Siavash Amini – Serus
Jarek Szczęsny:

Pływanie w stanie półsnu.

Foghorn – Thanatos
Jarek Szczęsny:

Album wysokooktanowy.

Subjected – Pictures From The Aftermath
Paweł Gzyl:

Ambientowa afirmacja życia i miłości.

Billy Woods And Kenny Segal – Hiding Places
Jarek Szczęsny:

Ciężki i ponury.

Ellen Arkbro – Chords
Paweł Gzyl:

Filozofia czystego akordu.

BNNT is Patrick Higgins – Multiversion #1
Jarek Szczęsny:

Część pierwsza.

Opla – Obertasy
Jarek Szczęsny:

Modernizacja polskiej wsi.

Zguba – Potwarz
Jarek Szczęsny:

Zagadkowa umysłowość.

Erith – Speed of Light
Przemysław Solski:

Niebanalny styl, kosmiczna muzyka, swoboda na scenie, tak w kilku słowach można określić nowe zjawisko na polskim rynku.

Øyvind Torvund – The Exotica Album
Łukasz Komła:

W egzotycznym zwierciadle.

Sciahri – Double-Edged
Paweł Gzyl:

Plemienny minimal.

Various Artists – ePM Selected Vol. 7
Paweł Gzyl:

Dziesięć house’owych sztosów.

Dren – Time And Form
Paweł Gzyl:

Black metal przekuty na nowoczesną elektronikę.

Dots (Uwe Schmidt) – Dots
Ania Pietrzak:

Śladami czarów w kosmicznej otchłani.



lo-fi

Foghorn – Thanatos

Album wysokooktanowy. Czytaj dalej »

Spopielony – Legendy

Duchologia, analogowy anturaż i zakurzony ambient. Czytaj dalej »

Mchy i Porosty – The Dead Pterodactyl

Techno na strychu.
Czytaj dalej »

Foghorn – Corona

Z Bydgoszczy dla przyjemności. Czytaj dalej »

Voin Oruwu – Big Space Adventure

„Kwaśna” przesyłka z Kijowa z biletem na samotny lot w kosmos. Nie awizujcie!

Nadawcą tej przesyłki jest ukraiński producent i DJ Dmitriy Avksentiev, który kilka dni temu wydał swój debiutancki album pod pseudonimem Voin Oruwu (artysta występuje także jako Koloah). „Big Space Adventure”, bo taki tytuł nosi płyta, została opublikowana 25 maja przez rosyjską wytwórnię Private Persons. Od razu i śmiało wskazuję, że to „techno-diament”, który już swobodnie umościł się na pierwszym miejscu mojej subiektywnej listy najlepszych płyt techno 2018 r.

Czytaj dalej »

Micromelancolié – Niwa

Łagodny eksperymentalizm. Czytaj dalej »

Brzmienie, które jest żywiołem – rozmowa z Ovvoid

Ovvoid to Michał Weicher – poznański producent, działający również jako dziennikarz muzyczny. Czytaj dalej »

Elsa Hewitt – Peng Variations (+„Cameras From Mars” i „DUM SPIRO SPERO”).

„Przekręt” doskonały.

Wczoraj ukazał się nowy materiał młodej i niezwykle utalentowanej brytyjskiej producentki Elsy Hewitt. „Peng Variations”, bo taki tytuł nosi wydawnictwo, zamyka kasetową trylogię, na którą składają się jeszcze „Cameras From Mars” i „DUM SPIRO SPERO”. Ich premiera miała miejsce nieco wcześniej w tym roku. Wyznaję szczerze, muzyka Elsy zaprezentowana na tej trylogii zawładnęła moim muzycznym światem na ostatnie kilkanaście dni. Zaskakujące to z dwóch względów.

