Wpisz i kliknij enter

Kto się boi ładnych piosenek? – rozmowa z zespołem pies

Proste piosenki o skomplikowanych relacjach.

Zespół pies opowiada o debiutanckim albumie “na więcej nie mam sił”, trudnych relacjach, muzyce miasta i polskim niezalu.

Emilia Stachowska: Jesteście nie tylko muzykami, ale również wymagającymi słuchaczami i dziennikarzami (Marcin współpracuje z kilkoma portalami, Patryk też niegdyś recenzował płyty). Jak to się stało, że obok chęci pisania, pojawiła się też chęć grania? Co było pierwsze?

Patryk Weiss: Jeżeli chodzi o mnie, zawsze chciałem grać muzykę. Nigdy nie zamierzałem być dziennikarzem. W porównaniu z Marcinem, moje dokonania pisarskie są znacznie mniejsze i nigdy się w tę aktywność mocno nie zaangażowałem, ale tak się złożyło, że przez jakiś czas granie nie do końca mi wychodziło. Wynikało to m.in. z braku odpowiednich osób, z którymi mógłbym tworzyć to, co w tamtym czasie chciałem tworzyć. Później poszedłem na studia kulturoznawcze, które skierowały mnie w stronę nauki pisania, no i zachęcany przez innych, niekoniecznie wskutek wewnętrznej potrzeby, zacząłem publikować recenzje. Podstawą jednak była chęć nagrywania muzyki i w końcu z psem się udało. Wcześniej pojawiały się jakieś pomysły, ale z różnych przyczyn nie były one realizowane.

Marcin Małecki: Nawet poznaliśmy się w ten sposób, że szukałeś osób do zespołu.

PW: Właśnie, z Marcinem poznaliśmy się mniej więcej dwa lata przed założeniem psa. Była też jeszcze jedna osoba, ale wówczas czegoś zabrakło. Trudno powiedzieć czego dokładnie. Wtedy przyszedł dość trudny czas, w którym pomyślałem, że chcę sprzedać gitarę i rzucić tę zabawę, co wynikało z przekonania, że już nigdy nie uda mi się niczego muzycznie osiągnąć. Wyszło jednak tak, że krótko później pojawił się Maciej (Dymowłok, wokalista i gitarzysta – przyp. ES), z którym zgadaliśmy się na granie i za jednym podejściem stworzyliśmy trzy piosenki. Bardzo się tym podjaraliśmy, a zwieńczeniem całej sytuacji była EP-ka z 2017 roku, która powstała właściwie na trzech próbach. To było naprawdę super przeżycie. Nawet przy mocno ograniczonej recepcji (bo w zasadzie tylko Krzysiek z Trzech Szóstek coś tam napomknął o tej EP-ce) miałem ogromną satysfakcję z tego, że zrobiłem coś, o czymś marzyłem – nagrałem materiał, który wymyśliłem od początku do końca.

MM: Co do pytania: u mnie to od zawsze działo się dwutorowo. Od początku gimnazjum grałem na gitarze, ale już wtedy myślałem, że chciałbym kiedyś gdzieś pisać i mieć audycję w radiu. Mimo to, nie od razu coś z tym zrobiłem, pisałem raczej w notatnikach.

Dopiero w 2012 roku roku uznałem, że pora ruszyć muzycznie i założyłem swój pierwszy zespół. Dwa lata później spróbowałem swoich sił w radiu – startowałem do Afery, ale mnie nie przyjęli, a następnie do Meteora, gdzie byłem w redakcji muzycznej i miałem własną audycję. Po roku zgłosiłem się do Screenagers, w międzyczasie odszedłem z zespołu i nadal zajmowałem się dziennikarstwem, a w 2017 roku odezwał się do mnie Patryk i tak zostałem basistą psa.

Tak, jak wspomniałam wcześniej – jesteście wymagającymi słuchaczami i macie ogromną wiedzę na temat muzyki. Zdajecie więc sobie sprawę z tego, że nowych wydawnictw jest obecnie mnóstwo, że towarzyszy nam przesyt treści i trudno jest przekopać się przez wszystkie premiery. Znalezienie czegoś, co nas przekona, wymaga zazwyczaj sporo czasu. Skąd potrzeba, aby do tego kotła dorzucić też coś swojego?

PW: W moim przypadku była to po prostu chęć robienia muzyki, chociaż jestem wobec własnej twórczości zdecydowanie bardziej krytyczny niż wobec tego, co wychodzi od innych artystów. Na pewno nie raz przez myśl przeszło mi pytanie: po co nagrywać w momencie, gdy na świecie powstaje tyle – nierzadko świetnych – albumów? W każdym twórcy musi więc głęboko tkwić przekonanie, że to, co robi, jest na tyle wartościowe, aby to upublicznić; i że ma to szansę zaistnieć obok tej muzyki, którą uważamy za dobrą.

