Fabrizio Rat – Shades Of Blue
Paweł Gzyl:

Modularna polifonia.

Long Arm – Silent Opera
Jarek Szczęsny:

Trip-hop nigdzie nie odszedł.

Jeff Parker & The New Breed – Suite For Max Brown
Łukasz Komła:

Projekcja magicznych obrazów.

Various Artists – Air Texture Vol. VII
Paweł Gzyl:

Rrose i Silent Servant serwują ambient? Niemożliwe!

Siavash Amini & Saåad – All Lanes Of Lilac Evening
Jarek Szczęsny:

Bez szwów.

Villaelvin – Headroof
Jarek Szczęsny:

Tylko bardziej.

Juno – Young Star
Jarek Szczęsny:

Infiltracja jazzu.

Lonker See – Hamza
Jarek Szczęsny:

Zawsze krok przed nami.

Men With Secrets – Psycho Romance And Other Spooky Ballads
Paweł Gzyl:

Erudycyjne ćwiczenie z ejtisowego electro.

Riverrun – The Same Silent Hill
Przemysław Solski:

Muzyka z krajobrazu.

Yogtze – Yogtze
Jarek Szczęsny:

Będzie filmowo.

Wacław Zimpel – Massive Oscillations
Jarek Szczęsny:

Letarg duchowy.

Hula – Shadowland
Paweł Gzyl:

Jak ambient przenikał industrial.

Nicolas Godin – Concrete and Glass
Mateusz Piżyński:

Elektroniczny aksamit, który już dobrze znamy.



John Roberts – Plum

Plum – i nic.

Wydany pięć lat temu debiutancki album Johna Robertsa do dziś pozostaje jednym z niedoścignionych przykładów na to, jak można zamienić acid house na muzykę subtelną i nostalgiczną. Nic więc dziwnego, że „Glass Eights” otworzył amerykańskiemu producentowi drogę do wielkiej kariery. Wydany jednak również przez wytwórnie Dial trzy lata później „Fences” zaskakiwał nieoczekiwanym zwrotem artysty w stronę równie onirycznych brzmień, ale wpisanych w formułę przybierającej wtedy na sile bass music.

Po tych dwóch krążkach Roberts rozstał się ze swymi chlebodawcami z hamburskiej wytwórni. Założył wtedy własną oficynę – Brunette Editions – która jak zapowiedział, będzie wydawała nie tylko płyty, ale też książki czy grafikę. Na pierwszy ogień poszła jednak muzyka – dwa single samego właściciela, które balansowały między house’m a breakbeatem, nie dając do końca odpowiedzi o dalszy rozwój stylistyki amerykańskiego twórcy. Przynosi ją właściwie dopiero jego trzeci album, zbierający nagrania, które powstały w ciągu dwóch ostatnich lat w Los Angeles, Nowym Jorku i Berlinie.

Jak na zbiór podsumowujący tak długi okres czasu, jest to wyjątkowo skromny zestaw. Całość trwającą niewiele ponad pół godziny, wypełnia osiem nagrań, które właściwie mają charakter kruchych miniatur. Tym razem Roberts koncentruje się na pastelowej odmianie IDM-u. Większość kompozycji wypełniają sprężyste bity i ćwierkające klawisze, które rozświetla egzotyczna melodyka („Fumes”, „Dye Tones” czy „Clorine”). W innych utworach Amerykanin też nie oddala się zbyt daleko od tej estetyki, sięgając po bliźniacze electro („Six”) lub breakbeat („Wade”).

Niby to koronkowa robota – bo choć nagrania są krótkie, mienią się różnymi barami, ale tak naprawdę „Plum” sprawia wrażenie ulotnej błahostki. Można zrozumieć, że Roberts nie chce się bawić w nagrywanie drugiego „Glass Eight”, ale ucieczka przed powielaniem samego siebie jak na razie nie zaprowadziła artysty w jakieś ciekawsze rejony. Nagrał właśnie swój trzeci album – i niestety najsłabszy w dotychczasowej dyskografii. Trochę szkoda, bo wygląda na to, że goniąc za nowym, Amerykanin rozmienia swój talent na drobne.

Brunette Editions 2016

www.johnrobert.net

 


Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

Comments are closed.