Wpisz i kliknij enter

Podsumowanie roku 2022 – Krzysiek Stęplowski

Kilka płyt z roku 2022, o których będę pamiętał dłużej. Choć wiele tegorocznych odkryć zapewne jeszcze przede mną.

tstewart – „Elysian”

Travis Stewart najbardziej znany jest ze swojego elektronicznego wcielenia Machinedrum. Używając pseudonimu tstewart producent sięgnął w tym roku po swoje bardziej tradycyjne fascynacje. Na „Elysian” dominują transowe partie pianina, słychać inspiracje minimalizmem spod znaku wczesnych prac Philipa Glassa, całość zaś podana jest z dbałością o każdy detal.

Album ujął mnie od razu – głównie z powodu rewelacyjnych motywów i kompozycji. Producencko to majstersztyk, ale do tego Stewart zdążył nas już przyzwyczaić. Płyta bez słabych punktów.

Awe Kid – „Body Logic”

Rick Parsons to multiinstrumentalista, który prowadzi w Manchesterze oficynę Sine Language Records zrzeszającą artystów z różnych dziedzin. Sam pod pseudonimem Awe Kid wystartował w ubiegłym roku kilkoma świetnymi singlami i to one sprawiły, że na duży materiał czekałem z wielką niecierpliwością.

Nie było zawodu – „Body Logic” to rewelacyjna elektronika, efekt wielu eksperymentów z sound designem i – jak opowiada sam Parsons – konfrontowaniem naturalnych brzmień z cyfrowymi. Podobno chodziło o to, aby stworzyć taką elektronikę, jaką można byłoby sobie wyobrazić poza komputerem. Nie umiem się do tego odnieść, ale też nie potrafię nie zachwycać się tym krążkiem.

Nils Frahm – „Music for Animals”

Muzyka dla zwierząt, a jednak nie byłem w stanie stwierdzić, czy pies, któremu puszczałem tę płytę, faktycznie był pod wrażeniem 🙂 Tak czy inaczej Frahm, korzystając z pandemicznego zawieszenia, stworzył najobszerniejsze dzieło z dotychczasowych. To również dość nietypowa dla niego produkcja – próżno szukać tutaj pianina, to raczej wejście w świat pogłosów i atmosfer, budowanych za pomocą transujących sekwencji syntezatorów i różnych ambientowych eksperymentów.

Swoją rolę pełnią tutaj partie szklanej harmoniki, na której gościnnie gra Nina, żona Frahma. Początkowo byłem sceptyczny, potem jednak dałem się uwieść klimatowi tych nagrań. Doskonała ścieżka dźwiękowa dla różnej maści wyciszeń.

Principles of Geometry – „ABCDEFGHIJKLMNOPQRSTUVWXYZ”

Trzeba sobie jakoś radzić w czasach, w których Boards of Canada konsekwentnie milczą. Jednym z ratunków jest tegoroczny krążek francuskiego duetu Principles of Geometry. Już sam tytuł zwraca uwagę, a twórcy przyznają: „zawsze traktowaliśmy muzykę w kategoriach uniwersalnego języka. Aby go rozumieć nie potrzebujemy jednakowych zasobów czy słów.

On sam w sobie generuje obrazy, emocje, nie wymaga tłumaczenia”. I taki jest ten album – z jednej stronie niezwykle abstrakcyjny, z drugiej – bliski, organiczny, zrozumiały.

Gonima – „Strands”

Tu również usłyszeć można wpływy BoC, całość jednak szatkują struktury rytmiczne znane z najlepszych szkół IDMu. Evan Magoni zaproponował co prawda tylko cztery kompozycje, każda jednak charakteryzuje się wyjątkowym smakiem. Wydawca SVNSET WAVES zorganizował jeszcze kilka remiksów, mamy więc nieco ponad pół godziny fantastycznej wycieczki gdzieś na pograniczy Austin (wytwórnia) oraz Kanady (tam tworzy Magoni).

Vieux Farka Touré & Khruangbin – „Ali”

Ali Farka Touré był wybitnym malijskim gitarzystą tworzącym specyficzny nurt „desert blues”. Teraz jego syn Vieux, wspólnie z ezoterycznym składem Khruangbin nagrał płytę, na której znalazły się wybrane kompozycje Aliego – zarówno te najbardziej znane, jak i perły z różnych stron B.

Vieux nazywany jest „Hendrixem z Sahary”, choć płyta bliższa jest brzmieniowo dokonaniom właśnie Khruangbin. Elegancja, klasa, lekki dubowy sznyt – ten album cudownie sprawdzi się przy wielu różnych okazjach. Czysta przyjemność.

Toro Y Moi – „MAHAL”

Chyba najbardziej psychodeliczna płyta w zestawie. Dyskografia Toro nie jest równa, ale tu akurat mamy zdecydowaną zwyżkę formy. Więcej niż wcześniej gitar, przesterów, wszystko wyprodukowane na zdecydowanym luzie. Czuć wpływy Tame Impala, czego dowodem jest gościnny udział Unknown Mortal Orchestra. Generalnie – siedemdziesiąte na pełnej.

Fort Romeau – „Beings of Light”

Michael Greene bardzo długo kazał nam czekać na nowy duży materiał. Nie jest to tak fantastyczny zestaw jak wydany 10 lat temu „Kingdoms”, ale są tu niezwykle mocne punkty. Całość określana jest jako „rainy day ambient”, „moonlight disco”, „dream-like techno” i w zasadzie w ten sposób można byłoby zamknąć temat.

Dodajmy jednak, że okładkę albumu zdobi zdjęcie „Power of Grace” autorstwa Stevena Arnolda, zmarłego w 1994 roku artysty wizualnego i scenografa. To m.in. jego twórczością oraz nieskrępowaną wyobraźnią inspirował się Fort Romeau w czasie tworzenia tego albumu. Udało się – utwór tytułowy był jednym z moich zdecydowanych kawałków roku.

The Smile – „A Light for Attracting Attention”

Nie wiem, czy pierwotnie miał to być materiał na nowy album Radiohead, czy może był to pomysł na „ucieczkę do przodu” przed ryzykiem kryzysu macierzystej formacji. Nie ma to większego znaczenia. „Odrębność” tego konceptu wydaje mi się pozorna. To mógłby być zdecydowanie materiał Radiohead – i byłaby to jedna z lepszych płyt tego zespołu.

Nie słychać tutaj wielkiego wpływu zaproszonych na sesję gości. Wciąż karty rozdają Yorke, Greenwood oraz producent Nigel Godrich. Tym samym ponad 50-letni twórcy udowadniają, że „starzeć” można się z wielką klasą, wciąż w świeżości, wciąż nagrywając rzeczy z łatwością lokujące się w rocznych podsumowaniach. Ewenement.

Donny Benet – „Le Piano”

Wybaczcie mi tę słabość. Donny Benet wydał w tym roku tylko Epkę, ale to są rzeczy zrobione na takim poziomie, że po prostu czuję się w obowiązku wrzucić je tutaj. Produkcyjne mistrzostwo, przepiękne retro, muzak deluxe: i do windy, i na wieczór. Benet to znakomity instrumentalista, wszystko tutaj jest prawdziwe, rewelacyjnie napisane i wyprodukowane. Szacun.

Danny Scott Lane – „Wave to Mikey”

Zauroczyło mnie brzmienie tego materiału. To czwarty krążek muzyka, aktora i choreografa z LA, który proponuje luźne eksperymenty z formą i aranżem. Elektronika, awangarda, ambient, wszystko utrzymane w temperaturze starych magnetofonów szpulowych. Nie są to łatwe rzeczy, a jednak umysł czuje się tu bezpiecznie i swobodnie.

Baldor and the Euclidean Functions – „Meditation bells”

Zajrzyjmy teraz na krańce internetów. W sam raz na koniec listy – rzecz wydana samodzielnie przez Rodrigo Pereza-Segnini, stworzona w całości na syntezatorowym systemie modularnym, w oparciu o (tak przynajmniej wskazuje nazwa projektu) funkcje euklidesowe. Są one elementem tzw. geometrii euklidesowej, która w muzyce używana jest czasami do budowy logicznych struktur rytmicznych i odległości czasowych między poszczególnymi elementami. Ot matematyka w służbie sztuki.

Mamy tu więc do czynienia z godzinną ambientową podróżą, której przewodnikiem jest algorytm. Brian Eno byłby dumny – muzyka idealnie towarzysząca, medytacyjna, minimalistyczna i niepretensjonalna.

Riffussion i AI

W tym roku label Warp wznowił swoją przełomową kompilację „Artificial Intelligence”, pierwotnie wydaną równo 30 lat temu. Wówczas idea sztucznej inteligencji funkcjonowała jedynie w sferze sci-fi, dziś staje się rzeczywistością. Jednym z wydarzeń roku były premiery pierwszych dostępnych powszechnie modeli AI, to z kolei uruchomiło lawinę takich projektów jak np. Riffusion.

Dzięki apce możemy generować muzykę w dowolnym stylu, następnie płynnie zmieniać ją w coś zupełnie innego. Póki co to zabawka, technologia jednak rozwija się bardzo szybko i trudno przewidzieć jej wpływ na muzykę. Pod tym kątem rok 2022 był przełomowy, choć najciekawsze dopiero przed nami.







Jest nas ponad 15 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Inline Feedbacks
View all comments
Piotr
Piotr
10 miesięcy temu

Dzięki za „Vieux Farka Touré & Khruangbin – „Ali”. Płyta genialna.

Last edited 10 miesięcy temu by Piotr

Polecamy