Po pierwsze, Elsa Hewitt łączy elektronikę pulsującą delikatnie w ambiencie, glitch i lo-fi z… singer-songwriterstwem. Mariaże muzyczne tego typu zdarzały się i za pewne zdarzać będą jednak najczęściej przypominają związek hipopotama z żabą. Powód tego jest jeden: nadmierna tkliwość dźwiękowo – głosowa, przekraczającą znacznie nie tylko granice elektronicznego savoir-vivre ale i wytrzymałości słuchacza. W przestrzeni krąży określenie, że to muzyka „boleśnie piękną” (sic!). Tak, to najlepsza antyrekomendacja dla tego muzycznego kierunku. W tym miejscu Elsa wymierza sceptykom pierwszy cios prosty po którym pada się na deski i z rozrzewnieniem podziwia sufit. Na „Peng Variations” nie ma ani jednego zbędnego dźwięku czy wokalu, ani jednej muzycznej klatki, która przybierałaby postać zawodzenia, zbyt wysokiej tonacji czy po prostu wymuszonego ozdobnika. Elsa Hewitt stworzyła na granicy elektroniki i singer-songwriterstwa muzykę piękną. Po prostu. Nie potrzebuje ona żadnych dodatkowych epitetów.

Po drugie, Elsa Hewitt wydaje swoje prace na kasetach. Dostępna jest też wersja cyfrowa, ale podstawowym nośnikiem jest dla Brytyjki taśma magnetofonowa. Jako fanka winyli nie bardzo rozumiem obecny renesans wydawnictw kasetowych (to jakiś fenomen). Z drugiej jednak strony, czyściutkie basy i lekkie perkusje, przeplatające się harmonijnie, brzmią naprawdę dobrze z taśmy. Tak jakby w swej czystości i szczerości doznawały małej rysy „doświadczenia”, subtelnej nieoczywistości. Jednocześnie Elsa dba o warstwę wizualną tych wydawnictw. Każda taśma jest dopracowanym majstersztykiem jeśli chodzi o obudowę i grafikę. Mają jednak podobny pierwiastek, wspólny dla całej trylogii.

W swojej muzyce Elsa Hewitt buduje elektroniczne szkice subtelnie, momentami nawet zmysłowo, ale jednocześnie bardzo wyraźnie i stanowczo. Głos Elsy, o przyjemnej ciepłej barwie, choć momentami brzmiący dość nisko, eksponuje warstwę słowną jej utworów w równym stopniu co muzykę. Wokale artystki współgrają z elektronicznymi dźwiękami, wzajemnie się uzupełniają, a jedno bez drugiego traciłoby w artystycznym wymiarze. Słychać w tym wszystkim olbrzymią pewność siebie młodej producentki, wynikającą z niewątpliwego talentu i wyczucia w tworzeniu.

Na ostatnim albumie z trylogii Brytyjka zabiera słuchacza do swojego muzycznego świata. Celowo unikam słowa „podróż”. „Peng Variations” nie jest wycieczką z wieloma niewiadomymi po drodze. Album Elsy Hewitt to odrębny świat, wyspa błogostanu, a zarazem las ładujący słuchacza energią i bawiący jego wyobraźnię żywymi „kolorami”. Niezwykle autentyczna muzyka Brytyjki oparta jest o przyjemne melodie, sample oszlifowane niczym diamenty i bardzo naturalne wokale (bezbłędny „Gravid Day”, delikatnie wibrujący „Become Real”). Dzięki temu całość brzmi wyjątkowo przestrzennie. Gdy mowa o przestrzeni koniecznie wypada wspomnieć utwór „Comfort Zone”. Pierwsza jego część, niezwykle rytmiczna, mniej więcej w połowie przekształca się w genialny ambientowy trans. Wyprofilowany pomruk wokalistki, nieco chłodny, całkowicie oplata umysł. Wspaniały moment, który warto przesłuchać przy podkręconej głośności.

