Shanti Celeste – Tangerine
Paweł Gzyl:

Na poprawę nastroju.

BNNT – Middle West
Jarek Szczęsny:

Gorzka pigułka.

Ansome – Hands Of The Harbour
Paweł Gzyl:

Punkowy gest.

Lapalux – Amnioverse
Ania Pietrzak:

Jak zachwyca?

Various Artists – X – Ten Years Of Artefacts
Paweł Gzyl:

Techno w swej najbardziej pomysłowej wersji.

Julek Płoski – śpie
Jarek Szczęsny:

Coś nowego.

Karenn – Grapefruit Regret
Paweł Gzyl:

Pariah i Blawan improwizują.

Moor Mother – Analog Fluids Of Sonic Black Holes
Jarek Szczęsny:

Hałas i chaos.

Jazz Band Młynarski-Masecki – Płyta z zadrą w sercu
Jarek Szczęsny:

Jedna dla wszystkich.

Shapednoise – Aesthesis
Paweł Gzyl:

Nieznane mutacje basowych brzmień.

A Winged Victory for the Sullen – „The Undivided Five”
Mateusz Piżyński:

Ambientowe nowości z Ninja Tune

Enchanted Hunters – Dwunasty Dom
Krzysiek Stęplowski:

Czasem naprawdę warto czekać. Warto wypatrywać, nawet latami, jeśli tylko cierpliwość nagrodzona ma być w taki sposób.

Ecnahnted Hunters Dwunasty Dom
Rrose – Hymn To Moisture
Paweł Gzyl:

Techno w stylu Marcela Duchampa.

Trzaska/Mazurkiewicz/Szpura – North Meridian
Jarek Szczęsny:

Można się spocić od samego słuchania.



Taku Unami / Takahiro Kawaguchi – Teatro Assente

Wnętrze opuszczonego tokijskiego kina to miejsce akcji i zarazem temat albumu autorstwa Taku Unami i Takahiro Kawaguchi. W Ueno Okura Theater wyświetlano przede wszystkim filmy dla dorosłych, japońską odmianę softcore, czyli tak zwane pinku eiga. Muzycy wkroczyli w przestrzeń o niezwykle malowniczej przeszłości, nasączoną energią całonocnych pokazów, by odegrać tam własny spektakl dźwiękowy.

Album „Teatro Assente” został wydany przez Erstwhile – oficynę będącą dla nurtu EAI (elektroakustycznej improwizacji) tym, czym dla jazzu jest ECM. Prowadzący wydawnictwo Jon Abbey już od dwunastu lat zarządza wytwórnią, której katalog liczy obecnie ponad siedemdziesiąt pozycji z pogranicza swobodnej improwizacji i eksperymentu. Od pewnego czasu dają się słyszeć głosy krytyki lub rozczarowania – muzyka z założenia odchodząca od idiomów, dążąca do osiągnięcia „wolności”, okrzepła i sama stała się konwencją. Przykładem kolejne albumy z Erst powielające pewne schematy, zarówno jeśli chodzi o dobór brzmień jak i strukturę (atonalność, niekonwencjonalne techniki gry na instrumencie).

Na szczęście wciąż zdarzają się płyty takie jak „Teatro Assente”, odwiecznie od nowa definiujące sytuację muzyczną, przywracające tym samym wiarę w żywotność dźwiękowego eksperymentu.

Całość składa się w dużej mierze z materii na pozór niemuzycznej, gdyż sporo czasu zajmują nagrania akustyki pustego kina oraz dobiegających zza ścian odgłosów ruchliwej ulicy. W ciemnej sali, rozświetlonej gdzieniegdzie na czerwono, której topografię rekonstruują w szczegółach fotografie we wkładce, następuje szereg akcji. Oprócz muzyków, których rola nie jest tutaj do końca jasna, występują jeszcze dwie osoby w charakterze aktorów: znana z „Ring 2” Yoko Chosokabe oraz muzyk Kumio Kurachi. Przypuszczalnie to ich obecność zarejestrowano w przestrzeni kina Ueno Okura – powracającym lejtmotywem jest tutaj wyraźny odgłos kroków, poza tym słychać oddechy i głosy. Zebrane ślady ludzkiego istnienia nie składają się na narrację, ich mozaika przypomina raczej strumień świadomości. Tytuły sugerują pewien ciąg przyczynowo-skutkowy, znany z surrealistycznych dzieł, jak w przypadku utworu nazwanego: „she walked into a room, and found her absence”.

Dźwięki konkretne układają się w interesujące, kapryśne struktury. Zaskakujące są dwa najkrótsze utwory, w których bloki field recordingu przerywa sygnał znany z kina – krótkie piknięcie oznajmiające zmianę rolki filmowej. Zatarte zostają granice między przestrzeniami, jak w momencie, gdy nieinwazyjny background kina zastępują dubowe pogłosy wygenerowane w studio nagraniowym. Również partie instrumentalne zostają wprowadzone w dość nieoczywisty sposób – gęsty motyw zagrany na perkusjonaliach (a może są to tykające nierównomiernie budziki?) powraca dwukrotnie, natomiast całkowicie nieoczekiwanie [uwaga, spoiler!] pod koniec siódmego utworu następuje doom metalowy atak gitar.

Dzieło Unami i Kawaguchi jest problematyczne do opisania – jak zostało wspomniane, trudno nawet zrekonstruować proces jego powstawania. Kłopot dla recenzenta okazuje się przyjemnością dla słuchacza, szczególnie dla tego poszukującego nowych doznań w dźwiękach i pomiędzy nimi. Japońskim twórcom udało się przy pomocy dźwięków (!) oddać magię doznania kinowego, ulotnego fenomenu symbolizowanego przez „tańczący stożek” światła z projektora, nad którym rozpływał się Roland Barthes:

„Ten promień spienięża się, stosownie do wirowania swych cząsteczek, w zmieniające się figury; obracamy swoją twarz ku monecie błyszczących drgań, których okazały strumień muska naszą czaszkę, lekko dotyka, od palców, ukośnie, włosy i twarz. Jak w starych doświadczeniach hipnotyzmu, jesteśmy zafascynowani, choć nie widzimy go z przodu, przez to miejsce błyszczące, nieruchome, roztańczone”.

Erstwhile Records | 2011

 

 

 

Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

komentarze 2

  1. piotr tkacz

    dzięki za tę recenzję. skłoniła mnie do posłuchania tego albumu, który wcześniej postanowiłem sobie odpuścić (m.in. dlatego, że „motubachii” mnie zawiodło).

  2. 99vadim

    Kudos za tę recenzję. Możnaby zaznaczyć, że to w obrębię Erstwhile kontynuacja tego co Unami zdziałał z Annette Krebs na Motubachii.. A na te perkusjonalia bym nie stawiał: http://www.youtube.com/watch?v=0X8dticzKvo