IRAH – Diamond Grid
Przemysław Solski:

Siatka utkana z ciekawości.

Strycharski Kacperczyk Szpura – I love you SDSS
Jarek Szczęsny:

Oglądanie nerwów.

!!! (Chk Chk Chk) – Wallop
Mateusz Piżyński:

Ciężkość punka z lekkością funka.

cover
Barker – Utility
Paweł Gzyl:

Transhumanistyczne przyjemności.

Monya – Straight Ahead
Paweł Gzyl:

Industrialne techno o pozytywnej energii.

Wojciech Golczewski – The Priests Of Hiroshima
Jarek Szczęsny:

Ścieżka dźwiękowa dla ery atomowej.

Múm – Yesterday Was Dramatic – Today Is OK
Paweł Gzyl:

Klasyk emotroniki.

Hildur Guðnadóttir – Chernobyl (OST)
Jarek Szczęsny:

Wyobrazić sobie niewyobrażalne.

Pruski – Black Birds
Jarek Szczęsny:

Wyszlifowany onyks.

Jaromir Kamiński, Rafał Warszawski, Palms Palms, Break Janek
Ania Pietrzak:

Beats & breaks idealne na koniec wakacji…

Lech Nienartowicz – Wrażenia i Mechanizmy
Jarek Szczęsny:

Pierwsze wrażenie.

The Future Eve feat. Robert Wyatt – KiTsuNe / Brian The Fox
Łukasz Komła:

Na łączach z Robertem Wyattem.

Rites of Fall – Towards the Blackest Skies
Jarek Szczęsny:

Im dalej w las, tym ciemniej.

Hula – Voice
Paweł Gzyl:

Łabędzi śpiew mistrzów industrialnego funku.



Tim Hecker – Harmony in Ultraviolet

W 1973 roku dwóch panów używając prymitywnego, lekko zmodyfikowanego magnetofonu szpulowego nagrali dwie, parunastominutowe kompozycje, po czym zadowoleni z efektu, jaki uzyskali, lecz bez większych nadziei na sukces komercyjny swojego dzieła, zapisane taśmy odstawili do archiwum na blisko rok. Tym samym byli jednymi z pierwszych, którzy w świadomy sposób przyczynili się do stworzenia nowego gatunku muzycznego ochrzczonego z czasem nazwą Ambient. ‘No Pussyfooting’, bo o tym albumie mowa, dziś uważany jest za pionierskie dzieło, które pomyślnie przeszczepiło ducha dokonań minimalistów muzyki klasycznej na pole eksperymentów z instrumentami elektronicznymi. Zaś jego twórcy – Robert Fripp oraz Brian Eno – zyskali sobie miano ojców chrzestnych gatunku, który dziś, jak chyba żaden inny, wykorzystuje nowinki techniczne związane z cyfrową obróbką dźwięku.

‘Harmony in Ultraviolet’ momentami przypomina przeszukiwanie pasma radiowego, z tą jednak różnicą, iż naszym celem nie jest znalezienie mocnego sygnału nadającej stacji, a wsłuchiwanie się w to, co znajdziemy w trakcie jej szukania. Nakładające się na siebie szczątkowe melodie zatopione w szumie białym, trzaski potencjometru. Ekspresjonistyczny muzyczny obraz stworzony przez Heckera, wykorzystującego paletę wykreowanych przez siebie dźwięków, uwiedzie nas tym bardziej, im więcej czasu mu poświęcimy. Odrzucenie konwencjonalnych brzmień instrumentów oraz zatarcie większości poszlak mogących naprowadzić nas choćby na słaby trop metrum, w jakim nagrany został dany utwór, może zaowocować eksplozją skojarzeń, którymi nasza świadomość będzie próbowała dopasować słyszane dźwięki do wspomnień wyłowionych z pamięci. Mózg łatwego zadania nie ma, a Hecker zdaje się nie pomagać mu za wiele, z rzadka jedynie puszczając oko tytułami utworów, byśmy w poszukiwaniach nie zapuścili się za daleko (‘Stags, Aircraft, Kings and Secretaries’), lub wskazując skrót ułatwiający mariaż naszych myśli z muzyką (‘Spring Heeled Jack Flies Tonight’). Jednak przez większość podróży będziemy pozostawieni sami sobie, bez asekuracji w postaci okrzepłych, dobrze znanych naszym uszom muzycznych środków wyrazu. Na fale Heckerowskiego ultrafioletu warto wypłynąć pod osłoną nocy, kiedy zarówno światło dzienne jak i wszelkie bodźce jemu towarzyszące, mogące utrudniać odbiór muzyki, nikną.

Wykład o harmonii, jaki prezentuje nam Kanadyjczyk, zaczyna się od quasi-symfonicznej inwokacji, która powoli zatapia się w zniekształconej plamie Herców. Ryk rozciągniętych w czasie akordów walczących o prawo bytu z opadającą na słuchacza kaskadą bezlitosnego szumu drażniącego zmysły po chwili ustępuje balsamicznym, klawiszowym nutom przynoszącym autentyczne ukojenie. ‘Harmony in Blue’ będący swoistym, albumowym katharsis jest ostatnią przystanią przed skokiem w drugą, odmienną nieco stylistycznie część płyty. ‘Radio Spiricom’, zdradzający Heckerowskie fascynacje rockową, gitarową złością jest dobrym przykładem na to, że krucha równowaga między melodią i wirem destrukcji ani na chwilę nie zostaje zachwiana. Album, choć w głównej mierze skonstruowany z kompletnie odhumanizowanych i syntetycznych dźwięków, przez blisko pięćdziesiąt minut oddziałuje na ludzką percepcję będąc niesamowitym transmiterem emocji – nieokreślonego smutku, lęków egzystencjalnych, a nawet strachu.

Finałowa suita wlewająca w uszy coraz to nowe fale spiętrzonej fonii, których interferencja z czasem słabnie, aby ostatecznie wygasnąć, pozostawi słuchacza na środku dźwiękowego Solaris – żywego oceanu będącego tworem równie fascynującym, co trudnym do sklasyfikowania i przyrównania do istniejących już treści.

Kranky | 16.10.2006

5/5

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

komentarzy 5

  1. formalina

    dobre płyty zawsze warto wspominac – patrz recencować , niewazneczy mają 5 10 czy 15 lat , piszcie drodzy recencenci.

  2. Goldfinger

    Oczywiscie – osobny dzial z klasyka, to bylaby fajna sprawa.

  3. stachman

    Sens jakis jest… Nie sami tu wielcy znawcy i wyjadacze…;) ale moze jakis kacik klasyki bylby lepszym rozwiazaniem mix z premierami…

  4. Goldfinger

    Po co zaczynają się pojawiać w NM recenzje płyt sprzed 4-5 lat? To nie ma sensu.

  5. ataxiaa

    solaris będzie, ale 24 października w Krakowie …