Wpisz i kliknij enter

Blonde Redhead – Penny Sparkle

Jakby mi właśnie obrodziła marchewka albo zimę przetrwał wrzos. O kwiatkach będzie jeszcze mowa w utworze numer 4 („My Plants Are Dead”). A tak naprawdę o tym, że granica między snem a jawą jest jak cały wszechświat.

„Penny Sparkle” to domek z klocków o łagodnie zaokrąglonych brzegach, dozwolonych dla dzieci poniżej 3 lat. Tak prostych, że po jednym przesłuchaniu bez trudu odgrywam kolejne partie dźwięków na pożyczonym na wieczne nieoddanie Rolandzie. Komponują się znakomicie, mimo/za sprawą wyczuwalnej zmiany kierunku, w którym dotąd podążało nowojorskie trio.

Elektronika uderza do głowy już przy pierwszym zaciągnięciu się „Here Sometimes”. Początkowo, łapiąc łapczywie oddech w zatłoczonym tramwaju odbierającym z Wierzbna kolejną dostawę korporacyjnego mięsa, gotowyś pomyśleć, że to woń taniego odświeżacza a nie szlachetnej perfumy. Otóż powonienie płata Ci figla. Spróbuj rozpylić „Here Sometimes” w pokoju, w którym najrzadziej przebywasz/w openspejsie/w kuchni. Wkrótce złapiesz się na maniakalnym dzierganiu zasłon w klitce bez okien/bezwstydnym zostawaniu w pracy po godzinach/ podglądaniu rumieniących się muffinów. Wciągnie cię.

Kazu śpiewa, że Love to trochę Prison – w tej materii istotnie trudno oddzielić białko od żółtka. Wokal z wdziękiem ślizga się po powierzchni zdyscyplinowanych klawiszy; perkusja nieśmiało mu towarzyszy bardzo uważając, by nie kruszyć granulek rozkosznie strachliwego mamrotania. Przyczepię się tylko do 30-sekundowego intro w „Love or Prison”, sugerującego coś zgoła innego, niż finalnie otrzymujemy. Można w tym czasie nastawić wodę na herbatę a potem szybko rzucić się tej posępnej melodii na pożarcie.

Makino rozpogadza się z nagła i mocno wbrew tytułowi następnego utworu („Everything Is Wrong”). Afirmuje, chwilami przekornie, nieuchronność wyboru między pragnieniami – które silniejsze, które ładniej pachnie i zna więcej języków obcych. Kompozycja jest zuchwale soczysta, wabi dźwięcznością i miarowością kołatki. Taki prawie mistrz.

Prawie, bo przed nami jeszcze gęsty jak herbaciana esencja „Black Guitar”. Utwór jest tak emocjonalny, że zdoła wybudzić z wszelkiej znieczulicy samą królową śniegu. Kiedy z matowego wokalu Amadeo wydobywa się ostatni dech zwiastujący zmianę tonacji, czuję ból w sercu, migotanie przedsionków. „Black Guitar” zawiera zdecydowanie największe stężenie ekscytacji z całej dziesiątki.

Z wydawaniem nowej płyty po kilkuletniej przerwie jest jak z wypowiadaniem wojny. Mając przemyślaną strategię, przekroczonych kilka granic i wyszkoloną armię przyboczną (Alan Moulder, Van Rivers & The Subliminal Kid, Drew Brown), nadal tli się ryzyko klęski. Blonde Redhead zdmuchują ten lichy płomyk z łatwością dzięki intuicyjnemu wyczuciu proporcji, poruszającym tekstom i odświeżeniu stylistyki bez pochopnego pogrążania się w efekciarstwie.

4AD, 2010







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy