Wpisz i kliknij enter

Nasiąknięci psychodelią

Oranżada to jeden z najoryginalniejszych polskich zespołów. Właśnie ukazała się jego nowa płyta – „Samsara”. Rozmawialiśmy o niej z wokalistą i gitarzystą grupy – Robertem Derlatką. Skąd u Was taka słabość do oranżady, że wybraliście to słowo na swoją nazwę?
Próbowałem wielokrotnie zgłębić ten temat, żeby wymyslić jakieś sensowne wytłumaczenie. Z jednej strony to wspomnienie słodkiego dzieciństwa w Peerelu, a z drugiej – rezultat prób znalezienia słowa-klucza na nazwę zespołu, zainspirowany trójmiejską sceną alternatywną, na której działały takie zespoły, jak Apteka czy Ścianka.
Jesteście jedynym zespołem w Polsce, który w wyrazisty sposób odwołuje się do niemieckiego kraut-rocka. Jak poznaliście ten mało u nas popularny gatunek?
Nasi starsi koledzy byli ostatnimi polskimi hipisami. Jeden z nich miał w swej kolekcji dużo starych analogów. Często spotykaliśmy się u niego i o trzeciej w nocy, kiedy zostawali najtwardsi, puszczaliśmy płyty Can, Faust, Tangerine Dream, wczesnego Kraftwerku. W pokoju było ciemno, pełno dymu, nikt się już nie odzywał, nasza podświadomość nasiąkała więc tymi dźwiękami. I ta inspiracja tkwi w nas do dzisiaj. Najbardziej chyba w Artku, naszym bębniarzu. A ponieważ żyjemy tu w Otwocku w swoistej enklawie kulturowej, niby blisko stolicy, ale całkowicie od niej odcięci, ta muzyka generuje się sama.

Wasze nagranie mają niezwykłe brzmienie – używacie instrumentów z epoki?
Oczywiście. Od lat gromadzimy sprzęt sprzed czterech dekad. Szczególnie gitary – Maciek gra na Framusie z 1974 roku, a ja – Rickenbauerze z 1976 roku. Kiedyś pojechaliśmy do Berlina na koncert i tam, na jakimś targu, między kebabami, trafiliśmy na oldskulowy klawisz – jedno z pierwszych pianin elektrycznych Philipsa. No i musieliśmy je kupić. Do tego używamy dawnych kamer pogłosowych, a produkcją naszych nagrań zajmują się ludzie, którzy czują psychodeliczny klimat.
Przed nagraniem „Samsary” dołączył do Was Maciek Łabudzki z Żywiołaka. Jaki miało to wpływ na pracę nad albumem?
Maciek przyniósł z Żywiołaka do Oranżady same najlepsze rzeczy – fajną, polską i zakarpacką wiochę, różne fujarki i flety. A ponieważ jest perkusjonistą, szybko dogadał się z naszym bębniarzem, mimo, iż dzieli ich różnica niemal 20 lat. Poza tym on jest filmowcem z wykształcenia – wniósł więc do naszej muzyki zupełnie inne spojrzenie, inną energię.
Tworzyliście nowe kompozycje drogą improwizacji?
Pół na pół. Część utworów narodziła się podczas wspólnych jamów, z których wykluwały się pozostające w naszych umysłach i dłoniach główne motywy. Reszta kompozycji, czyli te o bardziej piosenkowym charakterze, robiliśmy w domu na gitarach – ja i Michał. Tyle, że potem ostateczny kształt nabierały one już na próbach.

Pracowaliście w analogowym studiu?
To ciekawostka: nasza sala prób mieściła się w otwockim domu kultury. I tam zorganizowano też skromne studio. Byliśmy więc dobrze obeznani z tym miejscem, co ułatwiło nam nagrywanie. Niestety, ze względu na koszty, jest ono wyposażone w kiepski sprzęt, prawie pół-domowy. Kiedy więc zarejestrowaliśmy cały materiał, wysłaliśmy go Maćkowi Cieślakowi ze Ścianki, aby go po swojemu zmiksował. Ten, pod wpływem jakiegoś szaleństwa, najpierw męczył się z nim bezskutecznie, a potem wyrzucił go do kosza. Kiedy ochłonął, powrócił do tematu i w tydzień machnął takie miksy, że kiedy je usłyszałem, prawie nie poznałem naszej muzyki. Później wysłaliśmy te nagrania do Piotra Nykiela, inżyniera z warszawskiej politechniki, który zajmuje się analogową obróbką dźwięku i on wyrzucił w masteringu cały ten początkowy, cyfrowy brud. Dlatego muzyka z „Samsary” wypada tak naturalnie.
Brzmienie jest wyjątkowo gęste: oprócz gitar i bębnów, słychać mnóstwo innych instrumentów…
… chociażby flety, fujarki, conga, tamburyn, wiolonczelę, saksofon, a nawet trochę oldskulowej elektroniki. Mało tego, kiedy siedzieliśmy w studiu, co chwilę ktoś wpadał na jakiś dziwny pomysł. „Rzućmy butelką o ścianę. Zobaczymy, co z tego wyjdzie” i tym podobne. I rzeczywiście powstało gęste brzmienie, w którym jest mało powietrza. Ale chyba od zawsze nasza muzyka była tak „naćkana”. (śmiech)
Przez to płyta jest jednak bardzo kolorowa.
Właściwie samo tak się stało. Zanim rozpoczęliśmy nagrywanie, w zespole był zastój. Daliśmy dużo koncertów, potem tłukliśmy się na próbach. W międzyczasie nagraliśmy muzykę do kilku filmów, aż w końcu mi się to znudziło. Nie było kopa, który dałby nam impuls do konkretnej pracy. Dopiero, kiedy przyszedł Maciek, wszystko ruszyło z kopyta. Ustaliśmy termin nagrań, zaczęliśmy pisać piosenki i teksty. Po zarejestrowaniu instrumentów, zrobiliśmy sobie jednak przerwę. Miałem wtedy czas na dłubanie przy nagraniach. Zacząłem więc zapraszać gości. Ludzie wpadali, robili swoje, a ja potem kleiłem to w jedną całość. W ten sposób, bez ciśnienia, materiał nabrał innego wymiaru, stał się wielobarwny.

