Wpisz i kliknij enter

Kelly Lee Owens – Inner Song

Tylko sympatycznej obrzydliwości brak.

Kto nie pamięta dobrze przyjętego debiutu Kelly Lee Owens niech szybko odświeży pamięć. Sprawne, introwertyczne piosenki oraz sporo muzyki elektronicznej, która nie wydostawała się z dobrze uformowanych brzegów. Podobnie można by rzec o najnowszym krążku „Inner Song”. Dociekliwy by znalazł w powyższym wskazówkę, że autor może wydać osąd jakoby artystka nie ewoluowała, nie rozwinęła się twórczo. Nie miałby racji, ale całkowicie w błędzie również by się nie znalazł. W każdym razie doczekaliśmy się, po pandemicznym przesunięciu daty premiery, drugiego albumu Walijki.

Na początek zaskoczenie – cover Radiohead „Weird Fishes/Arpeggi”, całkowicie instrumentalny, ale grany z nerwem (zresztą to już jego druga przeróbka w tym roku). Nie dziwi takie wejście w płytę, która powstała w trudnym okresie życia artystki. Dość powiedzieć, że cieniem na nowy album kładzie się koniec jej związku i śmierć babci, z którą była związana. Nic więc dziwnego, że potrzebowała oczyszczającego i hałaśliwego techno w postaci „Melt!”. W skali mikro podoba mi się „Flow”, który został dopracowany, ale kiedy odpuszczę sobie skupienie nad detalem, to całość przestaje już tak bawić.

To co dobrze wychodzi Owens to emocjonalny rollercoaster. Potrafi zacząć od onirycznych brzmień, wiatrem uniesionych firanek, żeby po chwili wejść euforycznie na taneczny parkiet dając sobie prawo do luzu i otrząśnięcia się ze zbędnych myśli („On”). W wersji piosenkowej też wypada przekonująco („Re-Wild”). Nawet jestem gotów podążać za nią w stronę strzelistej i świetlistej elektroniki, której pełno jest w pospiesznym „Jeanette”. Nieco zbyt sztampowo wypada natomiast w „Night”, które ma być mroczniejsze, ale artystka i tak nie jest w stanie pozbyć się swojej elegancji w operowaniu dźwiękiem, co jak wskazuje niniejszy przykład, czasem jej szkodzi.

Jak się dokooptowuje do Johna Cale`a to trzeba mieć go z czym połączyć. Szczęśliwie Kelly Lee Owens powoli rozwija swoje syntezatory, a Cale dostarcza poetyckiego farszu. Wyzierająca spoza muzyki samotność jest silnie odczuwalna w trakcie słuchania „Inner Song”. To jedna z większych zalet albumu. Niestety jest też minus, który nie pozwala mi się cieszyć nim do końca. Otóż brakuje mi tu sympatycznej obrzydliwości. Czegoś co Owens mogłaby wpleść w nieco słabsze momenty płyty, po to aby bardziej zerwać ze swoją stylową elegancją. Pozwoliłoby to zamaskować nazbyt czytelną ekspresję. Więcej uwag nie mam.

Smalltown Supersound | 2020
Bandcamp
FB
FB Smalltown Supersound







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy