Wpisz i kliknij enter

Motor – Man Made Machine

Tropem Depeche Mode.

Bryan Black i Olivier Grasset zdobyli popularność w połowie drugiej dekady łącząc w twórczości swego projektu Motor nowoczesną rytmikę techno z dawnymi brzmieniami w stylu EBM. Mroczna i zmysłowa muzyka duetu spodobała się nie tylko klubowiczom – ich nagrania ozdabiały pokazy mody Rafa Simonsa i Ricka Owensa, słychać je było ze ścieżek dźwiękowych seriali HBO oraz gier Playstation i Nintendo. Ważniejsza od tego była jednak sympatia, jaką do Blacka i Grasseta zapałali muzycy Depeche Mode. Najpierw poprosili Motor o zremiksowanie ich utworu „Precious” (i uznali go za najlepszą dekonstrukcję ich muzyki wszech czasów), a potem zaprosili na wspólna trasę koncertową po całym świecie.

Kiedy podczas tego tournée Martin L. Gore rozchorował się, Black i Grasset musieli zostać na dłużej w jednym z berlińskich hoteli. Tam zaczęli z nudów opracowywać koncepcję swego kolejnego albumu. I wpadli na pomysł, że tym razem pójdą w stronę… piosenki. W ten sposób rozpoczęła się praca nad płytą, która właśnie ujrzała światło dzienne nakładem nowego pododdziału wytwórni Chrisa Liebinga – CLRX.


„Man Made Machine” przynosi dopracowaną do perfekcji koncepcję muzyki duetu. Niemal każdy z jedenastu zamieszczonych na krążku utworów to klubowy killer, łączący twardą rytmikę techno z mrocznymi smagnięciami metalicznych klawiszy rodem z dawnego EBM (choćby „Messed Up” lub „Pleasure In Heaven”). Te znane z wcześniejszych dokonań Motora brzmienia uzupełniają tym razem wywiedzione z estetyki nu-rave ekspresyjne przestery – warczące i buczące loopy, które sprawiają, że krótkie i zwarte nagrania projektu dosłownie eksplodują surową energią („Hyper Lust” czy tytułowy „Man Made Machine”). Nowymi wtrętami są tutaj odwołania do epickiego trance`u – które znajdujemy zarówno w majestatycznych pasażach orkiestrowych smyczków („Control”), jak i rozwibrowanych partiach hipnotycznych syntezatorów („In The Dark” i finałowe „Between The Night”).

Zgodnie z obowiązującą w tej estetyce modą, wszystkie wokale są poddane radykalnej deformacji – niczym w klasycznych nagraniach Front 242 czy Skinny Puppy. Co ciekawe – wcale nie ujmuje im to przebojowości. Angielskim producentom udało się bowiem napisać naprawdę świetne melodie. W efekcie ich nowe utwory nie tylko porywają do tańca, ale także od razu wpadają w ucho. Oczywiście, nie zabrakło w tym zestawie znanych gości. Pierwszy hit z płyty – „Man Made Machine” uznany za… współczesną wersję „Personal Jesus” – śpiewa sam Martin L. Gore. Kipiący od zmysłowego erotyzmu „Hyper Lust” wykonuje w typowo dekadenckim stylu Billie Ray Martin. A w „The Knife” – rozbrzmiewa odpowiednio schizofreniczna wokaliza Douglasa McCarthy`ego z Nitzer Ebb. Najtrudniej w tym towarzystwie rozpoznać Gary`ego Numana – jego zimny głos został bowiem w „Pleasure In Heaven” zamieniony w… perwersyjny falset.

Ten album może uczynić z brytyjskiego duetu międzynarodową gwiazdę, występującą na wielkich festiwalach. I zasłużenie – bo „Man Made Machine” to kawał solidnej roboty o wysoko komercyjnym potencjale. I jeszcze jedna refleksja: wydana niedawno wspólna płyta Martina L. Gore`a i Vince`a Clarka firmowana szyldem VCMG wypada w porównaniu z nową produkcją Motora… przeraźliwie słabo. A oba krążki zrealizowane zostały według podobnej formuły. Jajko okazuje się mądrzejsze od kury?

CLRX 2012

www.clr.net

www.wearemotor.com

www.myspace.com/motor66







Jest nas ponad 15 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
4 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Bambosz
Bambosz
11 lat temu

Wszystko super, tylko gdzie to można kupić w Polsce?

teodor
teodor
11 lat temu

to wszystko już bylo ,kiepścizna- autorowi recenzji proponuję dłuugi dotleniający spacer

gość
gość
11 lat temu
Reply to  Paweł Gzyl

po proszę o maila Pawle

Polecamy