Wpisz i kliknij enter

Giorgio Moroder – Déjà Vu

Miałeś, Giorgio, złoty róg. Ostała ci się ino piszczałka.

Instytucja, ikona, innowator, legenda. Synonimy podobnych komunałów można mnożyć. Morodera w taki czy inny sposób słyszeli chyba wszyscy, świadomie lub nie. Kim jest Moroder wiedzą ci, którzy może i nawet urodzili się w nocy, ale nie była to noc wczorajsza. Ci, którzy długo nie mieli pojęcia kim jest ten wąsaty jegomość z okładek winyli na giełdowym straganie („Nie, synku, to nie jest Krzysztof Krawczyk”), dowiedzieli się dzięki duetowi Daft Punk, który oddał mu hołd na bestsellerowej płycie Random Access Memories, przyczyniając się do renesansu Morodera. Tych, którym nadal niewiele to mówi, odsyłam do tak zwanych źródeł. Mówiąc krótko, włoski producent, kompozytor, instrumentalista i (od niedawna) didżej to człowiek, którego stawia się w jednym rzędzie z Kraftwerk – tyle zrobił dla muzyki jako takiej. Ale na Déjà Vu – jego pierwszej od ponad 20 lat płycie – ledwo to słychać.

https://www.youtube.com/watch?v=QzUb86iCSYw

Nieuchronny wynik udupienia w ikonę to między innymi niedorzeczne oczekiwania. Giorgio Moroder postanowił sprostać im w najgorszy z możliwych sposobów: całkowicie, bezpiecznie i zachowawczo. No cóż, twarde prawa rynku ery turbokapitalizmu, fortuna kałem się tuczy i tak dalej. Populizm nie byłby jeszcze najgorszy, to się czasem zdarza z dobrym rezultatem, vide Bowie i elegancki pop na płycie Let’s Dance (w nagrywaniu której Moroder zresztą maczał palce). Nic jednak nie jest w stanie przygotować na zawartość Déjà Vu. To nie są tylko kiepskie kompozycje; to generyczna, plastikowa papka, której nie da się słuchać dłużej, niż kilka sekund. Nie pomógł udział gości – m.in. Britney Spears w niedorzecznej przeróbce Tom’s Diner Suzanne Vegi, Kylie Minogue i Kelis, której wokal w Back and Forth stanowi jeden z nielicznych jasnych punktów tej męczącej, ale i bardzo zasmucającej płyty. O Déjà Vu chce się jak najszybciej zapomnieć i nie mieć żadnych deja vu z nią związanych.

Zatrważająca większość materiału na albumie jest – piszę to z całą wagą i powagą tego stwierdzenia – nie do odróżnienia od playlisty densowej sieczki jednej z czołowych krajowych rozgłośni radiowych. Wychodzi na to, że Moroderowi znowu udało się zabrzmieć „współcześnie” i „przebojowo” – a mowa tu o 75-letnim twórcy aktywnym od połowy lat 60. ubiegłego wieku! – zaś wszyscy wiedzą, jak brzmią dzisiejsze hity z satelity, między innymi dzięki owej wszędobylskiej stacji radiowej. Może więc tam powinna trafić najnowsza płyta Morodera, o ile jeszcze tak się nie stało. Będzie „przebojowo”, pojawi się okazja do użycia słowa „legenda”, przywoła się Donnę Summer (no bo przecież nie Bowiego ani Blondie). Nie musiało być „innowacyjnie”, wystarczy, że byłoby przyzwoicie. To nie wina Morodera, że czasy są takie, a nie inne. Ale czy musiał dokładać do tego swoją cegłę?

RCA | 2015







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Inline Feedbacks
View all comments
pe
pe
4 lat temu

Mogłeś poczekać jeszcze z pół roku z tą recenzją.

Poza tym niezrozumiały jest dla mnie dydaktyczny ton „odsyłam do tak zwanych źródeł”. Abstrahując od tego, czy słuszne jest stawianie tej płyty nawet w dalekim sąsiedztwie nowej muzyki, naprawdę sądzisz, że ktokolwiek z jeszcze odwiedzających tę stronę może nie wiedzieć, kim jest Moroder?

Polecamy