Wydaje mi się, że robimy fajne rzeczy. Tworząc, trzeba być trochę pewnym siebie, bo inaczej nigdy nie wyszlibyśmy z tej przysłowiowej szuflady. Daleko jest mi do popadania samozachwyt, bo zdarzają się momenty zwątpienia. Na przykład: kiedy słuchaliśmy audycji, w której pojawiły się nasze piosenki, miałem wrażenie, że wypadamy dość blado na tle innych zespołów, które w ciągu tej godziny wybrzmiały na antenie. No i tak to jest. Towarzyszy mi strach o to, jak zostanie odebrane to, co robimy, ale słucham również opinii osób mówiących, że to jest w porządku, i staram się myśleć podobnie. Prawda jest też taka, że osłuchaliśmy się z naszym materiałem tak bardzo, że jesteśmy nim już trochę przesyceni, znamy go od podszewki. Wiemy, co dzieje się w każdej sekundzie i mamy zupełnie inny tryb odbiorczy niż w przypadku cudzych nagrań. Ten czynnik także jest ważny.

Wracając natomiast do twojego pytania i odpowiadając na nie krótko: uważam, że pies zasługuje na uwagę, bo mało jest fajnych, ładnych piosenek na polskiej scenie niezależnej – dlatego chcieliśmy wypuścić coś swojego. [śmiech]

“Fajne, ładne piosenki”. Czy to właśnie w tym widzicie wartość waszej muzyki?

MM: To jest trudne pytanie. Wydaje mi się, że wypełniamy jakąś niszę w polskiej muzyce alternatywnej, a przynajmniej tej jej części, która nie zarabia. [śmiech] Jest też w nas duża chęć, by pokazać, że rodzimy niezal to nie tylko jakieś dziwne, pokręcone rzeczy; że albo są tam melodie, albo ich brak. Chcieliśmy zrobić coś, co po prostu będzie ładne, co da się zanucić i co będzie za ludźmi chodziło. Chyba pierwszy raz dotarło to do mnie, gdy nagrywaliśmy sesję w ramach Fromtheplaywood. Ludzie, którzy kręcili się po planie, w pewnym momencie nucili pod nosem nasze piosenki. To był sygnał, że warto było wyjść z tą muzyką do publiczności; że zapada ona w pamięć.

Mam wrażenie, że czujecie się trochę odmieńcami polskiego niezalu.

PW: Nawet tak żartobliwie mógłbym powiedzieć, że polski niezal boi się ładnych piosenek. Mam wrażenie, że nisza, która jest świetnie zagospodarowana na scenie anglosaskiej, czyli te alternatywne gitarowe zespoły – od Real Estate po Japanese Breakfast – nie jest w Polsce do końca rozwinięta. Chodzi mi o te wszystkie kapele, które grają melodyjnie, piosenkowo, ale jednocześnie nie mieszczą się w mainstreamie. U nas jest z tym problem. W takim sensie, że mamy szeroko rozumiany niezal, w którym świetnie odnajdują się zjawiska mające jakiś pierwiastek neurozy i swoistego “mroku” – i tutaj mam na myśli naprawdę świetne rzeczy, na przykład reprezentantów sceny elektronicznej, czy to, co wychodzi m.in. z Astigmatica. Jeśli chodzi zaś o gitary, to jest bardzo dużo miejsca na hałas, na przytłaczające dźwiękowe faktury, przestery, natomiast wygląda to tak, jakby odbiorca niezalowy nie był zainteresowany nieszablonowymi piosenkami.

Mimo tego, że w piosenkach może kryć się to, czego taki słuchacz szuka, czyli pewna nostalgia, melancholia, emocje, a ze strony kompozycyjnej coś, co jest ciekawsze od – dajmy na to – Krzysztofa Zalewskiego, czy sanah. Nie mam nic do tych artystów – tworzą muzykę, która ma swoją, i to niemałą, widownię, ale nie jest to też twórczość, która by w tych piosenkach dłubała i starała się w ich ramach korzystać z mniej sztampowych chwytów. A my się staramy. Żywię nadzieję, że nasze kompozycje mogą być zaskakujące. Tak, jak choćby opener naszej płyty, na temat którego usłyszeliśmy opinie znajomych, że nie spodziewali się już na początku płyty czegoś w stylu bossa novy.

