Wpisz i kliknij enter

M83 – Hurry Up, We’re Dreaming

Singiel „Midnight City”, zapowiadający szóstą płytę M83, napawał dużą nadzieją na to, że Anthony Gonzalez znowu narobi nieco pozytywnego szumu wokół własnej osoby. Prosta, przebojowa kompozycja oparta na wciągających, syntetycznie miękkich dźwiękach jest jak poduszka, do której z chęcią przykładamy głowę, kiedy zmęczeni po całym dniu, chcemy na chwilę oderwać się od wszystkiego i zatopić w swoim świecie. Jest bezpiecznie, marzycielsko i beztrosko. Sięgamy pamięcią w przeszłość i znowu jesteśmy dzieciakami, które na wakacjach u wujka na wsi, odkrywają tajemnicze, fascynujące zakątki jego wielkiego, zarośniętego ogrodu. Tym bardziej żałuję, że cały ten czar pryska, kiedy mamy do czynienia nie tylko z jedną piosenką M83, a z całym najnowszym albumem.

Anthony zapowiadał, że podwójne wydawnictwo będzie bogate stylistycznie, zróżnicowane pod względem brzmieniowym oraz przybierze formę koncept-albumu poświęconego snom. Niestety coś tu poszło zdecydowanie nie tak. Muzyczny wszechświat Gonzaleza uległ dziwnemu i niepokojącemu zjawisku. Zamiast w sposób naturalny rozszerzać się, zaczął tracić swoją objętość. Im głębiej wchodzimy w tę płytę, tym bardziej czujemy, jakby ktoś powoli spuszczał powietrze z balonu, który w końcu staje się zwykłym flakiem. Obiecano nam różnorodność, a otrzymaliśmy zestaw 22 utworów, zagranych na jedno kopyto i obracających się wokół bliźniaczo podobnych do siebie motywów. Miały być piosenki o snach, a wyszły senne piosenki. I to dosłownie. „Hurry Up…” nuży tak dalece, że ciężko jest wysłuchać dwóch krążków w całości za jednym posiedzeniem. W tym szarym, jednostajnym krajobrazie rzadko pojawiają się barwniejsze i przykuwające uwagę elementy. Podobać się może „Intro”, które zwodzi tytułem, bo nie jest zwykłym, kilkunastosekundowym wprowadzeniem do albumu, ale jednym z najlepszych utworów na „Hurry Up…”, trwającym ponad 5 minut. Wokalnie udziela się na nim Zola Jesus, budująca swoim szeptem niesamowity klimat. Inne jasne strony księżyca o nazwie „Hurry Up, We’re Dreaming” to „Claudia Louis” z charakterystycznym automatem perkusyjnym, zdecydowanie żywszym tempem, uwypuklonym basem i nakładającymi się na siebie syntezatorami. „Raconte-Moi Une Historie” to z kolei urocza i naiwna historyjka opowiadana przez dziecko, przywołująca na myśl twórczość Múm czy CocoRosie. No i jeszcze może „Splendor” z intrygującą partią pianina i lekko kiczowatymi chórkami może przypaść niektórym do gustu.

Gonzales zamiast wziąć słuchaczy w podróż do świata magii i dziwności, zapakował ich do swojego ciasnego i rozklekotanego auta i postanowił zafundować przejażdżkę autostradą w tę i z powrotem. Zupełnie bez sensu. Nuda, nuda i jeszcze raz nuda. Mamy ochotę wysiąść już na samym początku tej wycieczki. Nie robią na mnie wrażenia ambientowe próby, które stanowić mają najwyraźniej przerywniki pomiędzy poszczególnymi częściami podwójnego albumu. Nie robią na mnie wrażenia shoegaze’owe ściany dźwięku i skrzeczący wokal Gonzaleza, który irytuje swoją pretensjonalnością i patetycznością. Wreszcie nie robi na mnie wrażenia nieudolne poruszanie się w klaustrofobicznie wąskich i pozersko uduchowionych synth-popowych ramach. Najwyraźniej Anthony naczytał się za dużo pochlebnych recenzji swojej poprzedniej płyty „Saturdays = Youth” i za bardzo uwierzył w siebie. Może, kiedy teraz zetknie się z krytycznym głosem dziennikarzy i publiki, pójdzie po rozum do głowy, spokornieje i nabierze dystansu do swojej osoby i świata.







Jest nas ponad 15 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
6 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Jan
Jan
10 lat temu

Samochodów nie produkujemy, ale setki testów przeprowadzamy i wszyscy wiedzą
co jesttt beeee co komuś nie wyszło i dokładnie tak samo jest w tym przypadku. Dać recenzentowi nagrać coś na syntezatorze to H*ja bedzie umiał, ale nieeee twardo stoi i krytykuje w taki sposób jakby to była opinia ogółu słuchaczy, tak to jest napisane. Moje odczucia są zgoła inne. Słuchając tego albumu poczułem się jak zapakowany do samochodu, ale nie do naszego pożal się boże poloneza, tylko do Mercedesa i przewieziony po niemieckiej autostradzie. Bo apropos dobrze się tego słucha właśnie w samochodzie

trackback

[…] ostatniego albumu grupy, zatytułowanego „Hurry Up, We’re Dreaming”, przeczytać można łamach naszego […]

Yezior
Yezior
11 lat temu

Niestety trafna recenzja. Po za „Intro” i „Outro” album kuleje pod zbyt wieloma względami. Trochę wstyd mi się przyznać że uwielbiam ten kolektyw. Byłem na ich koncercie w katowickiej Hipnozie. Zbyt wielu tam hipsterów z Ray Banach.

Jednego nawet pozdrawiam. Tego ze szkłami „zerówkami”. Och jak ja ich bym bił 🙂

deven
deven
11 lat temu

Kamil za bardzo się wczułeś z tymi zaciętymi radami..:]
ja tam ciągle nie słuchałem. im więcej czytam recenzji, tym bardziej bawi mnie zwlekanie:]

Grzegorz
Grzegorz
11 lat temu

spcejalisci od muzyki muahaha 😀 głuche hipsterstwo z warszafffki 🙂

Heliosphaner
11 lat temu

Gonzalesowi już skończyły się pomysły. I się zgodzę z autorem recenzji. Świetne Midnight City i może jeszcze dwa, trzy czy cztery kawałki, a reszta jest jak zbieranina odpadów po Saturdays=Youth. Całkiem miło słuchałoby się tego albumu, gdyby połowę nagrań wyrzucić. Nie jest źle, jest średnio, a kawałek z dzieckiem jest strasznie irtujący. 🙂

Polecamy