Wpisz i kliknij enter

Lotto – Hours After

Nieokreślona dokuczliwość.

Dziś powinno być już dla wszystkich jasne, że zespół Lotto nie nagrywa płyt identycznych jak żołędzie. Naturalnie nie wyklucza to istnienia między nimi punktów stycznych. Pozostaje na przykład niezmienność składu, który tworzą Mike Majkowski, Paweł Szpura oraz Łukasz Rychlicki. Czwarta płyta tria nie niesie za sobą rewolucji w koncepcji. Nie zanotowałem również wielkiej zmiany jeśli chodzi o poziom artystyczny. Lotto idą równo i z tego powodu pewnie na odległość mogą wydać się… nudni. Zapewniam jednak, że „Hours After” nie znudzi, ale solidnie przytłoczyć może.

Motoryka zespołu jest wyraźnie zmienna i to w obrębie jednego albumu. A więc „lottolodzy” powinni odnotować to w swoich zeszytach. Nieprzypadkowo piszę o grupie oddanych fanów, bo po „Elite Feline”, poprawieniu przez „VV” i mocnym akcencie „Pix” liczba osób oddanych zespołowi jest spora. I dobrze, bo trio na to zasługuje, a na muzycznej mapie Polski lśni zasłużonym blaskiem. Kurczowo trzymając się swojej artystycznej drogi sprawiają, że ich praca może nie przynieść satysfakcjonujących zwrotów akcji dla słuchacza wychowanego na „Grze o tron”. Cierpliwi będą jednak nagrodzeni.

Pierwsza połowa to zespół jaki znamy. Powolne zapętlenia w „Lisie” z jednej strony testują cierpliwość, a z drugiej wtłaczają w uszy nabrzmiały smutek. Tym bezczelniejszy wydaje się „Moth” z pierwszoplanową gitarą. Odurzeni telewizyjnymi informacjami powiedzieliby pewnie, że tak brzmieć powinna druga fala Covid-19. Pierwszy raz, jeśli się nie mylę, Lotto prezentują akt desperacji, której silnym wyrazem jest końcówka tego utworu. Niekontrolowane bombardowanie się tu odbywa, ale pokazuje większe urozmaicenia brzmieniowe, no i elektroniczne dodatki.

Ciekawym zabiegiem jest usytuowanie tak dramatycznego utworu w środku płyty, a nie na końcu, gdzie większość graczy by go umieściła. W tym między innymi przejawia się geniusz Lotto. Wcześniej zaskoczenie – utwór „Verge”. To jednak coś nowego. Naturalnie tak świetnie zgrany skład nie pozbędzie się wypracowanych w pocie czoła patentów, ale może zawsze poprzestawiać akcenty, ułożyć inaczej warstwy, a nawet wynieść na plan pierwszy gitarę elektryczną. Fascynujące, ale z nieokreśloną dokuczliwością. Przy piątym odsłuchu większą uwagę skupiłem na momentach sprawiających trudności, by nie rzec wycieńczenie.

Wobec tego miło powitać na koniec dziesięciominutowy „Casino”. Nie teatr, nie klub, nie kino, ale właśnie kasyno. Powolna, ale swobodna muzyka kieruje myśli w stronę stołu z ruletką, a stąd już tylko krok do rozważań o kompletnej przypadkowości losu wprost przeciwnej zawartości „Hours After”. Schyłkowość dźwigana przez „Casino” jest odczuwalna bez żadnych zakłóceń. Trudno powiedzieć kto tu dokąd odchodzi. Kraj? Świat? Ludzkość? Diabli pewnie wiedzą. Tylko wszystko takie wycieniowane się staje. Niknie wręcz. Bez spektakularnego wybuchu albo tąpnięcia. Po prostu. Pięknie.

Endless happiness | 2020
Bandcamp
FB
FB Endless happiness







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy