Wpisz i kliknij enter

KMRU – Peel

Namacalna gęstość.

Dwoje ludzi siedzi na brzegu morza, a być może innego zbiornika wodnego. Kobieta i mężczyzna, a za nimi stoi plastikowe krzesło. Zdjęcie wykonane zostało w nocy, ale szczegóły umykają cyfrowej dokładności, gdyż fotografia jest niewyraźna, ziarnista. W prawym górnym rogu majaczą światła horyzontu (chyba). Wiemy, że autorką zdjęcia jest Claudia Mock. Wiemy również, że bije z niego spokój. Wiemy również, że zdobi okładkę albumu „Peel” nagranego przez KMRU.

Właściwie przez Josepha Kamaru wywodzącego się Kenii, który debiutuje niniejszą płytą w Editions Mego. Zawartość albumu stanowi minimalistyczny ambient, który został pozbawiony jakiejkolwiek zrywności, krzykliwości czy zaskakujących zwrotów akcji. Ambient, którego motywem przewodnim powinna być cisza. Są również wplecione w niego nagrania terenowe jak w powolnym „Well”. Nawet nie chodzi o jakieś fizyczne pulsowanie muzyki, choć też występuje na płycie, raczej bliższy bym był posłużeniu się określeniem o namacalnej gęstości faktur.

Kamaru doskonale opanował swoje rzemiosło i z niespiesznością postępującej erozji maluje swoje krajobrazu w sposób delikatny, ale konsekwentny („Solace”). Jedna miara tempa przypada na każdy utwór, ale to wcale nie pozbawia utworów głębi. Na pewno „Klang” nie zostanie przeoczony, gdyż w nim odciska się najbardziej eksperymentalny charakter, ale już „Insubstantial” rozpływa się w bezkształcie. Nie chodzi nawet o konkretną formę, czy styl muzyczny, a o odczucia, które ta muzyka wywołuje. Raz subtelne, na granicy szeptu, a chwilę potem rozwibrowane, z niemal orkiestrowym rozpostarciem („Peel”). Triumf miesza się ze smutkiem.

Siedemdziesiąt pięć minut muzyki, która nie przytłacza, ani nie oszołamia. A jednak wciąga. Nie daje zepchnąć się na boczny tor, a nawet może być źródłem obsesji. Jak na przykład otwierający utwór „Why Are You Here”. Zresztą już tytuł każe skonfrontować się z własnymi myślami. Muzycznie natomiast jest to piętnastominutowe dryfowanie w zapętlonych, introwertycznych zakamarkach muzyki elektronicznej. Coś jakbyśmy trafili na koniec płyty analogowej, a igła gramofonu zamiast kończyć swój bieg poszła dalej, otwierając płynne pokłady nieskończonej melodii. Wymaga skupienia, a w zamian oferuje spokój.

Editions Mego | 2020
Bandcamp
FB
FB Editions Mego







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Inline Feedbacks
View all comments
tosca
tosca
1 miesiąc temu

Wysokie dźwięki na masywnym tle, czasem chropowate i hałaśliwe, a jednak całość dziwnie spokojna.
Album z lipca (niestety tylko wersja cyfrowa), a tu niespodzianka: w sierpniu ukazała się winylowa płyta „opaquer”.

Polecamy