Wpisz i kliknij enter

Max Richter – Infra


Max Richter jest jednym z nielicznych kompozytorów, który pomimo konsekwencji swojego działania na polu współczesnej muzyki klasycznej, przebija się do muzycznej świadomości wielu osób zamkniętych na alternatywę wykraczającą poza elektronikę czy rockowe improwizacje.

Prapremiera kompozycji zawartych na najnowszym krążku Maxa ujrzała światło dzienne niecałe dwa lata temu. Pierwotnie zostały napisane dla brytyjskiego Royal Ballet, wespół z choreografem zespołu, Waynem McGregorem i jednym z najbardziej rozpoznawalnych artystą sztuk wizualnych w Wielkiej Brytanii, Julianem Opie. Dziś, ścieżka dźwiękowa do tamtego wydarzenia stała się kanwą nowego albumu Richtera. „Infra” wzbogacona jest o nieznane i równie interesujące miniatury, które delikatnie spinają płytę koncepcyjną klamrą, a my możemy być pewni, że mamy do czynienia z samodzielną narracją spójnej i pełnoprawnej produkcji.

„Infra 1” rozpoczyna album elektrycznym szumem w stylu lo-fi. Kod alfabetu Morsea i strzępki rozmów przez krótkofalówki płyną ospale przez atonalne sekcje i pełne euforii głosy smyczkowego kwartetu. Kojący nastrój zwalnia na wijących się sygnałach morskich radarów niepokojącego „Journey 1”. Dominujące, surowe piano w starodawnym stylu i syntezatory majaczące w tle, budzą na płycie ducha zapomnianych czasów, który nie opuści kompozycji aż do samego końca richterowskich podróży.

Jeszcze mroczniej robi się w „Infra 2”, kiedy upiorne synth linie dryfują po zimnej tafli przesterowań, a akompaniujące im cellosy pogrążają numer w intymnym, ckliwym niemal nastroju, który zmienia „Infra 3”. To muzyka okresu romantyzmu w modernistycznej formie. Przechylone arpeggia pianina i podnoszący je refren przypomina chłodniejszą wersję twórczości Ludovica Einaudi. Astralny „Journey 2” pulsuje ciemnym, huczącym dronem, a otoczony sopranowymi sygnałami i dźwiękami reversu przypomina barwą „Treny” Michała Jacaszka. Te same emocje, ten sam szum analogów i lamp.


Morski field recording „Journey 3” jest swoistym przecinkiem w środku sentencji. Izoluje nieco bliskie sobie części albumu, hipnotyzując chóralnym głosem i przelatującym raz po raz ciężkim dronem, którego ostatecznie tłumi „Journey 4”, będący próbką muzyki klasycznej o impresjonistycznym smaku. Jednym z najciekawszych nagrań na wydawnictwie jest rozbudowana kompozycyjnie „Infra 5”. Instrumentarium utworu prowadzi między sobą fascynujący dialog, przypominający muzyczne dokonania Clinta Mansella.

Ekscytację nad najnowszym wydawnictwem Maxa podtrzymuje poetyczna „Infra 6”, która oczyszcza emocje nagromadzone w poprzedniej kompozycji poprzez ciche, ambientowe dźwięki fortepianu, a kiedy elektroniczne procesy i migoczące efekty „Infra 7” ustają, rozpoczyna się kołyszący zmysły epilog. Orkiestrowy tony „Infra 8” wznoszą się i opadają, stawiając wysmakowaną kropkę nad i. Końcowe nuty biegną po pięciolinii, napisy końcowe wchodzą na ekran, kurtyna opada.

„Infra” to album niesamowicie refleksyjny, skłaniający do przemyśleń. Jest ambitnym, filmowym wręcz dziełem, mówiącym o nieustannej podróży w poszukiwaniu szczęścia.

To szósty krążek w dorobku niemieckiego muzyka. Po raz szósty zaprasza on nas w ten sam, dobrze znany, postmodernistyczny świat. W wielu przypadkach mógłby być to poważny zarzut dla dojrzałego artysty. Odcinanie kuponów od własnej twórczości jest plagą na poletku każdej sceny, z większą lub mniejszą siłą wdziera się w gałęzie współczesnej sztuki. Niemniej jednak Max Richter nigdy nie potrzebował szczególnego eklektyzmu by słuchacza uwieść. Jego muzyka nie zaskakuje, ona porusza. Wielu pianistów z tej samej szuflady płodzi coraz nowsze kopie swoich pierwotnych układów, on przewraca pożółkłe strony melancholii w najlepszym wydaniu.

„Infra” jest najbardziej dojrzałym i godnym polecenia albumem pianisty obok debiutanckiego „Memoryhouse”. Dla miłośników dwudziestowiecznego neoklasycyzmu będzie raczej ewolucją na drodze niemieckiego kompozytora niż zaskakującą rewoltą, a obok „…And They Have Escaped The Weight Of Darkness” Ólafura Arnaldsa, jak dotąd jedną z najciekawszych, tegorocznych wydawnictw z gatunku modern classical.

fat-cat.co.uk

maxrichter.com

myspace.com/maxrichtermusic
Fat Cat, 2010







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
99vadim
99vadim
11 lat temu

straszne te soniczne syntezatory :b

F.
F.
11 lat temu

1. tracklistę można podzielić na pół: kawałki nieczytelne | autoplagiaty z Memoryhouse, 2. kontekst Jacaszka, Mansella i Arnaldsa słusznie kieruje w stronę całego genre pretensjonalnych wydmuszek, 3. romantyzm w modernistycznej formie, postmodernizm, klasyka o impresjonistycznym smaku, balet, atonalne sekcje, soniczne syntezatory = banalna neopoważka raczej niż realne żonglowanie środkami/stylistykami; siermiężny przesyt randomowych konceptów =/= ulotna, zwinna erudycja. Śledzę twórczość tego gościa właściwie tylko po to, żeby przekonać się, że nadal go nie lubię i pozyskać jedną stałą więcej w życiu.

Polecamy