SCSI-9 – Squares & Circles
Paweł Gzyl:

Pierwszy nowy album projektu od siedmiu lat.

Sarathy Korwar – More Arriving
Jarek Szczęsny:

Muzyka migracji.

Sandro Perri – Soft Landing
Jarek Szczęsny:

Chłód melodii.

Rhys Fulber – Ostalgia
Paweł Gzyl:

„I’m living in the 80s”

IRAH – Diamond Grid
Przemysław Solski:

Siatka utkana z ciekawości.

Strycharski Kacperczyk Szpura – I love you SDSS
Jarek Szczęsny:

Oglądanie nerwów.

!!! (Chk Chk Chk) – Wallop
Mateusz Piżyński:

Ciężkość punka z lekkością funka.

cover
Barker – Utility
Paweł Gzyl:

Transhumanistyczne przyjemności.

Monya – Straight Ahead
Paweł Gzyl:

Industrialne techno o pozytywnej energii.

Wojciech Golczewski – The Priests Of Hiroshima
Jarek Szczęsny:

Ścieżka dźwiękowa dla ery atomowej.

Múm – Yesterday Was Dramatic – Today Is OK
Paweł Gzyl:

Klasyk emotroniki.

Hildur Guðnadóttir – Chernobyl (OST)
Jarek Szczęsny:

Wyobrazić sobie niewyobrażalne.

Pruski – Black Birds
Jarek Szczęsny:

Wyszlifowany onyks.

Jaromir Kamiński, Rafał Warszawski, Palms Palms, Break Janek
Ania Pietrzak:

Beats & breaks idealne na koniec wakacji…



Washed Out – Paracosm

Tylko dobrze. Washed Out prezentując swój drugi krążek pokazuje, że czasami lepiej nie kombinować, bo można przedobrzyć. Albo po prostu zepsuć.

Ernest Greene już swoim debiutem (skądinąd bardzo udanym), „Within and Without” z 2011 roku, wyrwał się z kanonu chillwave’u, który przecież sam poniekąd stworzył. Wtedy jednak przekonał do siebie zarówno krytyków jak i słuchającą gawiedź doskonałymi melodiami. Stworzył wtedy idealny soundtrack tamtych wakacji,  do którego nadal wracam. Drugim swoim krążkiem, Washed Out próbuje jednakowoż przeskoczyć do innej szufladki. I co z tego wychodzi?


Sztosów w klimacie Miami Vice, takich jak „Amor Fati” czy „Eyes Be Closed” na „Paracosm” nie znajdziemy. Dość powiedzieć, że to co najlepsze, muzyk zaprezentował na singlach jeszcze przed premierą albumu. „It All Feels Right” faktycznie trzyma poziom i nadal idealnie nadaje się na opalanie się w nadmorskim kurorcie (albo w przydomowym ogródku) racząc się drinkiem z palemką (albo zimnym bronkiem). Bardzo solidna, rozmarzona nuta. Podobnie sprawa ma się z „Don’t Give Up”, który oprócz słońca i palm przywodzi też ożywiający rytm i chłodny wiatr.

A dalej? Dalej pojawia się znak zapytania. W całym tym wyczilowaniu robi się zbyt leniwie, zbyt onirycznie. Powoli zaczyna się nam to wszystko rozmywać, ciężko zapamiętać jakieś melodie po jednym odsłuchaniu (co na pierwszym albumie było niemożliwe). Pozytywnym wyjątkiem jest „All I Know”. Paradoksalnie, wydaje się, że Ernestowi nie brakowało pomysłów na chwytliwe melodie, tylko zgubiły się gdzieś one w produkcji.

Szkoda? Zmarnowany potencjał? Niekoniecznie. W tym szaleństwie jest chyba metoda. Pamiętacie, kiedy próbowaliśmy przetrwać nieznośne lipcowe upały oscylujące w okolicach czterdziestej kreski na termometrze? Słońce nie dawało żyć, pot lał się litrami. Właśnie tutaj upatruję miejsca dla rozmytej, rozciągniętej i leniwej muzyki na „Paracosm”. Nasuwa się pytanie, czy taki był zamysł twórcy, czy to poeta miał na myśli, czy może tak mu niechcący wyszło.


Washed Out ucieka przed „korzennym” chillwavem. Nie przeszkadza mu to w robieniu muzyki solidnej i poprawnej. Mimo wszystko jednak, pierwszy album, oprócz klimatu i produkcji bronił się doskonałymi melodiami. Tutaj tak jakby ich zabrakło. Pozycja chyba tylko dla fanów gatunku, reszta może się nieco znudzić i niepotrzebnie zrazić. Wracam do zapętlania „Amor Fati”. „Paracosm” na trzy i pół.

Profil na Facebooku »
Słuchaj na Soundcloud »
Szczegóły na Discogs »

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

Comments are closed.