Mimo to brzmi spójnie, robiąc wrażenie concept-albumu podporządkowanemu idei wyrażonej w tytule.
To nie nasza zasługa. Przez długi czas nie mogliśmy tych piosenek ułożyć w odpowiedniej kolejności. Robiliśmy to na siłę, ale nie pasowało. Potrzebny był nam ktoś z zewnątrz. I wtedy poprosiliśmy o pomoc Piotra Nykiela. A on zrobił to po swojemu. Kiedy przyjrzeliśmy się jego propozycji, okazało się, że trafił w dziesiątkę!
„Samsara” zaskakuje wyjątkowo dopracowaną stroną wokalną – jak to się stało?
Wcześniej traktowaliśmy wokale po macoszemu. Zawsze były przepychanki, kto ma śpiewać. „No weź, teraz ty”, „Nie, lepiej ty”, i tak w kółko. Podczas nagrań na drugą płytę niemal w ogóle chcieliśmy odpuścić wokale. Tym razem było jednak inaczej – nasz realizator, Andrzej Piotrowski, śpiewa w chórze i miał świra na punkcie ludzkiego głosu. W efekcie czasami musiałem trzydzieści razy nagrywać jakieś dwa słowa. A on ciągle się upierał: „No weź, jeszcze raz…”. Tymczasem żaden z nas nie był szkolony wokalnie. Dlatego w pewnym momencie podsunęliśmy mu trzy dziewczyny: znaną wszystkim, moją dawną koleżankę, Karolinę Kozak, wypożyczoną z Żywiołaka Anię Piotrowską i Lidkę Jaczeh, wokalistkę nieistniejących już otwockich zespołów Casablanca i Fallus Day. W ten sposób wokale wysunęły się na pierwszy plan.

A ostatni utwór „Impro-Miron” oparty na „Jeździe do Otwocka” Mirona Białoszewskiego przerodził się niemal w… radiowe słuchowisko.
(śmiech) Bo to miało być słuchowisko! Od dawna zaczytuję się w Białoszewskim i kiedy wpadłem na „List do Otwocka” od razu zakochałem się w tym tekście. Pewnie zadecydował o tym lokalny patriotyzm, ale nie tylko, bo przede wszystkim ujęła mnie zawarta w tym tekście groteska. I spiąłem się, żeby zrobić z tego słuchowisko. Niestety, chłopaki nie chcieli się zgodzić, twierdząc, że zdominuje ono całą płytę. No i odpuściłem. Nagraliśmy tylko ten fragment. Cieślak był nim zachwycony, on uwielbia takie duże, rozimprowizowane formy, więc znęcał się nad tym nagraniem najdłużej. Wplótł głosy lektorów, poskracał tekst, wtopił to wszystko w rytm pociągu. Ale zachował klimat.
Ciężko Wam będzie oddać to wszystko na żywo…
To fakt. „Impro-Mirona” na razie jeszcze nie graliśmy. Ale może kiedyś? Na koncertach stawiamy przede wszystkim na energię, a nie dźwiękowe smaczki. Zresztą te też można oddać przy pomocy samplera. (śmiech)







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Inline Feedbacks
View all comments
global
global
10 lat temu

Śledzę dokonania „Oranżady” od początku i byłem przekonany, że wcześniej, czy później odniosą sukces. A że trochę zbyt późno? No to strata tych, co się nie poznali 😀
Na You Tube można zerknąć na dwa najnowsze klipy – do „Statku” i „Przecież to masz” (oba z „Samsary”):

http://www.youtube.com/watch?v=9WLxWNMSDho
http://www.youtube.com/watch?v=PkYn5_DKUeY

Polecamy