MM: Zanim skończyliśmy płytę, zanim pojawiła się pandemia, zaczęliśmy zbierać pomysły na zespoły, z którymi chcielibyśmy zagrać koncerty. I kiedy tworzyliśmy taką listę okazało się, że wcale nie ma tak dużo projektów, z którymi moglibyśmy wystąpić i nie odstawać tym, co oferujemy. Tak, aby słuchacz nie czuł się wybity z rytmu, że nagle ma do czynienia z muzyką, która nie pasuje na support. Wiadomo, Rycerzyki są jednym z takich tropów, Enchanted Hunters, Cudowne Lata…

Myślę, że koncertowo pasowalibyście do The xx. [śmiech]

MM: Bardzo miło mi to słyszeć, bo debiut The xx to jedna z najważniejszych płyt w moim życiu! Mam ogromny sentyment do tej płyty, chociaż oni są bardziej nocni, a my jesteśmy bardziej słoneczni. Nawet, jeśli poruszamy bardziej neurotyczne klimaty.

PW: The xx to zupełnie nie moja bajka, ale gdybym miał wskazać jakiś zespół wyznaczający podobny kierunek, którym my podążamy – i z którym chcielibyśmy zagrać – to wymieniłbym The Car Is On Fire (wiem, wiem, niestety nie działają). Poza tym wspomniane Rycerzyki, Alfah Femmes, New People, Ala|Zastary.

A co do wymienionych już Enchanted Hunters – to są tak kapitalne piosenki. Nie czuję, żebyśmy w ogóle mieli start do tego, co dziewczyny robią pod kątem harmonizacji i aranżacji, ale nawet w ich muzyce jest ten taki przyciężkawo-mroczny element, którego u nas nie ma.

Jak myślicie, skąd ten strach przed ładnymi piosenkami?

PW: Polska scena niezależna wyrasta w dużej mierze z fascynacji takimi kapelami, jak Sonic Youth i całą pokrewną im noise’ową falą. Możliwe, że dlatego też zawsze operowała raczej klimatem i emocjami, rzadko kiedy zaś przywiązywała większą wagę do samej piosenkowości. Bardziej chodziło o oddanie nastrojów i stworzenie atmosfery, która z reguły towarzyszyła opowiadaniu o trudnych uczuciach.

Gdybym miał szukać w polskim niezalu projektów, które są bliskie temu, co uważam za interesujące w piosenkach (poza wcześniej wspomnianymi współczesnymi artystami), wymieniłbym na pewno Kobiety i to, co, robił w latach 90. Tymon Tymański z zespołami Trupy albo Czan. Mitch&Mitch i Starzy Singers to też jest kierunek, który bardzo szanuję.

Był też w polskiej muzyce niezależnej moment fascynacji post-rockiem i slowcorem…

PW: To chyba było już pokłosiem twórczości takich zespołów, jak Mogwai albo God Speed You! Black Emperor. Kiedyś byłem ogromnym fanem tej drugiej kapeli, ale poszedłem na koncert, który wszystko zmienił. Dopiero na żywo, naskórkowo odczułem jak ta muzyka jest nudna, dla mnie zbyt repetytywna. Ten występ miał miejsce w roku 2011 i mam wrażenie, że właśnie wtedy nastąpiła transformacja mojej muzycznej osobowości. [śmiech]

MM: I z rockisty stałeś się poptymistą? [śmiech]

PW: No nie do końca, ale trochę wyczerpałem w sobie fascynację tym graniem post-rockowo-noise’owo-brudnym i skręciłem w stronę bardziej melodyjnych rzeczy. W tym okresie zacząłem więcej słuchać kapel pokroju Pavement, Built to Spill i ogólnie indie rocka z piosenkowo-melodyjnym zacięciem.

Marcin, czy ty też miałeś jakąś przygodę z ciężkim, hałaśliwym graniem?

MM: W moim przypadku na samym początku był juwenalia-core, od happysadu na Pidżamie Porno kończąc. Mam w ogóle takie zdanie, że gdyby pierwszą płytę happysadu nagrały Nerwowe Wakacje, album obroniłby się w polskim niezalu. Ale no właśnie, były Nerwowe Wakacje, był Afro Kolektyw i w zasadzie taki kierunek nie został jakoś bardzo podchwycony w tamtym czasie przez inne kapele. Nawet te okołobudyniowe rzeczy bardziej bawiły się muzyką niż tworzyły coś na serio.

PW: Tak, na przykład Pogodno było bardzo psychodeliczne, ale też kabaretowe w niektórych momentach. Bardzo fajna kapela. Nierówna, ale fajna. [śmiech]

MM: Teraz wygłoszę, jak sądzę, niepopularną opinię: najlepszym albumem Pogodna jest ich live z Hard Rock Cafe w 2008 roku, nadawany na żywo przez Antyradio i zachowany gdzieś w formie bootlegu. Tam jest wszystko, co w nich lubiłem: żarty, swoboda, energia, kiksy, pogadanki między utworami. To jest szczere – jakby się wpadło na domówkę do kumpli.

