Emptyset – Blossoms
Paweł Gzyl:

Producenci z Bristolu wkraczają na nowe terytoria.

Nagrobki – Pod Ziemią
Jarek Szczęsny:

Poważni jak śmierć.

LDY OSC – sōt
Paweł Gzyl:

Click & cuts na nowo.

Nick Cave and the Bad Seeds – Ghosteen
Jarek Szczęsny:

Pomnik żałoby.

Pablo Mateo – Weird Reflections Beyond The Sky
Paweł Gzyl:

Techno do tańca.

Danny Brown – uknowhatimsayin¿
Jarek Szczęsny:

Gorączkowe wizje rapera.

9t Antiope – Grimace
Jarek Szczęsny:

Mikrus.

Malin Genie – Anthropomorphic Sympathy
Paweł Gzyl:

Stylowe electro i IDM w duchu lat 90.

Telefon Tel Aviv – Dreams Are Not Enough
Mateusz Piżyński:

Gdy w Tel Avivie zgaśnie światło…

Philipp Gorbachev – Kolokol
Paweł Gzyl:

Prawosławie i elektronika.

BNNT is Jerusalem in My Heart – Multiversion #4
Jarek Szczęsny:

Część czwarta.

rRoxymore – Face To Phase
Paweł Gzyl:

Introwertyczne bity.

The Big YES! – The Big YES!
Łukasz Komła:

Free jazzowy wybuch!

HTRK – Venus In Leo
Maciej Kaczmarski:

Miłość w czasach zarazy.



Jimmy Edgar – XXX


Jimmy Edgar, cudowne dziecko Detroit powraca. Jego pierwszy album pt. Color Strip (2006, Warp Records) całkowicie podbił moje serce i zajął wysokie miejsce w podsumowaniu rocznym jak i również na półce z płytami. Nic więc dziwnego, że wiązałem z tym wydawnictwem duże nadzieje. W dalszej części tekstu dowiecie się czemu te nadzieje nie zostały spełnione (niestety…) i dlaczego fakt ów wcale XXX nie przekreśla.

Cofnijmy się do 2006 roku. Wspomniany debiut (wtedy jeszcze) osiemnastolatka był świeżym powiewem na nieco zmurszałej i zapomnianej scenie Detroit, o ile o takowej można w ogóle mówić w kontekście lat 00 (sprzeczać się nie zamierzam, takie są moje odczucia). Zawierał on oprócz charakterystycznego instrumentarium (automaty perkusyjne, klawisze) nutkę eksperymentatorstwa i nieco popowe podejście do tematu. Dodajcie do tego charyzmę autora i jak mawiał klasyk „to nie może nie być hit!”. I niech mnie jeśli nie był. Takie petardy jak „Pret-A-Porter” czy „My Beats”; po dziś dzień nawiedzają moje głośniki nic nie tracąc ze swojej pierwotnej mocy.


Ale wróćmy na ziemię. No właśnie… XXX jest takim muzycznym powrotem na ziemię. Jimmy z alfonsa stał się kochankiem. Mamy więc parkietowe wymiatacze w stylu „New Touch”, ale i tzw. „wolnego” zatańczyć przy „Physical Motion” jak najbardziej można. Jest bardziej zachowawczo, bardziej „standardowo”. Próżno szukać tego debiutanckiego pazura (plus to czy minus?). Utwory, pomimo sporego zróżnicowania brzmieniowego, są aranżacyjnie monotonne. Za przykład może posłużyć kawałek „Vibration”, który przez ok. 3 i pół minuty zamula nas powtarzaniem dwóch wersów, natomiast to, co się dzieje potem, to już czysta poezja i ja doznaję w stu procentach. I choć najważniejsze jest jak się kończy, a nie jak zaczyna, to lekki niedosyt pozostaje.
Kolejną rzeczą, która uległa wyraźnie zmianie, to nacisk na wokale. Środek ciężkości przesunął się z muzyki, na wokale właśnie. Na Color Strip śpiewania właściwie nie było, głownie melorecytacja. Na XXX natomiast spora część utworów z wokalem jest już w formie śpiewanej. I bardzo dobrze, bo w tej konwencji sprawdza się to wyśmienicie, jak chociażby w „Turn You Inside Out” (chyba najlepszy kawałek na płycie) czy w „New Touch”. To już nie jest electro z domieszką R&B. To electro zmieszane z R&B. Jest zdecydowanie bardziej melodyjnie, piosenkowo.
Pora na konkluzję. Czy warto? Zdecydowanie tak. Dla tych wszystkich poukrywanych skarbów, które na nas czekają przy odsłuchu. Fakt, trzeba się trochę przedzierać, ale gra w tym przypadku jest warta świeczki. Połamania nóg (na parkiecie).
Studio !k7

 

 

Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

komentarze 2

  1. fix140

    Jimmy Edgar i Onra rządzą w tym roku .

  2. laudia

    Bardzo spoko elektro-disko bez pretensji i nadmiernych westchnień. Kciuk up, zresztą czy k7 pudłuje?