LDY OSC – sōt
Paweł Gzyl:

Click & cuts na nowo.

Nick Cave and the Bad Seeds – Ghosteen
Jarek Szczęsny:

Pomnik żałoby.

Pablo Mateo – Weird Reflections Beyond The Sky
Paweł Gzyl:

Techno do tańca.

Danny Brown – uknowhatimsayin¿
Jarek Szczęsny:

Gorączkowe wizje rapera.

9t Antiope – Grimace
Jarek Szczęsny:

Mikrus.

Malin Genie – Anthropomorphic Sympathy
Paweł Gzyl:

Stylowe electro i IDM w duchu lat 90.

Telefon Tel Aviv – Dreams Are Not Enough
Mateusz Piżyński:

Gdy w Tel Avivie zgaśnie światło…

Philipp Gorbachev – Kolokol
Paweł Gzyl:

Prawosławie i elektronika.

BNNT is Jerusalem in My Heart – Multiversion #4
Jarek Szczęsny:

Część czwarta.

rRoxymore – Face To Phase
Paweł Gzyl:

Introwertyczne bity.

The Big YES! – The Big YES!
Łukasz Komła:

Free jazzowy wybuch!

HTRK – Venus In Leo
Maciej Kaczmarski:

Miłość w czasach zarazy.

Matthias Schaffhauser – Hedonism, What Else
Paweł Gzyl:

Muzyka jako przyjemność.

Manu Delago – Circadian
Jarek Szczęsny:

Cykle snu.



Lightning Dust – Infinite Light


Przez projekty takie jak Black Mountain, Pink Mountaintops czy Blood Meridian przewijają się wciąż te same osoby i ciągle im mało. Członkowie tej sekty z Vancouver, Amber Webber i J. Wells (oboje powiązani na stałe z ciężkawym Black Mountain) założyli parę lat temu Lightning Dust, żeby w 2007 wydać debiutancki self-titled, stanowiący odskocznię od grania, z którym dotychczas byli utożsamiani. Niezbyt potrzebny, obarczony piętnem falstartu, choć miejscami uroczy, album ten znajduje swoje rozwinięcie właśnie teraz – na „Infite Light” LD wzbogacają inicjalną pulę pomysłów o dowcip, pop i zachęcającą do zgłębienia zawartości okładkę nasyconą tłustym tropikalnym światłem.


Wyraźnie zakorzenione jeszcze w twórczości folk-rockowego (uproszczenie) Black Mountain, duo nie mogło sobie na debiucie pozwolić na podręcznikowo popowe otwarcia kolejnych partii, spontaniczną, niemal randomową melodykę czy obecność klawiszy oraz syntetycznej perkusji. Poza tymi odkryciami, „Infinite Light” akcentuje też w końcu wokal Amber, teatralny, sugestywnie wyrażający osobowość nieco przekorną i wyposażoną w imaginację na tyle odważną by za pomocą gumy do żucia kleić smutne historie ze zdrową dawką sarkazmu. Spożytkowane w jednym jedynym utworze z debiutu, jej nachalne wibrato wraca na sofomorze wiele, wiele razy zyskując charakter rozpoznawalnej maniery. Naburmuszona i roztargniona z niewyspania brzęczy pośród niespodziewanie barwnych jak na ten duet hymnów i interesującym jest śledzenie przygód tego wokalu, np. w „I Knew”, inicjowanym odhumanizowanym bicikem raniącym przegrodę przezroczystą mózgu.

Lekka, piosenkowa psychodelia czyni te pokazowo smutne kawałki zaokrąglonymi na brzegach, łatwymi do przełknięcia i zapamiętania, tym samym plasując Lightning Dust wysoko w rankingu aktualnych indie-popów. Cieszy przewijająca się na tej płycie ironia, której sami wykonawcy stają się sporadycznie niewolnikami. Dowodem na to finiszujące, trochę parodystyczne już, „Take It Home” – nużące swoją długością, pomimo zawierającego istotne punch-liney liryku pogodnie natrząsającego się z samozadowolonego nurzania się w depresyjnych kawałkach. Chwilowe znużenie to jednak niewielka cena za oglądanie jak ci mili ludzie piętnują to, co robią na co dzień w swoim bazowym zespole. Wychodzi im na tyle dobrze, że można swobodnie zarzucić określanie Lightning Dust projektem pobocznym. Z każdym przesłuchaniem przyjemność zeń płynąca cementuje się w tym oldskulowym trybie zakładającym włączone zapamiętywanie tekstów. Jeśli ktoś ma do siebie dużo zaufania, bierze jeszcze 3 płyty otagowane indie/folk/pop, i do końca roku może dać sobie spokój z grzebaniem w tych okolicach.
Jagjaguwar, 2009

 

 

Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

0 Komentarzy

  1. F.

    Nieźle, co? Takie rzeczy tylko ze mną. Polecam się

  2. krecik_rulezzz

    jak to recka z przyszlosci?