Wpisz i kliknij enter

Kayo Dot we Wrocławiu – relacja i zdjęcia

Po występie Kayo Dot spodziewałem się wiele dobrego. Zespół powstał przecież na gruzach, uważanego w pewnych kręgach za kultowy, Maudlin Of The Well. Sam lider i wokalista Dotsów – Toby Driver nie kryje zresztą, że oba te projekty łączy bardzo wiele, i znakomicie się one uzupełniają. Czy tak jest w rzeczywistości? Chyba jednak nie do końca. Kayo Dot jest zdecydowanie mniej wyrazistym tworem od swego poprzednika. Driver pokazał nam swoje bardziej subtelne i ugrzecznione oblicze, gdzie nie ma zbytnio miejsca na ekstremalne dźwięki, daleko idące eksperymenty z formą i melodią.

Nadal w jego twórczości występują te wszystkie gitarowe i jazzowe „krzywizny”, „połamańce”, swoista psychodela przenika każdą pojedynczą piosenkę, ale siła oddziaływania jest niestety nie tak wielka jak kiedyś. Przynajmniej tak wygląda sytuacja, kiedy słucha się Kayo Dot na płytach. Na żywo może to wyglądać diametralnie inaczej. Stąd też moja ciekawość i pozytywne nastawienie do ich koncertu we wrocławskim Firleju.

Może słów kilka o suportach…właściwie sam nie wiem czy można w tym przypadku mówić o jakimś supportowaniu, bowiem członkowie KD „przywieźli” ze sobą swoje poboczne projekty. Jeremiah Cymerman zaprezentował swoją solową twórczość, w której wykorzystywany jest jedynie jego przetworzony klarnet oraz szczypta elektroniki. Siedział sobie grzecznie na krześle i wygrywał pełne zadumy i melancholii melodie. Przypominało to muzykę filmową do jakiegoś dramatu obyczajowego, którego akcja toczy się w dalekich, egzotycznych krainach.

Dość ciekawa próba, chociaż momentami nużąca. Następnie na scenie zameldował się Toby Driver wraz z Jeremiahem, tworząc w ten sposób duet Tartar Lamb 2. Ich muzyka oscylowała w rejonach sennej psychodeli (znów te słowa, ale nie wiem jak to inaczej opisać), oszczędności środków wyrazu, gdzie znalazło się miejsce dla muzyki poważnej czy ambientowych pejzażyy, Wrażenia? Podobne jak w przypadku Cymermana.

No i w końcu nadszedł czas na „gwiazdę wieczoru”. Na deski Firleja wyszli wszyscy pozostali muzycy z KD i zrobiło się naprawdę tłoczno. Uczta się rozpoczęła. Zespół zaprezentował przede wszystkich utwory ze swojej najnowszej płyty „Coyote”. Można było usłyszeć „Calonyction Girl”, „Whisper Ineffable” czy „Abyss Hinge”. Oprócz tego „Blue Lambency Downward”, „The Antique” i „On Limpid Form”, czyli kawałki znane z poprzednich krążków Amerykanów.

Już po kilku minutach grania poczułem, że muzycy dosłownie przykleili publiczność do swojej dźwiękowej pajęczyny. Każdy siedział na swoim miejscu jak zaczarowany, nie było słychać żadnych rozmów ani szmerów. Uwaga ludzi maksymalnie skoncentrowała się na tym, co dzieje się na scenie. A trochę się działo… dotarło do mnie, że kompozycje KD są naprawdę niesamowicie i inteligentnie rozbudowane. Nie ma tu miejsca na popisy czy zbędne efekciarstwo.

Ni stąd ni zowąd pojawiają się intrygujące partie gitary solowej, klimatyczne dęciaki, perkusja raz chodzi spokojnie, raz dominuje nad całą resztą. Ta mnogość tematów niesamowicie wciąga ale niestety bywa i męcząca. Nie jest to muzyka łatwa w odbiorze. Zwłaszcza kiedy milknie łagodny głos Toby’ego i sekcja rytmiczna może pozwolic sobie na jazdę bez trzymanki. Najbardziej podobały mi się momenty, gdzie kojący nastrój był przerywany nagłymi atakami agresji.

Wielkie brawa za fenomenalne wykonanie „The Antiqe”, za te wbijające w ziemię uderzenia dronowe i bis, na którym wszyscy członkowie KD zamieniali swoje instrumenty na dzwonki, metalowe wiaderka i inne brzęczące rzeczy, by niemiłosiernie i w sposób fascynujący napierdzielać w nie. Po muzykach spływały siódmy poty, ale nawalali dalej, przez kilka dobrych minut. Takie rzeczy ogląda się i słyszy się naprawdę rzadko.







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy