Rafael Anton Irisarri – Peripeteia
Jarek Szczęsny:

Ambient wagi ciężkiej.

Bouchons d’oreilles – Stray Dog with a Collar
Jarek Szczęsny:

W połowie drogi.

Chouk Bwa & The Ångströmers – Vodou Alé
Łukasz Komła:

Voodoo z przyszłości.

Ben Lukas Boysen – Mirage
Jarek Szczęsny:

Pokaz iluzji.

Siema Ziemia – Siema Ziemia
Jarek Szczęsny:

Dodatkowe skurcze mięśni.

Fluxion – Perspectives
Paweł Gzyl:

Nostalgia po grecku.

Lawrence English – Lassitude
Jarek Szczęsny:

Doskonała pustka.

Elysia Crampton – ORCORARA 2010
Jarek Szczęsny:

Niepowstrzymana losowość.

Kaitlyn Aurelia Smith – The Mosaic of Transformation
Jarek Szczęsny:

Cały zestaw radosnych nastrojów.

Phillip Sollman – Monophonie
Paweł Gzyl:

Muzyczna maszyneria.

Vladislav Delay & Sly Dunbar & Robbie Shakespeare – 500-Push-Up
Paweł Gzyl:

„Rakka” uzupełniona o dubowy puls.

Zguba – Pomór
Jarek Szczęsny:

Nieustający marsz kostuchy.

Richu M – House Of The Vaporising Sun
Bartek Woynicz:

Ten tytuł mówi wszystko.

Maenad Veyl – Reassessment
Paweł Gzyl:

Muzyka z sali operacyjnej.



Jimmy Edgar – XXX


Jimmy Edgar, cudowne dziecko Detroit powraca. Jego pierwszy album pt. Color Strip (2006, Warp Records) całkowicie podbił moje serce i zajął wysokie miejsce w podsumowaniu rocznym jak i również na półce z płytami. Nic więc dziwnego, że wiązałem z tym wydawnictwem duże nadzieje. W dalszej części tekstu dowiecie się czemu te nadzieje nie zostały spełnione (niestety…) i dlaczego fakt ów wcale XXX nie przekreśla.

Cofnijmy się do 2006 roku. Wspomniany debiut (wtedy jeszcze) osiemnastolatka był świeżym powiewem na nieco zmurszałej i zapomnianej scenie Detroit, o ile o takowej można w ogóle mówić w kontekście lat 00 (sprzeczać się nie zamierzam, takie są moje odczucia). Zawierał on oprócz charakterystycznego instrumentarium (automaty perkusyjne, klawisze) nutkę eksperymentatorstwa i nieco popowe podejście do tematu. Dodajcie do tego charyzmę autora i jak mawiał klasyk „to nie może nie być hit!”. I niech mnie jeśli nie był. Takie petardy jak „Pret-A-Porter” czy „My Beats”; po dziś dzień nawiedzają moje głośniki nic nie tracąc ze swojej pierwotnej mocy.


Ale wróćmy na ziemię. No właśnie… XXX jest takim muzycznym powrotem na ziemię. Jimmy z alfonsa stał się kochankiem. Mamy więc parkietowe wymiatacze w stylu „New Touch”, ale i tzw. „wolnego” zatańczyć przy „Physical Motion” jak najbardziej można. Jest bardziej zachowawczo, bardziej „standardowo”. Próżno szukać tego debiutanckiego pazura (plus to czy minus?). Utwory, pomimo sporego zróżnicowania brzmieniowego, są aranżacyjnie monotonne. Za przykład może posłużyć kawałek „Vibration”, który przez ok. 3 i pół minuty zamula nas powtarzaniem dwóch wersów, natomiast to, co się dzieje potem, to już czysta poezja i ja doznaję w stu procentach. I choć najważniejsze jest jak się kończy, a nie jak zaczyna, to lekki niedosyt pozostaje.
Kolejną rzeczą, która uległa wyraźnie zmianie, to nacisk na wokale. Środek ciężkości przesunął się z muzyki, na wokale właśnie. Na Color Strip śpiewania właściwie nie było, głownie melorecytacja. Na XXX natomiast spora część utworów z wokalem jest już w formie śpiewanej. I bardzo dobrze, bo w tej konwencji sprawdza się to wyśmienicie, jak chociażby w „Turn You Inside Out” (chyba najlepszy kawałek na płycie) czy w „New Touch”. To już nie jest electro z domieszką R&B. To electro zmieszane z R&B. Jest zdecydowanie bardziej melodyjnie, piosenkowo.
Pora na konkluzję. Czy warto? Zdecydowanie tak. Dla tych wszystkich poukrywanych skarbów, które na nas czekają przy odsłuchu. Fakt, trzeba się trochę przedzierać, ale gra w tym przypadku jest warta świeczki. Połamania nóg (na parkiecie).
Studio !k7

 


Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

komentarze 2

  1. fix140

    Jimmy Edgar i Onra rządzą w tym roku .

  2. laudia

    Bardzo spoko elektro-disko bez pretensji i nadmiernych westchnień. Kciuk up, zresztą czy k7 pudłuje?