Wracając jednak do tych tropów piosenkowych w polskim niezalu: pamiętam któryś koncert Ścianki w Poznaniu, na którym Maciej Cieślak powiedział o jednym z utworów, że “to jest taka piosenka popsuta” i zagrał go ponownie, bez tych wszystkich udziwnień. Wtedy pomyślałem, że on na luzie mógłby wydać całą płytę właśnie bez takich “udziwnień”, ale nie chce. To jest jego decyzja, ja to rozumiem, ale trochę brakuje mi piosenek, które byłyby pod względem harmonii i zabiegów kompozycyjnych pokręcone i jednocześnie melodyne, proste, przekonujące słuchacza, który nie jest z tego środowiska. Pies jest w jakimś sensie reakcją na tę potrzebę.

Do wątku niezalu jeszcze wrócimy, teraz natomiast przejdźmy do psa. Najpierw był duet i piosenki po angielsku. Teraz jest was czworo i śpiewacie po polsku. Opowiedzcie trochę więcej o ewolucji zespołu.

PW: Tak, jak mówiłem na początku – pomysł na psa pojawił się dość spontanicznie. Widać to już w samej nazwie, która nie jest dopracowana i przykleiła się do nas jak rzep psiego ogona…

MM: Ale na ile sposobów można to ograć! Pieskie życie, pogoda pod psem, pies z kulawą nogą…

PW: Do serca przytul psa. [śmiech] Wracając: z niezobowiązującego grania, we dwójkę z Maciejem, zrodził się pomysł na zrobienie z tego kapeli. Nie myśleliśmy długo nad nazwą, więc powstał ten pies, co wydało nam się fajnym żartem, bo w Polsce bylibyśmy znani jako “pies”, a za granicą jako “pies”, czyli “ciasta”. Muzyka też miała być taka słodka i miła. W krótkim czasie wypuściliśmy pierwszą EP-kę i doszliśmy do wniosku, że fajnie będzie zrobić z tego regularny zespół.

Pierwsze teksty powstały po angielsku, ponieważ po angielsku pisze się szybko, łatwo i przyjemnie, a my chcieliśmy zrobić coś – no właśnie – szybko, łatwo i przyjemnie. [śmiech]

Ale wydaje mi się, że wasze teksty, te po polsku, są ciekawym przykładem wartościowych treści podanych w prosty sposób.

PW: Cieszę się, że tak je odbierasz, niemniej musiałem długo przekonywać Macieja, aby pisać polskojęzyczne teksty. Pierwsze teksty po polsku powstały po to, by skanalizować jakoś towarzyszące mi uczucia, które przeżywałem w związku z bolesnym rozstaniem. Chciałem oddać emocje, które kłębiły mi się w głowie i nie dawały spać. Musiałem to z siebie jakoś wyrzucić. Taka jest geneza “znowu idę” czy “czasem myślę”. Natomiast przy tworzeniu kolejnych utworów zaczęła się krystalizować opowieść o rozpadającej się relacji. Teksty Macieja (“do cb”, “rozumiesz przekaz”, “nie powiem”) były zupełnie inne niż moje. W skrócie: było to tak, że Maciej wchodził wtedy w nowy związek, ja pisałem o nieudanej relacji i w taki sposób pojawił się koncept opowiedzenia o relacji od początku do końca: od początkowego zachwytu do ostatecznego rozpadu, aż po nieumiejętność poradzenia sobie z tym rozstaniem.

Nawiązując natomiast do tego, co powiedziałaś, że to proste piosenki: stwierdziliśmy, że fajnie, aby te teksty były bliskie codziennej mowy, żeby w ten sposób dotykały zwyczajnych, codziennych tematów. Dziś sobie myślę, że jest to dobra droga do ładnych piosenek, bo bardziej skomplikowane wersy trudno położyć na sztywnej, piosenkowej strukturze. Mówiliśmy o noise’owych rzeczach – tam można szyć całe poetyckie manifesty w stylu Kim Gordon i nie trzeba martwić się o to, czy liczba sylab pozwoli się zmieścić w danej frazie. No a takie zwykłe teksty, proste, łatwiej trafiają do słuchacza i nie przykrywają warstwy kompozycyjnej, na której bardzo nam zależy.

Można więc powiedzieć, że wasz debiutancki materiał to delikatny album o delikatnych relacjach?

PW: Powiedziałbym, że delikatny album o kruchych relacjach. [śmiech] Tak, myślę, że to dobry kierunek.

MM: “na więcej nie mam sił” jest o stąpaniu po niepewnym gruncie. A co do tego, że to koncept album o jakiejś dynamice relacji – mieliśmy wiele pomysłów na to, w jakiej kolejności ułożyć utwory, ale pojawił się problem, żeby jednocześnie było to dobrze pospinane muzycznie. Tak, by słuchacz nie był wybity z rytmu. Chodziło nam o spójną opowieść, tekstowo i muzycznie. Nie było to łatwe, ale daliśmy radę.

