Wpisz i kliknij enter

Vladislav Delay – Tummaa


Fin Sasu Ripatti, muzyk tworzący m.in. jako Luomo i Uusitalo, powraca ze swoim najbardziej znanym i ambitnym projektem jako Vladislav Delay. Pod tym pseudonimem zaczął wydawać w 1997 roku, a świat usłyszał o nim za sprawą płyty „Entain”, zaś po chwili następczyni tamtej, do dziś wysoko cenionej „Multili”. Po sukcesie tej nietypowej muzyki nie dziwi, że nagrania Vladislava Delay’a znajdywały dla siebie miejsce w wielu labelach, np. Mille Plateaux, Chain Reaction lub Staubgold, żeby wymienić kilka z nich. Dał się tam rozpoznać jako wizjonerski kompozytor ogólnie pojętej eksperymentalnej elektroniki. Najpierw glitch o dubowych skłonnościach, potem doszło techno, zrobiło się bardziej ambientowo, nadszedł czas radykalnego noise’owego ekperymentu itd. Dzisiaj, w dwa lata po „Whistleblower”, powraca do jazzu, ale nie w ścisłym znaczeniu tego słowa. Jazz, jak artysta sam mówi, od zawsze w nim tkwił oraz inspirował przy nagrywaniu każdej płyty.
Przy nagrywaniu tegorocznego dzieła brali udział dwaj inni muzycy: Craig Armstrong, szkocki kompozytor oraz pianista, który w 2005 roku stworzył z Delay’em oraz AGF projekt The Dolls, a także Lucio Capece, grający na klarnecie basowym oraz saksofonie sopranowym muzyk współtworzący The Vladislav Delay Quartet. „Tummaa” „Chciałem ograniczyć elektronikę, zbliżając się do swoich doświadczeń perkusisty”zaplanowana była jako nowy kierunek w dorobku Delay’a – miała brzmieć bardziej żywo, organicznie. Zatem na najnowszym dziele usłyszymy powrót Ripattiego do jazzowo-akustycznych początków (nie zapominajmy, że jest on urodzonym perkusistą i we krwi ma improwizację): „Chciałem ograniczyć elektronikę, na ile tylko było to możliwe, zbliżając się do swoich doświadczeń perkusisty” – mówi. Tytuł oznacza ciemność lub też zmierzch i nie pozostaje bez znaczenia, ponieważ „Tummaa” nagrywana była w zimie na przełomie 2008 i 2009 na odległej wyspie Morza Bałtyckiego, gdzie wówczas panuje półmrok. Artysta przyznaje, że nową muzyką odsłania swoje nieco mroczniejsze oblicze i jest to w dużej części prawda, ale nie do końca, bo usłyszymy tutaj również jaśniejsze oraz po prostu piękne dźwięki.
Rozpoczynająca album „Melankolia” jest skomplikowana w budowie i trochę chaotyczna – aż trudno wyliczyć wszystkie wykorzystane w niej odgłosy. Szczątkowa melodia pianina, na którym tęskne nuty, nie liczące się z nadzieją wygrywa Armstrong, zaś Delay uchwyca je w bębnach, aby za chwilę powrócić do improwizacji, podporządkowując sobie zimny fortepian. Ripatti ukochał perkusję i to właśnie wszelakich perkusyjnych narzędzi używa do tkania skomplikowanego wzoru, jak gdyby bez planu, ale nie bez pomysłu, mieści w melancholijnym świecie tradycję jazzu, industrialu, rocka, metalu, dubu, te skojarzenia są odległe, jednak widoczne. „Melankolia” pogrąża się w lawinie, gdzie dźwięk wpada na dźwięk.
Drugim utworem jest „Kuula (Kütos)”, co oznacza „Kula/o (dziękuję)”, choć z innej strony tworzy odległe skojarzenie z fińskim kompozytorem o nazwisku z tytułu, którego Delay na pewno zna. Na początku łagodny i ułożony, wybrzmiewa delikatnymi srebrzystymi brzdękami, które niosą się w pogłosach. Po chwili towarzyszą temu obłąkańczo zapętlone gwizdy i miękko opadający syczący bas. Odnosi się wrażenie jakby Delay do życia powołał nowy poranek, jednocześnie spokojny i zmartwiony przyszłością. Druga część będzie przy nim niecierpliwym wieczorem, w którym promienie tylko z rzadka przedrą się tu i tam. Jedna strona niech będzie muzyką tła, druga nie dającym zaczerpnąć powietrza dreszczem. Hałaśliwe oddalone śmigło poszatkowanego klarnetu, nadające rytm syki z basem oraz klapnięcia i trzaski. Aż dziwne, że wszystko trzyma się w całości, niczym antyczna budowla – niezwykła i dostojna, krucha, ale niezniszczalna.
„Mustelmia”, czyli sińce (stłuczenia), wkracza głośnym basowym pomrukiem, brzmiącym jak mamucie futrzaki z teledysku Björk („Wanderlast”). Do tego dychającego „Starałem się nie myśleć ani analizować, tylko chwytać dany moment i grać jak czułem”didgeridoo zawadiacko wesoło podskakują cząsteczki ciekłych uderzeń oraz przerażająco radosny klarnet Capecego. Nierówno krocząca perkusja gubi się w powykręcanych strukturach. To jak diabelski młyn – pociągający i odstraszający zarazem. Pomimo pozornej wesołości, uderza szaleństwem wariata w swoich powtarzalnych motywach.
Tempo zwolni „Musta planeetta” („Czarna planeta”), najbardziej niepozorny utwór na płycie. Trwający niedużo ponad pięć minut kawałek, oparty jest głównie na zwielokrotnionych partiach rozległych klawiszy, którym wtórują szumiące odgłosy tła oraz pojedyncze tknięcia. Usłyszymy także drewnopodobne pałeczki oraz rozwibrowaną strunę – wszystko razem tworzy nastrój skłaniający do niewymuszonej refleksji.
W „Toive” („Życzenie”) słychać przeciągłą wrzawę znaną z „Entain”, zaś Capece wygrywa melodie dzikiego, leśnego życia. Miarowo maszerująca perkusja, warczący, dubstepowy bas dają znać o tym, że Delay czerpie tutaj z rytmicznych zabaw, jakim oddawał się w projekcie z AGF. „Tummaa”, w której pourywane dźwięki i rozwlekłe, acz minimalnie dozowane nuty pianina, zanurzono dodatkowo w patynowym leśnym mchu, przywołują klimat „Animy”. Usłyszymy z wyczuciem dozowany odległy dubowy bas, wybijany przez samotnika w gęstej dżungli odgłosów, klaśnięcia ptasich skrzydeł, ludzkie zawołanie, połyskujące loopy.
„Tunnelivisio”, to jest „widzenie lunetowe” czy może klapki na oczach albo po prostu ograniczone pole widzenia, to tak naprawdę nieskończenie głęboka studnia, w której dźwięki zanurzają się w echu oraz pogłosach. Wszelkie szumy i brzdęki potrafią być równocześnie odgłosami pracowitego, realnego świata, jak też tego z drugiej strony lustra. Wpadamy w fiński chłód osobnej wyspy (piski, rezonasujące struny), zmęczoną, podziemną krainę zamkniętych klubów (brzdękający bas), a także orientalną egzotykę (kaskada drewniano-porcelanowych klocków), wilgotność lasów tropikalnych (wszelakie pluski) oraz czarną energię kosmicznej pustki (gwar syków).
W nowej muzyce Delay’a przewijają się motywy jego wcześniejszej twórczości, a w powrocie do jazzowo-perkusyjnych korzeni można się dopatrywać echa dokonań skandynawskich artystów, jak Nilsa Petera Molvaera czy Esbjörna Svenssona, można szukać dalej, kierując się w stronę Berlina, ale nie wolno przy tym zapomnieć o fascynacji hip-hopem (czemu wyraz dał w ostatnim miksie dla Fact Magazine) – w każdym razie można wymieniać różne inspiracje, lecz sam Ripatti starał się wyzbyć jakichkolwiek wpływów i zaufać sobie. Mistrz rytmu zwyczajnie uwielbia stukać w różne rzeczy i oddaje się temu bez miary.
„Tummaa” nie jest trudnym w odbiorze albumem, jeśli zamiast wysilać intelekt, oddamy się w ręce intuicji i zwyczajnie skupimy na słuchaniu – właśnie tak, jak zrobił to Ripatti, gdy siadał do instrumentów: „Starałem się nie myśleć ani analizować, tylko chwytać dany moment i grać jak czułem”. Dlatego tak ważny jest emocjonalny odbiór płyty, i to, jak sądzę, jest jej główną zaletą.
Vladislav Delay
MySpace
Leaf Label
Gusataff
Leaf 72, 2009







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy