Jeff Parker & The New Breed – Suite For Max Brown
Łukasz Komła:

Projekcja magicznych obrazów.

Various Artists – Air Texture Vol. VII
Paweł Gzyl:

Rrose i Silent Servant serwują ambient? Niemożliwe!

Siavash Amini & Saåad – All Lanes Of Lilac Evening
Jarek Szczęsny:

Bez szwów.

Villaelvin – Headroof
Jarek Szczęsny:

Tylko bardziej.

Juno – Young Star
Jarek Szczęsny:

Infiltracja jazzu.

Lonker See – Hamza
Jarek Szczęsny:

Zawsze krok przed nami.

Men With Secrets – Psycho Romance And Other Spooky Ballads
Paweł Gzyl:

Erudycyjne ćwiczenie z ejtisowego electro.

Riverrun – The Same Silent Hill
Przemysław Solski:

Muzyka z krajobrazu.

Yogtze – Yogtze
Jarek Szczęsny:

Będzie filmowo.

Wacław Zimpel – Massive Oscillations
Jarek Szczęsny:

Letarg duchowy.

Hula – Shadowland
Paweł Gzyl:

Jak ambient przenikał industrial.

Nicolas Godin – Concrete and Glass
Mateusz Piżyński:

Elektroniczny aksamit, który już dobrze znamy.

Ghost In The Machine – Breaking The Seal
Paweł Gzyl:

Czego można się spodziewać po płycie, na której jeden z utworów nosi tytuł „Napalm Breath”?

Jachna/Ziołek/Buhl – Animated Music
Jarek Szczęsny:

Poszerzanie improwizacyjnej wrażliwości.



Jamie Woon we Wrocławiu – nasza relacja

To nie Jamie Woon wystąpił 25 marca we wrocławskim klubie Eter. To był Jamie Woon and The Band. Brytjczyk przywiózł ze sobą trzyosobowy skład, złożony z gitarzysty, basisty i perkusisty. W tym momencie powinniście pomyśleć – zaraz, zaraz, a kto obsługiwał całą elektronikę? Odpowiedź – nikt (jedynie sympatyczny gitarzysta wygrywał rzadko melodie na klawiszach). Ku zaskoczeniu całej, licznie zgromadzonej publiki Woon zaserwował nam rockowe wykonanie swojego materiału. Efekt? Muzyka Brytyjczyka nabrała nowego wyrazu, została odmalowana w całkowicie nowych barwach, nie tracąc przy tym nic ze swojej intymnej magii. Ci, którzy spragnienie byli „klasycznego” brzmienia Woona, musieli poczekać na bis, kiedy na scenę wyszedł już tylko sam bohater wieczoru.

Są tacy artyści, którzy zakochują się w polskiej publiczności od pierwszego zetknięcia się z nią. Obopólna sympatia owocuje koncertami równie niezapomnianymi, co wypełnionymi czymś, co trudno wyrazić słowami. Atmosferą swoistego partnerstwa na zasadzie artysta-kumpel z talentem i publika-starzy znajomi, na których zawsze można liczyć. Jamie Woon już doskonale wie, że Polacy to jego świetni kumple. Właśnie ten klimat swobodnego spotkania dobrych znajomych wytworzył się we wrocławskim klubie Eter podczas koncertu Brytyjczyka w ramach cyklu City Sounds. Wprawdzie artysta wraz ze swoją trzyosobową ekipą pojawił się na scenie z około dziesięciominutowym opóźnieniem, ale i tak tłum powitał go gorąco. Woon wydawał się oczarowany i nieco zaskoczony pełną po brzegi salą, zupełnie jakby grał w Polsce po raz pierwszy. To tylko dodało uroku jego występowi, który wyraźnie różnił się od zeszłorocznego w Warszawie. Tym razem poza niesamowitą energią, ze sceny płynęła zaskakująca subtelność, nie tylko dzięki dużo bardziej stonowanym aranżacjom piosenek.

Z początku koncert nie porywał, czuło się raczej nieco ciążącą atmosferę brytyjskiego brzmienia. Były problemy z nagłośnieniem, coś tam sprzęgało, coś wydawało dzikie piski, jednak po chwili sytuacja została opanowana. Woon oczywiście olśniewał swoim niecodziennym głosem, emocje jednak gdzieś się rozpierzchały. Nadzieję, że występ się rozkręci, wzbudziło „Night Air”, singiel idealny, podczas którego w publiczność wstąpiło nowe życie. I faktycznie, wydawało się, że zagubione dotąd emocje przepływają między tłumem a artystami już kompletnie niezakłócone. Wnikały pod skórę i nagle wszyscy stali się uczestnikami wieczoru, którego nigdy nie zapomną. Choć z początku balladowa wersja „Lady Luck” nie brzmiała przekonująco, piosenka z czasem się rozkeciła i bezbłędnie wpasowywała w konwencję całego występu. Największa gorączka była jednak na „Shoulda”, jednym z najbardziej chwytliwych kawałków z „Mirrorwiritng”, który porwał dosłownie wszystkich. Nawet osoby zgromadzone na piętrze, gdzie były miejsca siedzące, bujały głowami do rytmu.

Sami muzycy także czerpali sporo przyjemności z grania. Uśmiechom nie było końca, gitarzysta-klawiszowiec wirtuozersko budował gitarą napięcie i wzbudzał podziw solówkami. Razem z basistą robili do siebie rozbawione miny, a perkusista szalał i cieszył się jak nastolatek. Zaś sam Jamie, mimo ciągłego wrażenia nieśmiałości, dosłownie emanował szczerym, prostym szczęściem. „Thank you, you’re amazing”, choć tak banalne i sztampowe, tym razem wybrzmiało jak sympatyczny komentarz kumpla i poklepanie po ramieniu.

Ten wieczór jednak nie mógł się tak skończyć, czuło się niedosyt i oczywiste oczekiwania tłumu, a Woon bezbłędnie je odgadł. Wrócił na scenę już sam, a po chwili okazało się, że nie sposób było sobie wyobrazić lepszego bisu. Dwa kawałki akustyczne, niemal folkowe i dwa w stu procentach elektroniczne, pobrzmiewające dubstepem, trochę mroczne i niepokojące, ale perfekcyjnie zaaranżowane. I to przez jednego człowieka z zaledwie skromnym urządzeniem u boku i mikrofonem w dłoni! To dwadzieścia minut było jak oddzielny mini koncert o tak kameralnym wydźwięku, że niemal wzruszały zaangażowanie i ciągła radość Woona. Koncert we Wrocławiu pokazał, że to muzyka, która potrafi zaskoczyć potężną dawką emocji i energią, która pochodzi z czystej radości. A dobrze jest obcować z tak szczerymi uczuciami.

Tekst: Monika Pomijan i Kamil Downarowicz
Zdjęcia: Joanna Stoga

 


Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

komentarze 3

  1. meg

    on jest świetny ale mi było przykro po koncercie, chyba liczyłam na coś innego a szkoda bo bardzo długo czekałam i inaczej sobie to wyobrażałam i dalej mi przykro 🙁

  2. Kamil Downarowicz

    Pani Monika wystapiła gościnnie w dzisiejszym odcinku, za co jej serdecznie dziękujemy :]

  3. hihi

    pani monika zamierza zaliczyc wszystkie redakcje muzyczne w Polsce?