Phillip Sollman – Monophonie
Paweł Gzyl:

Muzyczna maszyneria.

Vladislav Delay & Sly Dunbar & Robbie Shakespeare – 500-Push-Up
Paweł Gzyl:

„Rakka” uzupełniona o dubowy puls.

Zguba – Pomór
Jarek Szczęsny:

Nieustający marsz kostuchy.

Richu M – House Of The Vaporising Sun
Bartek Woynicz:

Ten tytuł mówi wszystko.

Maenad Veyl – Reassessment
Paweł Gzyl:

Muzyka z sali operacyjnej.

Flaner Klespoza – Wędrówka po lesie, w którym mieszkają bogowie i rosną wszechświaty
Jarek Szczęsny:

Spójna opowieść.

The Advent – Life Cycles
Paweł Gzyl:

Futurystyczne electro w oldskulowym stylu.

Field Works – Ultrasonic
Jarek Szczęsny:

Nietoperze jako podstawa twórcza.

Apparat – Capri-Revolution (Soundtrack)
Mateusz Piżyński:

Pierwsza odsłona serii muzyki filmowej Saschy Ringa.

Grischa Lichtenberger – KAMILHAN; il y a péril en la demeure
Paweł Gzyl:

Chrzęszczące ballady.

KeiyaA – Forever Ya Girl
Jarek Szczęsny:

Niepasujące do siebie puzzle.

Atom™ & Jacek Sienkiewicz – Stal
Jarek Szczęsny:

Gotujące się chemikalia.

Kush K – Lotophagi
Łukasz Komła:

Zjadacze lotosu.

Wodorosty – Natura ślepca
Jarek Szczęsny:

Wychłodzona nieustępliwość.



Everything Is Recorded, CocoRosie oraz Ghostpoet

Niedopracowane.

Niespecjalny zbieg okoliczności. Głównie zajmują mnie płyty, które mają w sobie pokłady artystycznej wyjątkowości o natężeniu zmuszającym do dzielenia się z nimi. Jednak dziś zajmę się płytami, z którymi wiązałem spore nadzieje, ale w konsekwencji okazały się niesatysfakcjonujące jako całość, ale ciekawe we fragmentach. Krótko mówiąc są niedopracowane.

Everything Is Recorded mieliśmy już okazję wysłuchać w 2018 r. Mózgiem operacyjnym jest Richard Russell, czyli szef wytwórni XL Recordings. Zasada z pierwszej płyty została zachowana, tj. szef tworzy muzykę, brzmienie i otacza się tabunem gości, z których można wymienić choćby Marię Somerville, Ghostface Killah oraz jego syna Infinite Coles. Album nosi tytuł „Friday Forever” i nosi wyraźny, zabawowy charakter, którego nie jest w stanie udźwignąć przez cały czas trwania. Jest przeładowany, przedobrzony i zbytnio przekształcony. Duże różnice stylistyczne między utworami wprowadzają zamęt i traci na tym spójność płyty, jak choćby między hiphopowym „Caviar” a elektronicznie rozmazanym „That Sky”. W dodatku trafiają się utwory takie jak „The Night” z chwytliwym potencjałem, ale dość przeciętnym pomysłem. Obowiązkowe miejsce ballady zapełnia „Dream I Never Had” wypadający zaskakująco nudno. Podobnie zresztą jak pompatyczny „This World”.  Dobre wrażenie pozostawia „Pretending Nothings Wrong” z samplem z Tangerine Dream i Lamonta Doziera. W roli wokalisty występuje Kean Kavanagh i jest to najjaśniejszy punkt na tej, jakże słabej płycie.

Everything Is Recorded – Friday Forever | XL Recordings 2020
Bandcamp
FB XL

Oczekiwania względem najnowszej, wydanej po pięciu latach, płyty CocoRosie miałem spore. Po pierwsze – lubię ten zespół, po drugie – po dłuższej przerwie człowiek raczej pamięta rzeczy lepsze związane z danych wykonawcą, niż to co zaczęło mu przeszkadzać w słuchaniu. Więc z bagażem optymizmu przysiadłem do “Put the Shine On”. Sierra i Bianca Casady uwodziły swoją dziwnością, czy to pod kątem wizerunku, czy muzycznych ozdób już od „La Maison de Mon Rêve”. Niestety na przestrzeni lat ich znak rozpoznawczy przeobraził się w manierę. Niestety najnowszy krążek nie przynosi znaczącej odmiany w tym zakresie. W sumie otrzymujemy dwanaście utworów, z których większość jest tworzona według tej samej zasady, czyli stworzenie ładnej melodii i obleczenie ją w wykrzywione dźwięki. Nic z tego nie zaskakuje, ani nie wprowadza niczego nowego do ich twórczości. Więc mamy przerabianie rodzinnych traum, nachalny biblijny symbolizm i pozorowaną naiwność. Jako najciekawszą piosenkę wybrałbym „Burning Down the House”. Przejrzysta struktura, nieco dubowy klimat robią robotę. Resztę bym odpuścił.

CocoRosie – Put the Shine On | Marathon Artists
Spotify
FB
FB Marathon Artists

Jako ostatnia w zostawaniu pojawia się płyta najlepsza, co nie znaczy, że dopracowana do końca. Ghostpoet, czyli Obaro Ejimiwe uraczył nas kolejną płytą scalającą jego wizerunek poety, który najlepiej czuje się w ulicznych zakamarkach miasta i ma dla nas nowe przemyślenia, którymi chce się podzielić w swoim, niepodrabialnym stylu. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że lirycznie dopracowany „I Grow Tired But Dare Not Fall Asleep” nie zapewnia równorzędnego poziomu, jeśli idzie o muzykę. Z przyjemnością powitałem kobiece, wokalne kontrapunkty przebijające się wyraźnie na albumie. Jako niezaprzeczalny atut krążka należy wymienić ciągły i stały stan niepokoju, który wywołuje muzyka. Szczególnie w „Black Dog Got Silver Eyes”. Słychać, że Ghostpoet nie zatracił swojego daru obserwacji czego dowodzi oszczędna w treści piosenka o codziennej nienawiści „This Train Wreck Of A Life”. Zwróciłbym również uwagę na ciekawie zrywający się „Rats In A Sack”. Wydaje mi się on symptomatyczny dla całej płyty, które kryje w sobie sporo niewykorzystanych emocji i zbyt prostych recept muzycznych. Mógł artysta dać upust bardziej gniewny i radykalny, jak czyni to scena jazzowa, również brytyjska. A tak pozostajemy z płytą, której skojarzenia z twórczością Tricky`ego będą przeszkadzać w odbiorze takim typom jak ja, którzy dodadzą jeszcze, że utwór „Humana Second Hand” jest niepotrzebny.

Ghostpoet – I Grow Tired But Dare Not Fall Asleep | Play It Again Sam
Spotify
FB
FB PIAS

 


Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze