Wpisz i kliknij enter

Roly Porter – Life Cycle Of A Massive Star

Drugi album studyjny byłego członka duetu Vex’d nie rozczarowuje – ale jednocześnie zwiastuje nieubłagane zbliżające się wyczerpanie wybranej przezeń estetyki.

W ciągu dwóch lat od rozpoczęcia solowej działalności, brytyjski producent zabłysnął fascynującym debiutem „Aftertime”, a potem intrygującymi występami z muzykami klasycznymi, z których najciekawszy został utrwalony na płycie z udziałem Cynthii Millar – „Fall Back – Live at Alderbugh”. W końcu przyszedł jednak czas na drugi album studyjny – i podobnie jak ten pierwszy, „Life Cycle Of A Massive Star” ukazał się nakładem prowadzonej przez duet Emptyset wytwórni Subtext.

Zgodnie z tytułem, tym razem Porter sięgnął po kosmiczną tematykę – i postanowił nam opowiedzieć o narodzinach i śmierci gwiazdy. Jak to wygląda w przełożeniu na dźwięki? „Cloud” ma najbardziej przejmujący charakter z wszystkich kompozycji – bo utwór tworzą  rozedrgane klawisze powoli zamieniające się w podniosły chór o wręcz anielskiej podniosłości. Angielski producent przekreśla ten nastrój jednym posunięciem w następnej kompozycji. „Gravity” konstytuują bowiem zawodzące przestery o narastającym natężeniu. Kiedy dochodzi do kulminacji – uderza fala zaszumionego noise’u, zza której wylania się majestatyczna partia syntetycznych smyczków.

„Birth” zgodnie z oczekiwaniami otwiera gwałtowna eksplozja – a po niej rozbrzmiewa operowa wokaliza podszyta przeciągłymi dźwiękami o orkiestrowym tonie i wolno kroczącym pochodem pulsującego basu. Z kosmicznych efektów wyłania się z czasem „Sequence” – najmroczniejszy z mrocznych dark ambient, spleciony jedynie ze zbasowanych sekwencji klawiszowych. Finałowy „Giant” wprowadzają tektoniczne bity pogłębione dubowymi pogłosami – i choć początkowo słychać smyczkowe tony, po chwili rozpraszają je dzikie eksplozje elektryczności, zamieniające się powoli w wolno płynące drony.

Choć kosmiczna tematyka narzuca epicką formę wypowiedzi, Porter zmieścił swą opowieść w zaledwie 36 minutach trwania płyty. I dobrze – pięć znajdujących się na niej kompozycji zostało stworzonych z dźwięków, które słyszeliśmy już na niejednym albumie tego rodzaju, choćby nawet na pamiętnym debiucie angielskiego twórcy. Tutaj, brzmienia te, dzięki temu, że są zwarte i skondensowane, ciągle robią duże wrażenie.

Przesłuchaniu płyty towarzyszy jednak nieodparte wrażenie, że eksperymenty z dronami i neoklasyką wydają się być już na wyczerpaniu. Oczywiście, można łączyć te dźwięki w nieskończoność, ale będzie to już tylko powtarzaniem wcześniej wykorzystanych chwytów. Taki jest los radykalnych estetyk – stosowane w ich ramach środki artystyczne, ze względu na swą mocną ekspresję, zużywają się znacznie szybciej niż środki artystyczne składające się na bardziej powściągliwe gatunki. Do podobnych wniosków skłaniały również występy dronowych artystów na tegorocznym Unsoundzie – z których koncert Roly’ego Portera i Sinfonietty Cracovii był jednym z najbardziej konwencjonalnych momentów.

Subtext 2013

www.subtextrecordings.net

www.facebook.com/subtextrecordings

www.rolyporter.com

www.facebook.com/pages/Roly-Porter







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Inline Feedbacks
View all comments
dadaista
dadaista
7 lat temu

Ten materiał mnie zmiażdżył niczym ciśnienie gwiazdę neutronową w chwili jej ostatecznego przeobrażenia. Wyraźnie słychać, że to dzieło wyszło spod palców Roly Portera, bo bez trudu każde ucho wychwyci charakterystyczne dla tego muzyka brzmienie, słyszane już na jego poprzednim albumie. Ale słychać też, że od czasu debiutanckiego „Aftertime” Porter poszedł dalej, że szuka, że eksperymentuje. I z jakim skutkiem! „Life Cycle Of A Massive Star” to genialna ścieżka dźwiękowa do zjawiska, które wyjawia tytuł: do narodzin, życia i śmierci masywnej gwiazdy. Słuchając tego krążka w głowie samoczynnie wizualizowały mi się wszystkie te etapy, tak obrazowa jest ta muzyka. Widziałem zagęszczanie się obłoku wodoru, widziałem rozpalenie termojądrowego płomienia, widziałem kolejne etapy jej ewolucji, kolejne sekwencje zmian. A wszystko to przyspieszone milion razy, tak, by zwykły śmiertelnik, istniejący świadomie tylko przez mgnienie oka, mógł być świadkiem tego procesu. Dla mnie to murowany kandydat na płytę roku.

Polecamy