Wpisz i kliknij enter

John Avery – Club Of No Regrets

W tym roku wytwórnia Forced Nostalgia wydała niepublikowany dotąd materiał Johna Avery’ego w postaci albumu „Club Of No Regrets”. Upłynęło już ponad 20 lat od momentu zarejestrowania nagrań z tej płyty. 

Ostatnio w cyklu „Rewind” pisałem o składance szkockiego duetu Vazz, odrestaurowanej przez oficynę Forced Nostalgia. Dziś znowu będziemy odkrywać muzykę z Wysp Brytyjskich.

John Avery, to brytyjski kompozytor tworzący muzykę elektroniczną, niewdzięczną do opisywania i często wymykającą się wszelkim klasyfikacjom. Od lat Avery jest mocno związany z grupą teatralną Forced Entertainment. W latach 1980 – 1990 był też basistą zespołu Hula z Sheffield. Podobno zespół na żywo wypadał ekscytująco. W latach 80. Hula zagrał na Wembley przed Depeche Mode.

Powyżej nagranie „Big Car (Both Ways)” z płyty „1000 Hours” (Red Rhino Records, 1986)

Pierwszy solowy materiał John Avery wypuścił w 1985 roku i był to album „Nighthawks” (Final Image). Poniżej jeden z fragmentów „And never let go”, gdzie zachował się oryginalny klip, nagrany na 16-milimetrowej taśmie.

Rok później wydał longplay „Jessica In The Room Of Lights” (Technical Records, 1986), który w 2012 doczekał się reedycji nakładem Forced Nostalgia. Następnie Avery opublikował kilka solowych płyt, w tym kasetę „Welcome To Dreamland”.

John Avery

Głównym bohaterem tego wpisu jest album „Club Of No Regrets”, oryginalnie materiał został zarejestrowany w 1993 roku na potrzeby spektaklu teatralnego. Oficjalna premiera płyty odbyła się dopiero w lipcu tego roku. Teraz jest dobry moment, aby spojrzeć na utwory Avery’ego z perspektywy dwóch dekad.

Pierwszoplanowymi składnikami jego nagrań na „Club Of No Regrets” są syntezatory (Avery używa Casio FZ-1 i CZ-101), organy Hammonda i brzmienia fortepianu w zdeformowanej postaci, z mocnym akcentem muzyki industrialnej czy noise, przechodzącej w różnobarwne i nieoczywiste układy harmoniczne z naleciałościami muzyki etnicznej.

I tak pierwsze sekundy z utworu „Didjinoid” wbijają się mocno w pamięć syntezatorową frazą, gdzie melodia jest niczym wyrwana od Aborygenów i przepuszczona przez industarolno-dubową wizję Brytyjczyka. Z kolei nagranie „Itomé” można by zestawić z najciekawszymi kompozycjami Vangelisa, tylko w warstwie syntezatorowej, bo Avery idzie o kilka kroków dalej niż grecki kompozytor. Majestatyczne Hammondy odzywają się w „Prayers”, w połączeniu z delikatnym field recordingiem. Ten fragment, nie wiem dlaczego, kojarzy mi się ze spokojną i wolną wersją Terry’ego Rileya.

Jedna z najbardziej imponujących kompozycji to „Wahuul”, po trosze przypominająca utwór „Didjinoid”, a z drugiej strony – posiadająca niezwykle świeżo brzmiącą warstwę mrocznej i ciężkiej elektroniki, ale jak przyjemnej. Utwory „Dolls House” i „Aurobolis” są wyraźnym sygnałem, że wtedy jeszcze artysta miał w pamięci lata 80.

Podstawową część płyty zamyka fragment „Chairs Piano”, z kroczącą rytmicznie partią fortepianu. Na koniec wydawca dorzucił dwa bonusy, pochodzące z roku 1990. Jedno z tych nagrań „Smalley” mogłoby być częścią ścieżki do filmu SF z lat 50., w wykonaniu Louisa i Bebe Baronów, czy być zapomnianym fragmentem włoskiego zespołu Gruppo NPS.

John Avery wielkiej rewolucji w muzyce nie zrobił, lecz gdy zajrzyjmy w jego dyskografię, wyraźnie słychać, że po latach jego muzyka jest co najmniej interesująca. A upływ czas pokazał, że nie jest przebrzmiałym kiczem. Doskonale sprawdza się też muzyka grupy Hula, w której grał przez wiele lat Avery. Warto zapamiętać nazwisko tego artysty, szperając w historii muzyki brytyjskiej, bo jest ważnym, choć zapomnianym ogniwem, którego muzyczna historia nie musi się skończyć 20 lub 30 lat temu.

1993/20.07.2013 | Forced Nostalgia

Forced Nostalgia »
Profil na Facebooku »
Słuchaj na Soundcloud »
Profil na BandCamp »







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Inline Feedbacks
View all comments
sa
sa
7 lat temu

Dzieki YT można poznac nowe zespoły, w komunie takich możliwości nie było.

Polecamy