Sarathy Korwar – More Arriving
Jarek Szczęsny:

Muzyka migracji.

Sandro Perri – Soft Landing
Jarek Szczęsny:

Chłód melodii.

Rhys Fulber – Ostalgia
Paweł Gzyl:

„I’m living in the 80s”

IRAH – Diamond Grid
Przemysław Solski:

Siatka utkana z ciekawości.

Strycharski Kacperczyk Szpura – I love you SDSS
Jarek Szczęsny:

Oglądanie nerwów.

!!! (Chk Chk Chk) – Wallop
Mateusz Piżyński:

Ciężkość punka z lekkością funka.

cover
Barker – Utility
Paweł Gzyl:

Transhumanistyczne przyjemności.

Monya – Straight Ahead
Paweł Gzyl:

Industrialne techno o pozytywnej energii.

Wojciech Golczewski – The Priests Of Hiroshima
Jarek Szczęsny:

Ścieżka dźwiękowa dla ery atomowej.

Múm – Yesterday Was Dramatic – Today Is OK
Paweł Gzyl:

Klasyk emotroniki.

Hildur Guðnadóttir – Chernobyl (OST)
Jarek Szczęsny:

Wyobrazić sobie niewyobrażalne.

Pruski – Black Birds
Jarek Szczęsny:

Wyszlifowany onyks.

Jaromir Kamiński, Rafał Warszawski, Palms Palms, Break Janek
Ania Pietrzak:

Beats & breaks idealne na koniec wakacji…

Lech Nienartowicz – Wrażenia i Mechanizmy
Jarek Szczęsny:

Pierwsze wrażenie.



Tim Hecker – Konoyo

Wkurz przemądrzałego realistę.

W październikowym numerze miesięcznika „Pismo.” znaleźć można interesujący wywiad z profesorem Rochem Sulimą, którego udzielił Rafałowi Księżykowi („Niskie style” zabawna sprawa, że tytuł w wersji papierowej różni się od tego w internecie, ale treść ta sama). Otóż padają w nim takie słowa z ust profesorskich: „Człowiek musi koordynować swoje działania, odnajdywać ich spójność, ich sens. Otaczająca nas dziś hiperrzeczywistość nie wymyśliła zasadniczo innych sposobów spania, jedzenia, wydalania, umierania, dochodzenia do pełnoletności czy korzystania z biologiczno-kulturowych skutków przyjęcia postawy pionowej, która zapewne w dużym stopniu odpowiada za nasze uczłowieczenie i uspołecznienie.”. Podobnie mam z najnowszym krążkiem Tima Heckera, z którego aż kipi nadmiar ambicji, aby zdeformować naszą rzeczywistość, ale efektów tego nijak nie można odczuć.

Kanadyjczyk pojechał, aż na dwór cesarski do Japonii, aby zarejestrować grę tradycyjnego zespołu gagaku. Konkretnie była to świątynia w Tokio, ale muzyka należy do tych granych od wieków. Pomysł dobry, jak to u Heckera, ale z realizacją gorzej. Bo jego lub też nieżyjącego Jóhanna Jóhannssona, który tę myśl u kolegi zaszczepił, koncepcja nie wyszła najlepiej. „Konoyo” nie jest zbiorem tradycyjnych dźwięków japońskich, a efektem ich przetworzenia i dozbrojenia przez elektroniczne wsporniki. Hecker rozwodnił niepotrzebnie niektóre utwory jak „A sodium codec haze”.

Naprawdę nieźle się płyta zaczyna. „This life” brzmi niczym ostrzeżenie przed bombardowaniem. Wprowadza dezorientujące przekształcenia i wprawia cały swój mechanizm w swoiste dryfowanie. Z tym dryfowaniem to akurat dobre porównanie, gdyż w „Konoyo” brakuje mi szczególnie puent oraz tak potrzebnych zagęszczeń. Podoba mi się „Keyed out”, który zawiera w sobie surowiznę Bena Frosta, ale jest przedobrzony przez swój czas trwania. Natomiast kompletnie nie przekonuje mnie „In Death Valley”.

Dobrze wypada zakończenie w postaci „Across to Anoyo”. Pomimo piętnastu minut trwania utrzymuje uwagę słuchacza na sobie. Dramatyczne zwroty są dobrze osadzone, Hecker potwierdza, że umie robić muzykę i choć czuć w tym zbyt duże dążenie do wielkości, ale w końcowym rozrachunku to nie przeszkadza żeby odczuwać satysfakcję. Zmierzając ku końcowi napiszę, że „Konoyo” to płyta średnia i może jestem przemądrzałym realistą, ale na mnie to nie działa zupełnie. Doceniam maestrię, próbę utkania delikatnego piękna, ale razi miejscami kiełkujący banał i kilka chwil nieznośnej i nudnej dłużyzny. Może o to Heckerowi chodziło, aby podrażnić takich jak ja, dając prztyczka w nos, przeszkadzając niczym mucha w dobrym samopoczuciu. Cóż, udało się.

Kranky | 2018

Bandcamp
FB

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze