Wpisz i kliknij enter

Samuel Kerridge – Kick To Kill

Chuligańska energia.

Samuel Kerridge właściwie nie miał wyjścia – musiał zająć się tworzeniem elektroniki. Jego rodzice uczestniczyli bowiem w pierwszych rave’ach w okolicach Manchesteru na początku lat 90. Ojciec był i jest wielbicielem muzyki house, kupuje płyty w specjalistycznych sklepach i często zabierał tam swego syna, kiedy dorastał. Mały Samuel od dziecka widział didżejów w akcji i znał specyficzny zapach nowej płyty winylowej. Nic więc dziwnego, że już jako nastolatek próbował swych sił w didżejowaniu.

Początkowo grywał konwencjonalną muzykę klubową. Przełomu w jego muzycznej edukacji ponownie dokonał ojciec. Zainteresował syna eksperymentalnym rockiem – zarówno wczesnymi nagraniami Pink Floyd, jak i hałaśliwymi dokonaniami Throbbing Gristle. To sprawiło, że Sam zaczął penetrować YouTube w poszukiwaniu totalnie odjechanych dźwięków. W pewnym momencie wynajął studio i zaczął tworzyć własną muzykę. Tak narodził się materiał na jego debiutancki album „Fallen Empire”.

Finezyjne połączenie noise’u i techno firmowane naklejką Downwards trafiło idealnie w swój czas. Był rok 2014 i właśnie wzbierała fala nowego industrialu, której kulminacją były kolejne edycje berlińskiego Atonal Festivalu. Kerridge grał niemal na każdej jego edycji – czy to samemu, czy w to w specjalnie powołanych z tej okazji duetach. Jego występy obezwładniały dźwiękową brutalnością, ale i zachwycały rozimprowizowanym sznytem.

Każda z kolejnych płyt Brytyjczyka miała coraz mniej wspólnego z klubowym techno. Śmiało eksperymentował on z elektroniką i w jego muzyce mnożyły się trudno przyswajalne dźwięki. Odskocznią okazał się IDM-owy projekt z wokalistką Taylor Burch – po którym Kerridge zamilkł na trzy lata. Dopiero teraz dostajemy jego nowy album, wydany ponownie przez Regisa nakładem specjalnego sub-labelu dedykowanego nagraniom Anglika – Kick To Kill.

Płyta zaczyna się niczym „Never Mind The Bollocks” Sex Pistols – dzikie pogo szybko jednak ustaje, ustępując miejsca jadowitej tyradzie poszytej jedynie przesterowanym basem. „Shit In The Gutter” oddaje idealnie bezceremonialność, z jaką Kerridge traktuje zarówno punk, jak i elektronikę. Podobnie rzecz się ma z „Pogo” i „Cut The Flesh”, gdzie EBM-owym akordom towarzyszą metaliczne breaki, a przetworzonym wokalom – warczące drony.

„Levitate” to post-punk w niemal czystej postaci: wolny bit wnosi tu zgrzytliwą partię gitary rodem z klasyki shoegaze’u. W „Strangled Love” nawiedzony wokal Kerridge’a podszywa mechaniczny rytm o industrialnej proweniencji. Echa charakterystycznego śpiewu Alana Vegi z Suicide słychać w „Glamour”, gdzie schizofreniczne krzyki zostają zanurzone w studyjnych pogłosach. „In Memoriam To Identity” rezonuje rave’owymi brzmieniami – zamienionymi jednak w eksperymentalny prepar.

„020521” i „Alternative Rhythm Section” wprowadzają do zestawu fabryczne perkusjonalia o tribalowym metrum – niczym w dawnych nagraniach Test Department. Kerridge nie rezygnuje jednak z piosenkowych form. „The Body Of Libertine” odpycha dźwiękową i tekstową wulgarnością niczym dawne utwory Whitehouse. W finałowym „Shattered Illusion” pojawia się jednak szczątkowa melodia – i wraz z symfoniczną elektroniką układa się ona w zaskakująco poruszający finał płyty.

„I really don’t give a fuck what anybody thinks” – deklarował Kerridge osiem lat temu w wywiadzie dla „Resident Advisora”. Mimo upływu czasu, brytyjski producent nie zmienił swego nastawienia do tworzenia muzyki. Mało tego: dziś jest ono jeszcze bardziej radykalne niż wtedy. „Kick To Kill” to właściwie czysta chuligańska ekspresja, wyzwolona z wszelkich gatunkowych konwenansów. Ktoś tu wspominał o Sex Pistols? „Gniew jest energią” – powiedział kiedyś John Lydon. Kerridge na pewno by się z nim zgodził.

Kick To Kill 2022

www.facebook.com/samuelkerridge







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy