Wpisz i kliknij enter

Nie udało się

Dziesięć płyt.

Jak powrócić do swojego ulubionego cyklu mini-recenzji? Z pompą, oczywiście! Dawno nic nie pisałem do w cyklu „Krótko”, a płyt do opisania nie brakowało. Jako, że nie jestem największym fanem pisania opinii krytycznych, więc postanowiłem połączyć je w jeden, dłuższy tekst oraz nie rozpisywać się nadmiernie o żadnej z nich. Przed wami dziesięć nie bardzo udanych płyt z ostatnich kilku miesięcy.

W maju Amon Tobin postanowił uraczyć nas swoją nową płytą, którą wydał pod nazwą Two Fingers. Album już w swym tytule nastraja bojowo – „Fight! Fight! Fight!” (Nomak, 2020). Zaczyna się też szalenie dynamicznie od utworu tytułowego. Szorstki drum & bass towarzyszy nam praktycznie w każdym momencie albumu. Jego szybkie tempo niestety wypala za szybko potencjał płyty, co słychać w drugiej (gorszej) połowie. Po drugiej stronie należałoby umieścić „Healing Is A Miracle” (Ninja Tune, 2020) Julianny Barwick. Jej ostatnie wydawnictwo jest tak niespieszne, pełne duchowej materii, że aż trudno nie wpaść w senność. I to pomimo Mary Lattimore, Jónsiego i Nosaj Thing w roli gości. Fakt, że nigdy nie przepadałem za twórczością artystki, więc mojej emocjonalnej oziębłości nie ma się co dziwić.

Brytyjski jazz potrafi rozgrzać człowieka do czerwoności, więc oczekiwałem tego samego po nowej płycie Kamaala WilliamsaWu Hen” (Black Focus, 2020). Niestety, nie udało się. Zestaw dziesięciu kompozycji przynosi raczej dźwięki oczywiste, pozbawione kantów czy przeżyć godnych zapamiętania. Jeszcze większe rozczarowanie przyniosła mała płyta Dinner Party „Dinner Party” (Empire, 2020). Rzut okiem na skład – Terrace Martin, Robert Glasper, Kamasi Washington i 9th Wonder) – kazał spodziewać się niezmąconych olśnień. Tymczasem wyszło do bólu przeciętnie, zachowawczo i tak jakby nikt z twórców nie chciał skorzystać z oryginalności swojego talentu, a całość została podporządkowana średniości.

Wprost z Lizbony przybyła do nas Nídia wraz ze swoim krążkiem „Não Fales Nela Que A Mentes” (Principe, 2020). Intrygującymi zdolnościami popisuje się w swej twórczości. Otóż potrafi łączyć infantylne melodie z łamańcami rytmicznymi. Chętnie też wpada na terytorium hip-hopu („Raps”), a nawet zabaw syntezatorami („Royal”). Niespójność zawartości stanowi jednak przeszkodę nie do przeszkodzenia. Poprawki wymagałyby skrócenia niektórych motywów, podobnie zresztą jak na płycie Ellen Fullman & Theresy Wong Harbors” (Room 40, 2020). Choć jestem miłośnikiem muzyki eksperymentalnej łączonej z muzyką klasyczną, to jednak w przypadku obu artystek widziałbym pole do należnych skrótów albo zagęszczenia materii.

Wystarczy chwila w towarzystwie głosu Soko, aby zostać zaczarowanym. Aura przemoczonego dream-popu z nutą francuskiego szyku sączy się z wolna na albumie „Feel Feelings” (Because, 2020). Niestety zwolnione obroty nie sprowadzają ze sobą tabunu fantastycznych piosenek. Spore rozczarowanie jak dla mnie. Mniejsze, ale jednak, również zanotowałem przy okazji słuchania ostatniego albumu Nadine Shah „Kitchen Sink” (Infectious Music, 2020). Choć podziw dla umiejętności pisania piosenek zachowałem („Dillydally”, „Ladies for Babies (Goats for Love)”) to jednak jako całość krążek wpada w zbyt znane koleiny. Ufam, że następnym razem będzie lepiej.

Bolesnym doświadczeniem było obcowanie z płytą Jaye JaylePrisyn” (Sergent House, 2020). Szczególnie, że poprzednia była bardzo mocna, a więc apetyt był ogromny. Nie pomogło powoływanie się na Davida Bowiego i Iggy`ego Popa w Berlinie („The River Spree”) ani futurystyczny taniec w „Don`t Blame the Rain”, gdyż nie mogłem poradzić sobie z odklejeniem nowych piosenek od artystów, na których były wzorowane. Nie, nie posądzam Evana Pattersona o plagiaty, ale o zbyt mocną inspirację. Do tego stopnia, że poczułem się wywiedziony w pole.

Na koniec jeszcze wzmianka o ostatnim dokonaniu Tenderloniousa, który w zaciszu domu skonstruował album „Quarantena” (22a, 2020). Pomimo mrocznego otwarcia dalsza część płyty upływa pod znakiem tego, że jest miło, zwiewnie i melodyjnie. Różnorodność stylów, tempa i ciągle zmieniane instrumenty sprawiły, że płyty słucha się dobrze. Na tyle dobrze, że można zająć się w tym czasie innymi rzeczami, a to już nie powinno trafić do kosza z napisem „komplementy”. Naturalnie jest to album na poziomie zadowalającym, ale zbyt szybko znika z pamięci.







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Inline Feedbacks
View all comments
Tomasz
Tomasz
1 miesiąc temu

Jarek. Jak zwykle bzdury. Na albumie Two Fingers nie ma ani jednego numeru w estetyce Drum and Baas. Jak tak ma wygladac kompetencja recenzenta to moze jednak pisac o pogodzie na Onecie.

Polecamy