Wpisz i kliknij enter

Nils Frahm – All Melody

Zbuduj studio, nagraj płytę.

Nils Frahm poświęcił ostatnie dwa lata swojego życia na zbudowanie nowego studia w Berlinie. Efekt jego pracy okazał się na tyle istotny, że postanowił umieścić jego zdjęcie na okładce płyty. Z resztą można też odbyć wirtualną podróż po tym studio, oglądając album trailer. W tym dwuminutowym klipie łatwo dostrzec perfekcjonizm twórcy. Jego dbałość o detal, przywiązanie do jakości oraz umiłowanie piękna. Plątanina kabli i rozmaitej elektroniki sąsiaduje z klasycznym fortepianem. Majestatycznie zaprezentowany szereg syntezatorów, w tym syntezator mooga. W innym klipie można zauważyć też Juno-60. Mógłbym sobie snuć tę opowieść o instrumentach i wystroju wnętrza w nieskończoność, ale zastanawiam się kiedy Frahm znalazł czas na skomponowanie tak okazałego albumu.

Tytuł „All Melody” zdradza wszystko. Całość zasadza się na melodiach, które mają brzmieć, każda w odrębny sposób. Napocił się Frahm przy pracy nad brzmieniem każdej z nich. Potrafi skupić się na minimalistycznej formie, nadać utworowi rozmachu lub dynamiki, a we wszystkim jest jeszcze miejsce na oddech. Imponujące muzyczne tekstury nie grzęzną w udoskonalonej produkcji. Twórca podkreśla analogowe brzmienie. Ambitne zamiary zostały potwierdzone zawartością krążka. „All Melody” został też wyposażony w duchowy pierwiastek. Jest nim udział londyńskiego chóru Shards, który usłyszeć można już w pierwszym utworze.

Swoją obecność bardziej zaznacza w „A Place” odznaczającym się ciekawie zaprogramowanym automatem perkusyjnym. W „Human Range” elektronika celowo została zniwelowana do minimum. Jego okazałość powoduje subtelny dialog między wiolonczelą i marimbą, z wyraźnym akcentem trąbki, na której zagrał Richard Koch. „Kaleidoscope” przynosi najciekawszy, ambientowy moment na płycie. Majestatyczny dźwięk przyciąga uwagę słuchacza od pierwszego kontaktu. Później skupienie przerywa seria arpeggiów, ale nastrój pozwalający pomedytować nie ucieka. Docenienie tej płyty do łatwych zadań nie należy. Trwa ona prawie 74 minuty, a ilość pomysłów oraz urozmaiceń jest przytłaczająca, a krótkimi chwilami nawet lekko nużąca.

Najdłuższe formy wypadają Frahmowi najlepiej. Wzmiankowany wyżej „Kaleidoscope” trwa ponad osiem minut, ale na „All Melody” są dłuższe utwory. Już na początku trafia się olśniewający „Sunson”.  Wciągające, minimalistyczne repetycje oraz organy piszczałkowe wchodzą w rytmikę techno, ale wydelikaconą. Środkową część albumu wypełniają dwie kompozycje: tytułowa i „#2”. Obie napędzane rytmem oraz kosmicznym uniesieniem. To są chwile, gdzie w ten sterylny świat wkrada się więcej nieokiełznania. Nils Frahm daje się też poznać w roli pianisty w „My Friend the Forest”. Album może przytłoczyć swoim barokowym rozmachem. Mamy tu styk muzyki elektronicznej, klasycznej, dubowej, techno i sakralnej, ale żadne z tych określeń nie wypełni szczelnie definicji czym ta płyta jest. Mnie kojarzy się z dojrzałością. Pomimo kilku dłużyzn i mielizn „All Melody” broni się jako realizacja nieprzystających do siebie nurtów muzycznych, skanalizowanie siły twórczej w wyrąbywanie nowych idei. Nie jest to płyta dla wszystkich, pomimo ładnej okładki i gładkiego brzmienia.

Erased Tapes | 2018

Strona Nilsa Frahma

Bandcamp

FB







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Qba
Qba
2 lat temu

właśnie natrafiłem na tego wykonawce za sprawką logarytmu SPTIFY.
powiem że jestem pod wielkim wrażeniem, i jak autor tekstu wspomniał. Bardzo dojrzałą ta muzyka.

e'M
e'M
2 lat temu

Bardzo klimatycznie wyszło. Super.

Dzięki za informację o wydawnictwie.

Polecamy