“To kawałki o ułomnościach, porażkach i tęsknocie”. Możecie rozwinąć ten wątek?

MM: Tęsknota w piosenkach jest czymś, co zawsze do mnie trafia i mimo tego, że nie miałem dużego udziału w powstawaniu tekstów, bardzo się z nimi utożsamiam. Uważam, że treści, które proponuje pies, są czymś, czego poszukuję i jako twórca, i jako słuchacz.

PW: Za pomocą muzyki staramy się stworzyć taką kumpelską rozmowę ze słuchaczem. Mówimy dość prostym językiem o tym, co nas dotyka i robimy to w szczery sposób. Chcemy, aby problemy, o których opowiadamy w tekstach (niedopasowanie, niemożność sprostania pewnym oczekiwaniom w relacji) były komunikowane bezpośrednio. Nie kryjemy emocji i naszych ułomności, mówimy o nich wprost. Chcemy, żeby nasza muzyka i teksty były ludzkie w całej tej naszej niedoskonałości.

MM: Taki ludzki pies.

W waszych tekstach pojawiają się takie hasła, jak “nie mam siły”, “nie mam czasu”. Wiem, że odnoszą się one głównie do relacji międzyludzkich, ale jednak mam wrażenie, że dotyczą też wszystkich tych drobnych zdarzeń, które dzieją się każdego dnia. I stąd kolejne pytanie: co was męczy? Co odbiera te siły?

MM: Żyjemy w Polsce w roku 2021 i powodów, które nas męczą, jest od zajebania. Jest dużo spraw, które nas męczą na płaszczyźnie życiowej i chociaż nie opowiadamy o tym wprost w piosenkach, to jednak myślę, że to, co czujemy, jest tożsame z odczuciami wielu osób. Nawet pojawił się kiedyś pomysł, aby nagrać jakiś protest song.

Mamy 20-kilka, prawie 30 lat i część rzeczy, o których nam mówiono, że nie są łatwe, są prostsze niż się wydawało, ale znaczna część jest trudniejsza niż myśleliśmy. Mierzę się z różnymi problemami i wątpliwościami. Pracuję na pełen etat, studiuję, po godzinach zajmuję się dziennikarstwem, gram w zespole i próbuję znaleźć równowagę w tym wszystkim, co jest wyczerpujące. Rodzice nie mówili, że będzie trudno czuć się spełnionym na ważnych dla nas płaszczyznach. [śmiech] Jest to dla mnie dużym odkryciem i trochę to odkrycie przemycamy w naszej twórczości.

PW: Nigdy nie chcieliśmy być politycznie zaangażowani, bo uważam, że warstwa muzyczna, którą wybraliśmy, po prostu do tego nie pasuje. Gdzieś tam w zamyśle miały jednak przemykać takie wątki, które opisują sytuację życiową zdeterminowaną przez duże, ogólne zjawiska, takie jak późny kapitalizm i związane z nim shit jobs, niskie zarobki, obawy o przetrwanie i brak komfortu. Próba zadbania o byt, łapanie dorywczych zleceń, praca na dwie zmiany… To wszystko komplikuje relacje międzyludzkie, wpływa na problemy z psychiką, wywołuje kryzysy lękowe i zaburzenia depresyjne.

W tekstach nie mówimy o tym otwarcie, ale myślę, że cały album mimochodem wspomina o tym, że jesteśmy wyczerpani i nie mamy czasu, aby o siebie zadbać. Zadbać, to znaczy na przykład stworzyć sobie warunki do wypoczynku. Już abstrahując od tego, że jako Polacy w ogóle nie mamy w naturze jakiejś zdolności wypoczynku i nie umiemy się zrelaksować. Dlatego też można nasz album interpretować w taki sposób, że jest to obraz dwudziesto-, trzydziestolatków, którzy są, pardon my french, kurwa zmęczeni. Cały czas jesteśmy bombardowani serią oczekiwań, czy to ze strony rodziny, czy społeczeństwa. Chcielibyśmy w końcu odpocząć od bycia obiektem ciągłej oceny i wymogu spełniania rozmaitych życiowych powinności.

No właśnie, nie wszystko mówicie wprost, ale rzucacie pewne tropy, zahaczacie mimochodem o różne wątki. Trochę kojarzy mi się to z fragmentem “Nie pytaj nas Łony”: “nie pytaj, co w nas siedzi, to raczej nie jest pokolenie odpowiedzi”.

PW: Trochę tak. Nie sądzę, abyśmy byli pokoleniem, które w swoich tekstach umieszcza jakieś poważne manifesty, czy oświadczenia. Poza tym muzyka, którą tworzymy, nie bardzo pasuje do robienia takich rzeczy. Manifesty pisze raczej Bedoes w “Rewolucji romantycznej” i to rap jest tym medium, które transmituje jakieś konkretne światopoglądy. Kiedyś to był punk, teraz to jest rap. My staramy się zawrzeć te wszystkie postawy, opisując nasze życie za pomocą jakiejś poetyki codzienności. Jeden z naszych znajomych po przesłuchaniu płyty psa stwierdził, że jest to album o zmęczeniu, o czym – wbrew temu, co jest w tytule – nie myślałem wcześniej. Bardzo mi to schlebia, że pojawiają się takie ciekawe interpretacje. Oddajemy ten materiał w ręce w słuchaczy i to, co z niego wyłapią, jest właściwe. Nie upieram się przy tym, że płyta ta jest o czymś konkretnym.

W naszej rozmowie pojawił się temat tęsknoty, która jest też trochę zamanifestowana w waszym opisie na Facebooku oraz w materiałach prasowych. Piszecie tam, że muzyka psa to “przełom lata i jesieni”. Ten przełom często bywa nostalgiczny, melancholijny. Czego ta nostalgia dotyczy?

PW: Myślę, że ta nostalgia pojawia się nawet na poziomie inspiracji. Muzyka, która nas inspiruje, jest nostalgiczna w tym sensie, że odwołuje się do tego, czego słuchaliśmy kiedyś i też do etosu bezpretensjonalności, luzu, slackerstwa. Brakuje nam niezobowiązującej swobody. Takiego lata miłości. [śmiech] Czegoś, co jest odwrotnością bycia bombardowanym oczekiwaniami i stresem. Krainy łagodności, lekkości i wzajemnej miłości, po prostu.

Słuchając waszej muzyki, zwracam uwagę na pewną dwutorowość: z jednej strony są teksty, które dotyczą tego, co czuję teraz, jako trzydziestolatka, a z drugiej strony jest brzmienie, które przypomina mi dawne czasy, kiedy wszystko było lżejsze, prostsze i bardziej spontaniczne.

PW: Właściwie o to chodziło! Miała być to właśnie zbitka refleksji dotyczących rozczarowań, trudnych emocji i niespełnionych oczekiwań z muzyką, która jest lekka, przyjemna i kojąca. Na zasadzie kontrastu chcieliśmy połączyć dwa zjawiska. Podjęliśmy próbę ocieplenia tego trudnego okresu jakim jest dojrzewanie. Zależało nam, aby to, co jest na co dzień ciężkie, było bardziej znośne.

MM: Tak, takie oswajanie dorosłego życia. Dodanie mu tej muzycznej swobody, która towarzyszyła nam kilkanaście lat temu.

Napisaliście na Facebooku, że w tym czasie, kiedy powstawała debiutancka płyta, sporo się nauczyliście.

PW: Nauczyliśmy się przede wszystkim sporo o produkcji. Kiedy tuż przed wydaniem płyty posłuchaliśmy “znowu idę”, czyli kawałka wypuszczonego jeszcze w 2019 roku, złapaliśmy się za głowę niedowierzając, jak źle to zrobiliśmy. [śmiech] Im później powstawał utwór, tym lepiej wypadał on pod względem masteringu, czy aranżacji. Mam wrażenie, że gdybyśmy zaczynali z tym bagażem, który mamy teraz, płyta pojawiłaby się już rok temu. Nagrywanie było dla nas poligonem doświadczalnym w kontekście tego, jak bardzo uda nam się przenieść pomysły, które mamy w głowie, na konkretne brzmienie.

Powiedzieliście też, że “w przyszłości będziecie działać inaczej”.

MM: Na pewno będziemy chcieli pójść do studia lub innej niż domowa przestrzeni, w której będziemy mogli pracować nad kawałkami, bo praca w domu rozleniwia. To w jakimś stopniu wpłynęło na wydłużenie procesu powstawania płyty. Tu jakieś piwko, tu papieros… I tak się wszystko rozciągało. Mamy już pomysł na kolejny materiał. W zasadzie są to różne pomysły dotyczące tego, jak w ogóle chcemy go zrobić. Powiedzmy, że ma być on bardziej surowy. Może nie nagrany na setkę, ale bardziej organiczny. Przewinął się nawet wątek city popu. Dużo rzeczy może się zmienić, wszystko jest do ustalenia. Teraz w rękach odbiorców jest nasz debiut, a my możemy iść dalej.

PW: Bardzo ekscytuje nas fakt, że możemy przejść już do kolejnych kawałków, zacząć nowy rozdział. A co do następnej płyty – chciałbym, żebyśmy w końcu wyszli z pokoju Szymona i poszli do studia. Chciałbym też zachęcić do współpracy innych muzyków. Na “na więcej nie mam sił” mamy przepiękny wokal Gosi Zielińskiej, ale zależy mi, aby artystów, z którymi pracujemy przy nowych materiałach, było więcej. Poza tym, studio pozwoli na coś, o czym od zawsze marzę, czyli na sekcję dętą. Na debiucie są takie numery, jak “mija czas” – w tym ejtisowym klimacie świetnie znalazłby się jakiś saksofonowy ornament. Przydałoby się rozbuchać to brzmienie pod kątem aranżacyjnym. Jesteśmy samoukami, a fajnie byłoby mieć na sesji porządnego, wykształconego muzyka, który rozpisze sekcję dętą na cztery instrumenty.

Wspomnieliście city pop. Utożsamiacie wasz materiał z miejskim klimatem?

MM: Pies to czwórka chłopaków z poznańskich Jeżyc. To też taki frazes z naszej biografii, ale tak było – pies powstał na Jeżycach, obecnie dwiema łapami rezyduje na Łazarzu. Ten miejski klimat jest więc w przypadku naszej muzyki naturalny. Gdybyśmy nagrywali debiut na jakimś odludziu, brzmiałby on zapewne zupełnie inaczej. Myślę, że wiele zależy od tego, w jakich okolicznościach nagrywa się album.

PW: Jest to muzyka miasta. Muzyka młodych, wykształconych, z dużych miejskich ośrodków. [śmiech] Nie da się tej miejskości wyrzucić z tkanki brzmieniowo-tekstowej. Jasne, Poznań proponuje mnóstwo rodzajów muzyki, też ten city pop, choć nie zapominajmy, że city pop tworzony był przez profesjonalnych jazzmanów, którzy mieli grać popowe kawałki. Z oczywistych względów nie odtworzymy tego idealnie, ale w tym nasza siła. Jest tutaj jakaś donkiszoteria; naturszczykowska próba zrobienia czegoś trudnego – czegoś co zdaje się być ponad nasze możliwości. Sami mamy wątpliwości, jak to wypadnie na żywo, bo podczas nagrywania mogliśmy zmieniać wersje po kilka razy, a tu będzie tylko jedno podejście.

Wróćmy na moment do tematu niezalu. Mówiliście trochę o tym, gdzie widzicie swoje miejsce na tej scenie, ale jednak daleko jest wam do narzekania na “etos niezależnego muzyka”.

PW: Bardzo nie lubię takiej martyrologicznej postawy polskiego muzyka, który narzeka na to, że nikt go nie rozumie; że nikt go nie chce słuchać. Chciałbym, żeby istniały takie warunki społeczne, by twórca mógł się skupić na tym, co robi, jednocześnie nie przejmując się swoją sytuacją bytową, ale w momencie, kiedy decydujemy się grać konkretną muzykę, musimy zdawać sobie sprawę z tego, jaka jest to muzyka i jaką ma ona publiczność. Jeśli gramy, dajmy na to, jakieś noise’y i drone’y, to możemy mieć pewność, że nie polecą one w komercyjnych stacjach, chociaż mogą obronić się w warunkach koncertowych.

Nie mam absolutnie nic do postawy takiej, jak nasza. Działamy zarobkowo robiąc inne rzeczy, utrzymujemy się z pracy na etat, a po godzinach nagrywamy muzykę. Wiadomo, że chciałbym tworzyć ją “full time” i nie martwić się tym, że nie mam co włożyć do garnka. Gdyby warunki były inne, pewnie byłbym w tym samym teamie, co Maciej Cieślak, to znaczy nie chciałbym pracy przy biurku, a bycie muzykiem byłoby całym moim życiem. Wówczas wydawałbym dwie płyty psa w ciągu roku, ale w tym momencie, kiedy pensja muzyka jest oparta o działalność koncertową, a mamy pandemię i koncertów nie ma, rezygnowanie z pracy uważam za skrajne marzycielstwo. To nierealne. Jestem raczej pragmatykiem i daleko mi do takiej postawy.

MM: Zdaję sobie sprawę z tego, że w tym kraju trudno jest muzykom niezależnym trzymać się na powierzchni i jestem z tym pogodzony. Wiem, że to, co robię z pasji, nie utrzyma mnie. Nie wsadzę tego do garnka, nie zapłacę tym za czynsz. To są rzeczy dodatkowe. Chciałbym – tak, jak Patryk – rzeczywistości, w której istnieje jakieś sensowne wsparcie. Na światowych showcase’ach jest ograniczona pula artystów, które można wysłać: jeden folkowy, drugi elektroniczny, trzeci dziwny. Rozumiem, że wszystko rozbija się o pieniądze, ale fajnie, aby był jakiś większy fundusz, by pokazać za granicą też inne zespoły, które niekoniecznie pasują do tego klucza. Chodzi mi o to, aby zauważyć, że rodzima alternatywa to też mniejsze nazwy, które pozbawione są szans.

PW: Doskonałym narzędziem pomocy dla mniej znanych twórców byłoby na przykład objęcie ich jakąś formą pomocy państwowej. Jest mnóstwo artystów, którzy z racji tego, jaką muzykę proponują, nie mogą uczynić z niej produktu komercyjnego. I nie ma w tym nic złego! Na tego typu propozycje też powinno być miejsce. Kraje Beneluksu robią to naprawdę dobrze.

W mediach też nie jest ciekawie. Mało jest tytułów, które zwrócą uwagę na te – jak to mówicie – mniejsze nazwy. Są fanpejdże, niezależne blogi i portale, ale to w sumie dość mała bańka.

MM: Problemem jest rozdrobnienie mediów. Dawno temu była taka platforma Musicspot, która pełniła funkcję swoistego agregatora treści. Pojawiały się tam teksty Afro, Marty Słomki, Kuby Ambrożewskiego, Maćka Lisieckiego, ale ten projekt szybko upadł. Brakuje mi właśnie takiego miejsca, gdzie treści, które tworzone są oddolnie, bez wsparcia dużego tytułu, byłyby zestawiane na równi z tymi, które mają wsparcie znanych marek medialnych.

PW: Dziennikarstwo muzyczne w Polsce leży i kwiczy. W tym sensie, że może z dziesięć osób żyje z pisania o muzyce. O muzyce ludzie nie czytają, bo co druga osoba powie ci, że “pisanie o muzyce jest jak tańczenie o architekturze”.

MM: “Gazeta Magnetofonowa” ukazywała się w nakładzie pięciu tysięcy egzemplarzy i według tego, co podał Press, gdy przestała się ukazywać, nakład sprzedawał się maksymalnie w połowie. Dwa i pół tysiąca osób, łącznie z tymi, które tam pisały, kupowało ten periodyk. Tyle osób chciało czytać o polskiej muzyce, a nie pojawiały się tam wyłącznie bardzo niszowe nazwy. To smutne.

PW: No ale spójrzmy na to z innej strony: ile można mieć w sobie pasji i zapału, aby w ramach czasu wolnego pisać o muzyce? Podziwiam bardzo ludzi, którzy to robią, którym się chce. Mnie się już odechciało, wolę w tym czasie nagrywać. Chciałem też powiedzieć kilka słów w kontekście tego, co robisz: wywiady też są potrzebne! Często ludzie, którzy robią muzykę, mają naprawdę dużo do powiedzenia.

No ale cały rynek jest łańcuchem współzależności. Kiedyś – boomer vibes – w takiej idealnej wersji, artysta docierał do dziennikarza i redakcja stanowiła pewnego rodzaju sito, które przesiewało materiały i zostawiało słuchaczowi to, co jest godne uwagi. Obecnie takie sito jest niepotrzebne, bo słuchacz ma dostęp do nieograniczonych wręcz zasobów. Nie ma on już potrzeby, by szukać czyichś rekomendacji, nad czym ubolewam.

MM: Recenzje często pełnią funkcję czysto informacyjną, wręcz kopiuj-wklej z materiałów prasowych. Ale jednak często bez tych informacji z press packa jest jeszcze gorzej. [śmiech] Fajnie czasem oddać głos artyście i dać mu możliwość dopowiedzenia czegoś, skonfrontowania się z odbiorem słuchaczy.

PW: Najchętniej zlikwidowałbym press packi. [śmiech] Bardzo mnie ciekawi to, co druga osoba w naszej muzyce słyszy; co potrafi o niej powiedzieć bez tej podkładki. Nie chcę obwiniać dziennikarzy o to, że rzadko konstruują swoje autorskie wypowiedzi, bo rzadko mają na to czas, tak działa rynek. Częściej robią to zajawkowicze działający non-profit. Fajnie jednak posłuchać o tym, co ktoś inny ma do powiedzenia na temat tego, co zrobiliśmy.

W takim razie: z jakim odbiorem spotkał się wasz debiutancki album? Pojawiły się jakieś zaskakujące was opinie?

MM: Zaskoczyły nas pojawiające się w kilku miejscach głosy o pokoleniowości tego materiału – jak na płytę nagraną po godzinach przez zespół dwudziestoparolatków, to chyba całkiem spoko reakcje.

PW: Mnie najbardziej wzruszyły właśnie komentarze mówiące o pewnej identyfikacji w sferze doświadczeń – z tym, o czym płyta opowiada, nie tylko pod względem tekstowym, ale i muzycznym. Poza tym, bardzo miło mi się zrobiło, gdy zobaczyłem nas w rankingu Sanki Gazety Wyborczej obok Young Leosi. Niby jesteśmy z tak różnych światów, a spotkaliśmy się w tym zestawieniu – fajne poczucie groteski. No i jak ktoś mówi, że “kwity się zgadzają”, to czuć dumę.

Dziękuję za rozmowę!







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy