Wpisz i kliknij enter

Przegląd nowej polskiej – część czwarta

Kolejna część naszego subiektywnego przeglądu tego, co ostatnio wydarzyło się w nowej polskiej muzyce. Na widelec idą m.in. Trupwzsypie, Yazzbot Mazut, a nawet Smolik! 🙂 Sam – Sveerg – Am – Sveerg (Nasiono)

Nowa pozycja w katalogu Nasiona z nazwy przypomina tytuł opowiadania Huberatha – „Wrocieeś Sneogg, wiedziaam…”, ale muzycznie to jeszcze większy obskur. Po pierwsze już po kilku sekundach powiedziałem sobie: Paralaksa. Wiele znaków rozpoznawczych tej zapomnianej perły pasuje do „Am-sveerg”. Towarzysząca Mazzollowi masa pseudonimów (ujawniło się jeszcze kilku, w tym kojarzony z Pogodna Paweł Osicki i często przewijający się na rodzimych płytach kontrabasista Jacek Mazurkiewicz) słusznie sugeruje trop super grupy: już chwilę po pierwszej minucie podniosła oracja i apokaliptyczne smyki odsyłają do GY!BE, a jak dalece przymruży się oko w obliczu takich porównań zależy już od indywidualnego odbiorcy.

Wydaje się, że stężenie absurdu, stylizacja na słuchowisko rodem z „Polovirusa”, jazzowe i yassowe inklinacje przywodzące na myśl Osjana, przeznaczają ten album słuchaczowi zaznajomionemu z polskim gabinetem kuriozów. Z drugiej jednak strony świetnie bawiłem się także w tych momentach, które pozostały dla mnie niejasne, więc wyraźna intertekstualność albumu nie jest barierą. Na przeszkodzie nie staje również improwizowany charakter płyty, bo jest to transowa, bogata spontaniczność Brasil And the Gallowbrothers Band albo i nawet Coil, daleka od mściwego rzucania kłód pod nogi. [Filip Szałasek]

Smolik – 4 (Kayax)

Polski Godin i Dunckel w jednym, czyli Smolik, nasz człowiek od chilloutu, nagrał czwartą płytę. Tylko co z tego? Ano nic. Wciąż te same smutno-kojące pioseneczki, których nagrywanie opanował do perfekcji – zacni goście i ich zacne głosy, jazzujące i subtelnie elektroniczne instrumentarium, dające oklepane już granie w skandynawskim stylu Flunk czy Plej.

Trudno opędzić się od wrażenia, że wszystko Smolik tworzy wedle ogólnie przyjętego i osłuchanego chill-popowego schematu, na który składają się: uduchowione kobiety –
Mika Urbaniak, Emanuel Seigner, romantyczny latynos, który zapewnia egzotykę – Joao De Sousa, obowiązkowe nawiązanie do soulu, funku, Lidella i Westbeecha – Victor Davies. I oczywiście dużo zmysłowych instrumentów – smyczki, dęciaki, mała filharmonia, downtempowe, bonobowskie cymbałki, i mnóstwo marzycielskich zabiegów instrumentalnych.

Chyba jeszcze nie wie (albo wie, i mu to odpowiada), że jego nowe dzieło w dużej mierze zostanie skonsumowane, jako granie do kotleta, tyle, że przez mieszczuchów, w modnych knajpach Warszawki i Krakówka… Choć poniekąd to dobrze, że w empikowym nurcie wciąż jest jakiś producent, dla którego instrumentalna stylizacja wiele znaczy. [Patryk Zalasiński]

Trupwzsypie – Intymne życie pantofelka (Pitu Pitu)

W ostatnich tygodniach do katalogu Pitu Pitu dołączył trójmiejski projekt trupwzsypie ze swoim albumem „Intymne życie pantofelka” i nadarza się kolejna po Hailo okazja do miłego zaciekawienia, bo niewiele jest, jeśli w ogóle, tak prywatnych nagrań w naszym kraju. Nie wiem do jakiego stopnia świadomie, ale filtruje się tu hauntologie. Z płyt Moon Wiring Club i Belbury Poly pozostał tylko ich najbardziej stereotypowy element: sample z retroedukacyjnych filmów. Szaleńcze, arytmiczne bity MWC zostały wygaszone, zastąpione flażoletami, segmentami kineskopowego szumu, popiskiwaniem fantomów i magnetozwidów.

Zamiast napastliwych midi Belbury Poly mamy oldschoolowy, syntezatorowy ambient. Na tak przygotowanym polu toczy się samplowany dialog buńczucznych dzierlatek z bujającymi w obłokach intelektualistami, żywcem wyjęty z epoki, kiedy Cybulski gościł w Cannes odbierając z dworca Oskara. Intymne życie pantofelka zostało umiejętnie udramatyzowane. Nie ma sensu publicznie obnażać suspensów tych utworów, zdradzać ich point, więc tylko dwa high-lighty: pełen mikroklimatu filmowej Nowej Fali „Człowiek podobny do nikogo” i hipnotyzująca Shulzowska „Zmysłowość”. [Filip Szałasek]

Tryp – Kochanówka (Qulturap)

Pomysły na supergrupy nie zawsze są trafione. Duże indywidualności ciągną każda w swoją stronę i ze wspólnej muzyki wychodzą nici. Tym razem całe szczęście jest inaczej – wokalista Marcin Pryt (19 Wiosen), basista Kuba Wandachowicz (CKOD, NOT) oraz gitarzysta i klawiszowiec Robert Tuta (Agressiva 69, NOT) we współpracy z Pawłem Cieślakiem założyli nowy zespół – Tryp – i trzepnęli płytę, która jest jak monolit – tekstowy i dźwiękowy. Zadecydowały o tym wspólne zainteresowania trzech muzyków – post-punk, industrial, minimal wave, synth-pop, EBM, czyli mroczne brzmienia z lat 80.

Debiutancki album projektu – „Kochanówka” – dedykowany jest słynnemu szpitalowi psychiatrycznemu w Łodzi. To również czytelny trop prowadzący do lat 80. Wszak właśnie wtedy funkcjonował w obrębie fanów nowej fali kompletnie nieznany dzisiejszym dzieciakom kult szaleńca – osoby wykluczonej ze społeczeństwa, egzystującej na jej marginesie, ale wolnej i żyjącej własną wizją. Takim „szaleńcem” jest podmiot liryczny piosenek Marcina Pryta – człowiek zagubiony w przemysłowej cywilizacji, prześladowany własnymi paranojami, nie mieszczący się ramach stworzonego przez „normalnych” systemu myślenia i odczuwania, widzący ratunek dla siebie w totalnej apokalipsie.

Muzycznie nie ma przebacz – chłopaki sięgają po marszowe, industrialne rytmy, mocno wybijane przez perkusyjny automat, wyraźnie odwołujące się do pomysłów pionierów EBM – zespołów D.A.F., Liasons Dangereuses czy Nitzer Ebb. Gitary są radykalnie przetworzone – rzężą, skowyczą, wyją; choć niosą punkowe melodie, to są podrasowane na bardziej awangardową modłę, bliską wczesnym dokonaniom The Fall czy nawet Public Image LTD. Ogromnie ważną role pełni elektronika – zgrzytliwa, przemysłowa, zimna, porażająca nerwy, tworząca schizofreniczną atmosferę. Nie wiem czy muzycy z Trypa słuchali nagrań klasyków minimal wave z Absolute Body Control, Doxa Sinistra, Holy Toy czy Dark Day, ale w ich muzyce słychać ten sam chłód i mrok, co w nagraniach wymienionych zespołów sprzed ćwierć wieku.

Jeszcze nie było takiej płyty na polskim rynku – tak twórczo nawiązującej do schedy po latach 80. i jednocześnie tak bezkompromisowo autentycznej w swym przekazie. Muzycy z Trypa nie bawią się w postmodernistyczne stylizacje, te minimalowe dźwięki wypływają prosto z ich serc i umysłów. Tego było nam trzeba – oby „Kochanówka” stała się impulsem, który przywróci polskiej scenie alternatywnej dawno zagubioną zadziorność i drapieżność. [Paweł Gzyl]

Yazzbot Mazut – Mazut Mazut (Multikulti Project)

Wcześniej zgłębiali waginę, teraz gryzą ziemię? Odrzućmy wytartą frazeologię umarlaka i spójrzmy na witalizm turkucia, jak on gryzie! Zespół w mniejszym niż poprzednio składzie, przepoczwarzył się także w warstwie brzmienia, a estetyką robala smyra od okładki, przez specjalnie na tę okazję stworzone bio, aż po dowolne skojarzenia.

Robal jest na ogół fe, ten jednocześnie fascynuje organicznością (współbrzmienia) i wielością odnóży (solo). „Mazut Mazut” to czysta biologia. Kontynuując – ciepłym głosem Krystyny Czubówny – życie robala jest konkretne, nie ma tu miejsca na zbędne ozdóbki i miałkie półśrodki. Instrumentarium podjadków (gitara basowa, elektryczna, altowy saksofon i perkusja) wywija odważnie, surowo i celnie, czasem ich ścieżki są wspólne, by po chwili rozbiec się i osobno penetrować nieznane odnogi podziemnego żywiołu.

Melancholijny spacer turkucia w każdej chwili może przeistoczyć się w brawurową, wielokrotnie improwizowaną wariację o nieprzewidywalnym finale (najnowszy tag to free-rzeźnik-jazz). Dark i gęstość mieszają się z funk i fusion, chaos i dysonans urastają do rangi ekstatycznego transu, na które nowe światło rzucają efekty elektroniczne. Klubowo zorientowanych przedstawicieli gatunku powinien zainteresować pastelowy „Do You Do You St-Tropez”, inne faworyty to „Siódemka Romana P.” i „Lama, Owca”; czasem myślę, że gdyby Bill Chase (997) zaprosił do współpracy Tortoise – efekt byłby podobny, lecz sami muzycy pytani o wpływy, piszą wszystko.

Nie wiem, jak wygląda dziura po yassie – mówi się, że ją zapełnili – istotne, że brzmi jak drgnienia na pograniczu naćpanej ucieczki po naelektryzowanym torze, a Yazzbot Mazut wwiercają się w nią post-jazzowo w bezkompromisowo obranym kierunku. I dobrze.

Uwaga! Mamy 2 płyty „Mazut Mazut” dla 2 pierwszych czytelników, którzy wyślą e-mail na adres ania.kozlowska@nowamuzyka.pl, w temacie podając hasło „Mazut Mazut”, zaś w treści swoje dane. Do dzieła! [Ania Kozłowska]

Poniżej linki do poprzednich części cyklu:







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
trackback

[…] Przegląd nowej polskiej – część czwarta […]

ad.r
ad.r
9 lat temu

Dzięki za płytę 🙂

Polecamy