Lonker See – Hamza
Jarek Szczęsny:

Zawsze krok przed nami.

Men With Secrets – Psycho Romance And Other Spooky Ballads
Paweł Gzyl:

Erudycyjne ćwiczenie z ejtisowego electro.

Riverrun – The Same Silent Hill
Przemysław Solski:

Muzyka z krajobrazu.

Yogtze – Yogtze
Jarek Szczęsny:

Będzie filmowo.

Wacław Zimpel – Massive Oscillations
Jarek Szczęsny:

Letarg duchowy.

Hula – Shadowland
Paweł Gzyl:

Jak ambient przenikał industrial.

Nicolas Godin – Concrete and Glass
Mateusz Piżyński:

Elektroniczny aksamit, który już dobrze znamy.

Ghost In The Machine – Breaking The Seal
Paweł Gzyl:

Czego można się spodziewać po płycie, na której jeden z utworów nosi tytuł „Napalm Breath”?

Jachna/Ziołek/Buhl – Animated Music
Jarek Szczęsny:

Poszerzanie improwizacyjnej wrażliwości.

Recondite – Dwell
Ania Pietrzak:

Chłodna obserwacja rzeczywistości.

Silent Witness – Silent Witness
Łukasz Komła:

Cisi obserwatorzy o wielkiej wyobraźni.

Phase Fatale – Scanning Backwards
Paweł Gzyl:

Dźwięk jako broń.

Stefan Węgłowski – To co ukryte
Jarek Szczęsny:

Puszczony zza mgły.

Mech – Pearlgraphs
Jarek Szczęsny:

Lepiszcze do związania ze sobą grubych okruchów.



Build An Ark – Love, pt 1


Jakkolwiek mylnym okazało się to odczuciem, bo Carlos Niño jest tak naprawdę guru konkretnego muzycznego światka (LA), łatwo było mi uwierzyć przy pierwszym przesłuchaniu Love, pt.1, że Build An Ark podzielają mój dyletancki problem z jazzem: zanim posłuchałem jakiegokolwiek klasycznego albumu przebrnąłem zupełnym przypadkiem przez masę smooth-jazzowych składanek dla pań domu, przez płyty samplujące mistrzów etc., i na tej podstawie polubiłem w ciemno cały gatunek, tworząc kompletne wyobrażenie o nim na podstawie antyreprezentatywnych pozycji oraz zdekontekstualizowanych skrawków. Można się domyślić jakim szokiem był kontakt z prawdą. Próbując ratować sielski ów omam na przekór rzeczywistości szukałem i szukałem, ale nie znalazłem nigdy całego, kompletnego albumu, który brzmiałBY tak jak pochopna fantazja na temat. Z czasem recepcja jazzu-jazzu przestała być problemem, jednakże chwilami, takimi jak ta wypełniona openerem Love, pt.1, mam wrażenie, że być może za szybko się poddałem.

W tej niedowcielonej nigdy fantazji chodziło głównie o jazzu krągłość, seksowną prostotę tła pod striptease, jego zdatność jako muzyki podróżniczej, gładkość przy właściwie dowolnym nasyceniu światłem, choć pierwsze skojarzenie preferencyjne linkuje jednak raczej mroki niż blaski, czego dowodem moja sympatia dla nowego Mt. Fuji Doomjazz. Build An Ark proponują raczej jasną, pastelową i słodką jak cukierki pudrowe, wersję jazzu dla laików, trochę upodlonego, odczuwalnie uproszczonego, ale tak, że nie przestaje jeszcze roztaczać iluzji bycia czymś więcej niż muzyką do kebaba, dzięki czemu szczęśliwie rości sobie prawa oraz usprawiedliwia tradycjonalistyczny charakter pozycją pozycji startowej, mającej domyślnie stanowić łagodny start do poznawania posągów gatunku i ich burzycieli. Niño i jego kolektyw dbają o niewyrobionego słuchacza podsuwając mu przerywniki folkowe (folk-jazzowe) czy psychodelizujące, chwilami nawet rozpraszając pieczołowicie budowany stereotyp jazzu aż do eksperymentalnej miazmy przypominającej nieopierzone wersje prekursorskich ambientów czynionych przez Daviesa na Dark Magus.


Większość jednak kawałków to pogodne, pełne pozytywnych wibracji linki do Kind of Blue lub In a Silent Way, czy Africa Brass Sessions Coltranea z ułatwiającymi jeszcze sprawę melodyjnymi wokalami. Jeśli grupa liczy sobie 45 osób i inspiracje wahają się od Joni Mitchell po Coltranea właśnie, można było spodziewać się poświęcenia większej uwagi spiritual jazzowi, który to wg wydawcy jest czynnikiem w znaczącym stopniu decydującym o wartości BAA. Tymczasem mistykę ograniczono do ognistych oracji gościnnie udzielającego się Dwighta Trible. Budowana przezeń teatralność jest ledwie wydmuszką klimatu jaki zastać można na amatorskich składankach wycelowanych precyzyjnie w odtwarzanie obrzędowej atmosfery voodoo, negro spirituals i innych obcych białemu człowiekowi muzyk z ducha płynących, a formalnie jednak bardziej interesujących niż zasłony dymne z handclapów i stylizowania na improwizację.

Trudno jednak na serio podtrzymywać te zarzuty, równoważne wytykaniu całości redtubea luk fabularnych. Nie o to tu chodzi po prostu. BAA koncentrują się na odtwarzaniu stereotypowego wyobrażenia jazzu: klawisze zręcznie i wesoło przemykają z kanału w kanał, doły są tłuste i krągłe, gęste synkopy, trąbki czarujące, perkusje i wokale hipnotyzujące i maksymalnie czarne (trzy pierwsze utwory celują szczególnie w takim świadomie przesadnym kompilatorstwie cech ideału, sięgając nawet po imitowanie występu live z włączonymi spontanicznymi reakcjami słuchaczy). Może trudno o klimat 70, może nie jest to też płyta do zapamiętania czy umieszczenia na listach rocznych, może lans tworzeniem spiritualu jest rzeczywiście tylko plandeką na kupie niewiele znaczącego dla budowy żwiru, ale ciężko na szybko rzucić albumem przyjemniejszym a zdolnym imitować obcowanie ze Sztukom. Jedyny prawdziwy problem to bezsprzecznie zastosowanie tej płyty, jak i całej grupy zresztą, jako li tylko portalu do prawdziwego grania. Przez raz otwarte drzwi nie będzie sensu przechodzić drugi raz, przynajmniej w świecie spożytkowanej na potrzeby tej tezy metafory.
Kindred Spirits, 2009

 


Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

Comments are closed.