Wspomniałam sample – tu polecam wrócić do utworu z drugiego albumu z trylogii tzn. magnetycznego „Temple” z „DUM SPIRO SPERO”. Ten hipnotyzujący wręcz numer jest przykładem olbrzymiej sprawności i wyczucia artystki w posługiwaniu się samplami przy budowie nostalgicznej elektroniki w nurcie house. Ten jest zresztą charakterystyczny dla albumu „DUM SPIRO SPERO”, najbardziej zdystansowanego względem poetyckiego „Cameras From Mars” i wibrującego „Peng Variations”, opartego o konwencję lo-fi, lekko rozmytej, marzycielskiej relaksacji.

W taki właśnie sposób Elsa Hewitt dokonała „przekrętu” doskonałego. Po pierwsze udowodniła, że elektronika i singer-song-writerstwo mogą tworzyć dobraną parę, po drugie, że świetne brzmienie wcale nie wymaga 180 gram wosku. Jednak żeby taki przekręt wykonać, trzeba mieć nie lada talent, w szczególności producencki. Ten Elsa Hewitt ma i słychać to właściwie w każdym jej utworze. Do tego wytrwałość, szczerość i pasja młodości. Plus wysoki poziom artystyczny, którego Elsa nie obniża na kolejnych wydawnictwach. Dlatego nie ma co wróżyć jej osiągnięcia sukcesu, bądźmy szczerzy, ona już go osiągnęła. Anglio, zazdroszczę! Elsie Hewitt gratuluję jednoznacznego muzycznego nokautu – niebo wygląda najlepiej gdy patrzy się na nie leżąc na plecach.

PS: Polecam także pozostałe wydawnictwa Elsy, które opublikowane zostały na jej profilu na Bandcampie, w szczególności „Breathing SpaceX/WingspandeX”, zapowiadający „DUM SPIRO SPERO”. Doskonały miękki trip. Jest też „Hotel Rosemary” dla sympatyków bardziej instrumentalnego, soft-rockowego grania (nie, to nie jest „indie”).

2017 | Elsa Hewitt

Profil na BandCamp » Profil na Facebooku »

The Gentleman Losers – Permanently Midnight

Dżentelmeni z Helsinek. Czytaj dalej »

Micromelancolié – No respect for grace and virtue

Antykonsumpcyjna stacja kosmiczna. Czytaj dalej »

John Lake – #void

Jan od odczłowieczania. Czytaj dalej »

Wild Books – 2

Jak szczelnie wypełnić jednostkę czasową. Czytaj dalej »

Wiry – 2017

Broniewski z elektroniką i punkiem spotyka się na jednej płycie. Czytaj dalej »

Devendra Banhart – Ape in Pink Marble

Amerykańsko-wenezuelski songwriter pisze niecodzienne piosenki i nie patrzy na panujące trendy.  Czytaj dalej »

Pascal Pinon

Islandzkie siostry powracają z trzecim albumem. Czytaj dalej »

Nowa Muzyka przedstawia: Must Hear 1.0.

Nowa Muzyka debiutuje w roli wydawcy. Składanka Must Hear 1.0 to zestaw dziewiętnastu, w większości nigdzie dotąd niepublikowanych, utworów artystów zaprzyjaźnionych z naszym portalem. Zapraszamy do odsłuchu! Czytaj dalej »

Shannon Hayden vs Brighter Later

Tym razem kobiecy „pojedynek” na wiolonczelę, gitarę i głos. USA vs Australia. Akademickie myślenie vs folkowo-rockowa spontaniczność. Czytaj dalej »

Krojc w natarciu

Ceniona wytwórnia Requiem prezentuje dwie nowe płyty Jakuba Pokorskiego – jedną solową, a drugą zrealizowaną z Marcinem Cichym ze Skalpela.

Czytaj dalej »

Magic Panda

Pod nazwą Magic Panda kryje się Jamie Robson, który powrócił z nową EP-ką. Czytaj dalej »

Young Fathers – Dead

Nie łatwo stworzyć swój styl, brzmiący jak nic dotychczas. Czy udało się to Młodym Ojcom? Czytaj dalej »