Wpisz i kliknij enter

Zomby – Dedication


Diagnoza najnowszego albumu Zomby’ego uzależniona jest od kontekstu, pod którym oceniana jest jego muzyka. Dla mnie punktem wyjścia jest album „Where Were U In ’92?” i stąd też mój podział jego kariery, na przed i po 2008 roku.

Do czego zmierzam? Do stwierdzenia, że pozostało nam zadowalać się pojedynczymi przebłyskami geniuszu tego artysty, który przypomina mi postać Borisa Yelnikoffa – bohatera komedii „Whatever Works” Woody’ego Allena. Czyli z jednej strony – „prawie” nominowany do nagrody Nobla wykładowca fizyki kwantowej, a zarazem nieudacznik, który nawet nie potrafi porządnie się zabić. Twórczość Zomby’ego to właśnie takie balansowanie pomiędzy banałem a sztuką. Widać to z perspektywy każdego krążka po wspomnianym na wstępie „Where Were …”, który był albumem wielkim i niepowtarzalnym.

Weźmy na przykład podwójną epkę dla Ramp Recordings. „Expert Tuition” czy „Mescaline Cola” to utwory, które doskonale traktują o poruszonym na „One Foot Ahead Of The Other” temacie chiptune. Praktyka ta, mająca na celu zniesienie wszelkich ograniczeń płynących z układów scalonych, mających swoje źródło w zakurzonych kartach dźwiękowych komputerów PC, Game Boyów etc., przyniosła doskonały skutek. Jednak rozwinięcie inspiracji okazało się gwoździem do trumny tego materiału. Przeciągnięte kolaże sampli i wkrętów na kwasie (meskalina jest tam wszędzie, nie tylko w coli) spowodowały, że po kilku odsłuchach album trwale zadomowił się w najdalszych zakamarkach odtwarzacza.


No i co? No i nic, bo „Dediaction” powiela te same błędy. I obok wybitnego „Riding With Death” (przywodzącego na myśl nieśmiertelne „Galapagos”), hipnotyzującego i egzotycznego „Alothea” czy prostego i zarazem chwytliwego „A Devil Lay Here” mamy takie kwiatki jak przekombinowane „Vortex”, popowe „Things Fall Apart” (choć zagrywka z modnym Panda Bear naprawdę zręczna) i wtórne glitchowe „Haunted” od którego odszedł już nawet sam Markus Popp.

Na szczególną uwagę zasługuje natomiast numer „Salamander”, czyli 51 sekund słodkiego, dźwiękowego miąższu, który stanowi elementarz stylistyki Zomby’ego. Pomysł na mini muzykę, która czai się w produkcjach producenta od czasów „Daft Punk Rave”. Pomysł, który wystarczy konsekwentnie eksponować, podobnie jak czyni to na każdym swoim krążku Stephan Laubner (STL) z serią Loop. Pal licho spójność, kto w ogóle się tym teraz przejmuje?

Wydaje się, że głównym problemem Zomby’ego jest jego trudność w utrzymaniu równej formy. Kojarzy się to z juniorami, którzy nie są w stanie w dwóch meczach z rzędu kopnąć czy rzucić prosto piłkę. To dziwi, bo pierwszy puchar Zomby wygrał już niemal 4 lata temu. Obawiam się, że pozostaje nam oczekiwać na przebłyski geniuszu tego artysty i marnować czas na plamy nudy w poszukiwaniu kilku pereł. Zomby wieczny talent? Może, ale jakby nie było to wciąż warto sumiennie sprawdzać jego wydawnictwa.

2011 4AD







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
3 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Yulquen
Yulquen
10 lat temu

znakomita płyta, słyszę tu mnóstwo wczesnego IDM-u wewnątrz ładnej, dubstepowej laurki a ten wokal to miś Panda

raskain
raskain
10 lat temu

najlepszejszy ten numer z wokalem, ogolnie ujdzie , choc nieco oszczedny jest, ale ladnie to brzmi w tle.Takie mocne 3

mallemma
mallemma
10 lat temu

wielki, talent – myślę, że to słowa niespecjalnie pasujące do twórczości zombyiego, bardziej pustej od czegokolwiek co znam, ni to przyciąga, ni odstrasza, dlatego lubię :D. „Pusta laurka” – świetnie to określiłeś.

Polecamy