Wpisz i kliknij enter

Jamie Lidell – Compass


Muzyczne meandry Jamiego to materiał na dobry dokument – z maniaka elektronicznych brzmień po ponownego odkrywcę, który od nowa wymyślił jak śpiewać soul. Tu odnalazł swoje miejsce, wyciągając trupa z szafy. Jak na prawdziwego Anglika przystało, dalej mieszka na Manhattanie, w samym sercu Wielkiego Jabłka, miasta wielu kultur, marzeń, muzycznego fermentu. Pewnie jeździ żółtymi taksówkami, szpera w poszukiwaniu płyt w Kims, leniwie przechadza się z iPodem po Broadwayu szukając inspiracji i śladów dawnych muzycznych tuz. Wychodzi z tego skrzyżowanie starego soulowego feelingu przefiltrowane przez miejską rzeczywistość i współczesną muzykę. Compass to album niepokojący, bo już od pierwszych dźwięków rozpoczyna się ryzykowna żonglerka – gatunków, symboli, emocji. Obowiązkowa dawka eksperymentu krzyżuje się z próbą pogodzenia z przeszłością. Do pracy nad nim Jamie skrzyknął silną ekipę – Beck trzyma pieczę nad produkcją, za pianino odpowiada Chilly Gonzales, jest Feist, zredukowana do roli chórku (notabene chyba najbardziej zmysłowego na świecie).

Każdy utwór to dopracowana z pietyzmem perełka, z charakterystycznym, odróżniającym elementem – od beatboxu w otwierającym Completely Exposed po cukierkową słodycz i kicz pierwszych randek w stylu Princea w She Needs Me.


Pierwsze utwory to psychodeliczno-elektroniczna-drumowa mikstura. Milknie tylko na chwilę, przy wspomnianym już She Needs Me. W późniejszych minutach dominują avant-popowe klimaty – I Wanna Be Your Telephone (bardziej avant), Enough is Enough (bardziej pop), brzmiące jakby w połowie drogi spotkał się Al Green z wczesnym Jamiroquaiem. Ciężkie drumy z początku płyty i połamane gitary odżywają w The Ring i You Are Waking. Zwrot w stronę liryzmu i romantyzmu dokonuje się za pomocą Its A Kiss i tytułowej ballady – Compass, zanurzonej w etno, folku, przytłumionych dęciakach i smyczkach. Bliżej końca wraca dawka brudnej gatunkowej mikstury od której może zakręcić się w głowie – Gypsy Blood, Coma Chameleon, Big Drift.

Zamykając album, w akustycznej apostrofie You See My Light (tak tak, drogie słuchaczki!) odtwarzanej jakby ze starego gramofonu na korbkę, Jamie zostawia z uczuciem rozdarcia. Do przeszłości nie ma powrotu, tylko gdzieś niewyraźnie majaczy w oddali… Mało tu soulu, funku znanego z poprzednich dokonań, za to dużo kontrastu: ballad, rozmarzonych utworów przeplatanych bogatą instrumentalną i syntetyczną tkanką, obłędnym miotaniem się między popem a psychodelią, Werterem a Jamesem Deanem. Pełna dychotomia.

Wysoko postawionych poprzeczek – Jimem i Multiply – wcale nie trzeba od razu przeskakiwać. Można ustawić sobie nową. Compass to zupełnie nowy rozdział w twórczości Lidella. Jedno jest pewne – obojętnie w jakich ramach gatunkowych się znajduje, głos Jamiego nadal urzeka. Jego muzyczny kompas pokazuje słuszny kierunek – śpiewam, więc jestem.
Warp, 2010







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Inline Feedbacks
View all comments
catsndogs93
catsndogs93
11 lat temu

geniusz. rewelacyjna płyta.

Polecamy