczęsny:

Spójna opowieść.

The Advent – Life Cycles
Paweł Gzyl:

Futurystyczne electro w oldskulowym stylu.

Field Works – Ultrasonic
Jarek Szczęsny:

Nietoperze jako podstawa twórcza.

Apparat – Capri-Revolution (Soundtrack)
Mateusz Piżyński:

Pierwsza odsłona serii muzyki filmowej Saschy Ringa.

Grischa Lichtenberger – KAMILHAN; il y a péril en la demeure
Paweł Gzyl:

Chrzęszczące ballady.



Lightning Dust – Infinite Light


Przez projekty takie jak Black Mountain, Pink Mountaintops czy Blood Meridian przewijają się wciąż te same osoby i ciągle im mało. Członkowie tej sekty z Vancouver, Amber Webber i J. Wells (oboje powiązani na stałe z ciężkawym Black Mountain) założyli parę lat temu Lightning Dust, żeby w 2007 wydać debiutancki self-titled, stanowiący odskocznię od grania, z którym dotychczas byli utożsamiani. Niezbyt potrzebny, obarczony piętnem falstartu, choć miejscami uroczy, album ten znajduje swoje rozwinięcie właśnie teraz – na „Infite Light” LD wzbogacają inicjalną pulę pomysłów o dowcip, pop i zachęcającą do zgłębienia zawartości okładkę nasyconą tłustym tropikalnym światłem.


Wyraźnie zakorzenione jeszcze w twórczości folk-rockowego (uproszczenie) Black Mountain, duo nie mogło sobie na debiucie pozwolić na podręcznikowo popowe otwarcia kolejnych partii, spontaniczną, niemal randomową melodykę czy obecność klawiszy oraz syntetycznej perkusji. Poza tymi odkryciami, „Infinite Light” akcentuje też w końcu wokal Amber, teatralny, sugestywnie wyrażający osobowość nieco przekorną i wyposażoną w imaginację na tyle odważną by za pomocą gumy do żucia kleić smutne historie ze zdrową dawką sarkazmu. Spożytkowane w jednym jedynym utworze z debiutu, jej nachalne wibrato wraca na sofomorze wiele, wiele razy zyskując charakter rozpoznawalnej maniery. Naburmuszona i roztargniona z niewyspania brzęczy pośród niespodziewanie barwnych jak na ten duet hymnów i interesującym jest śledzenie przygód tego wokalu, np. w „I Knew”, inicjowanym odhumanizowanym bicikem raniącym przegrodę przezroczystą mózgu.

Lekka, piosenkowa psychodelia czyni te pokazowo smutne kawałki zaokrąglonymi na brzegach, łatwymi do przełknięcia i zapamiętania, tym samym plasując Lightning Dust wysoko w rankingu aktualnych indie-popów. Cieszy przewijająca się na tej płycie ironia, której sami wykonawcy stają się sporadycznie niewolnikami. Dowodem na to finiszujące, trochę parodystyczne już, „Take It Home” – nużące swoją długością, pomimo zawierającego istotne punch-liney liryku pogodnie natrząsającego się z samozadowolonego nurzania się w depresyjnych kawałkach. Chwilowe znużenie to jednak niewielka cena za oglądanie jak ci mili ludzie piętnują to, co robią na co dzień w swoim bazowym zespole. Wychodzi im na tyle dobrze, że można swobodnie zarzucić określanie Lightning Dust projektem pobocznym. Z każdym przesłuchaniem przyjemność zeń płynąca cementuje się w tym oldskulowym trybie zakładającym włączone zapamiętywanie tekstów. Jeśli ktoś ma do siebie dużo zaufania, bierze jeszcze 3 płyty otagowane indie/folk/pop, i do końca roku może dać sobie spokój z grzebaniem w tych okolicach.
Jagjaguwar, 2009

 


Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

0 Komentarzy

  1. F.

    Nieźle, co? Takie rzeczy tylko ze mną. Polecam się

  2. krecik_rulezzz

    jak to recka z przyszlosci?