Wpisz i kliknij enter

Max Tundra w Katowicach – 4.10.06

Gdy tylko dowiedziałem się o występie Maxa Tundry, ogarnęła mnie fala muzycznego podniecenia, połączona z niecierpliwą antycypacją przyjazdu genialnego Anglika. Aż wreszcie nadszedł ten dzień i 4 października 2006, tuż przed godziną 20, stawiłem się w katowickim ElektroKlubie. Gdy tylko dowiedziałem się o występie Maxa Tundry, ogarnęła mnie fala muzycznego podniecenia, połączona z niecierpliwą antycypacją przyjazdu genialnego Anglika. Aż wreszcie nadszedł ten dzień i 4 października 2006, tuż przed godziną 20, stawiłem się w katowickim ElektroKlubie. Ludzi nie było zbyt wielu, a na środku sali ustawiono stoliki, co chyba nie spodobało się Maxowi. Bohater wieczoru na scenie pojawił się niemal dokładnie o 21, od razu zachęcając zebranych do powstania z miejsc i tańca. Niepozorny, ubrany w szarawego T-shirta, wymiętolone spodnie i trampki, rozpoczął od mocnego uderzenia.























Konkretny beat, kilka warstw klawiszy nałożonych na siebie, szalone zakrętasy melodyczne i wibrujący bas. Tak, tak, to premierowy kawałek z nowego albumu Bena Jacobsa! Autor zapowiedział jego wydanie na przyszły rok. Max świetnie się bawił, wykręcając szalone wygibasy do swej muzyki. Widać, że każdy dźwięk sprawiał mu olbrzymią przyjemność, dzięki czemu „żył” na scenie. Nie daliśmy się długo prosić i już po kilkunastu minutach pierwsi fani (w tym i niżej podpisany) wyskoczyli na parkiet, wijąc się w rytm tundrowskich kompozycji. Jacobs świetnie wyczuwał nastroje słuchaczy, kończył utwory gdy tylko zauważył jakiekolwiek oznaki braku zainteresowania. Jego charyzma przyciągała na parkiet kolejne osoby. Tundra szalał – skakał, kręcił się, grał to na klawiszach, to na piszczałce, flecie, gitarze, śpiewał…. wszędzie było go pełno.

Występ nabrał rumieńców gdy Maksiu zaczął grać utwory z drugiej i, jak dotąd, ostatniej swej płyty, „Mastered By The Guy At The Exchange”. Na pierwszy ogień poszło „Merman”, a zaraz po nim „M B G A T E”, które Jacobs poprowadził w szalony, mistyczny minimal. Świetnie wypadło również „Lights”. Ben porwał mikrofon, wbiegł na czoło sceny niczym gwiazdor popu i wypluwał z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego. Trzeba przyznać, że wokalnie spisywał się bez zarzutu. Niektóre jego akcje wprawiały słuchaczy w zdumienie – jak we wspomnianym „Lights”, gdzie po każdym niemal dwuwersie odwracał się, wygrywając błyskawiczne improwizacje na klawiszach.

„Labial” i „Lysine” rozgrzały nas jeszcze bardziej. To hity o dużym komercyjnym potencjale, idealnie nadające się do beztroskiej zabawy. W międzyczasie Max zaprezentował drugi kawałek ze swego nowego albumu. Zakręcona melodyka, klawiszowe szaleństwo plus wokale – kolejna świetna produkcja spod znaku Tundry. Naprawdę, doczekać się nie mogę jego nowego wydawnictwa. Na koniec występu bohater wieczoru zaskoczył wszystkich, prezentując autorską wersję hitu sprzed lat „What Time Is Love” KLF. Wyobrażacie sobie jak musiała brzmieć wersja Bena Jacobsa ? Coś pięknego.























Po tym wszystkim Max zszedł ze sceny. Burza oklasków i okrzyków nie pozwoliła mu jednak opuścić elektrowskiej sali. W tym miejscu muszę wyznać, że niewielu spotkałem tak sympatycznych artystów jak Max Tundra. Przemiły człowiek, uśmiechnięty, świetnie łapiący kontakt z publicznością. W Katowicach występował z rozmówkami polsko-angielskimi i w przerwach między utworami recytował polskie zwroty, m.in. „czy masz uczulenie, „jajko na twardo” itd. Aplauz wzbudziło jego wyznanie w naszym ojczystym języku : „nie mam pracy”. 🙂

Reagowal bardzo naturalnie – gdy oklaski po występie nie ustawały przez kilka minut, zawstydzony, nakrył głowę bluzką i schował się za kolumnę. Muzycznie zaprezentował się wyśmienicie, serwując znane hity, często w nowych wersjach, a do tego premierowe utwory. Jego sceniczna charyzma i urok osobisty nie pozwalały na bierne siedzenie przy stoliku. Występ trwał tylko godzinę, ale chyba nikt nie miał prawa narzekać. Nie mam sę w zasadzie do czego przyczepić, zabrakło mi tylko „Cabasy”, z genialnym zakończeniem na pianinie. Max przyznał jednak, że trudno mu to zagrać na żywo, ale trenuje obecnie występy z całym zespołem i wróci do nas za rok. Obiecał to. Kto nie był, niech żałuje.







Jest nas ponad 16 000 na Facebooku:


9 Komentarzy

  1. tak tez myslalem ze to zdjecia impa..naprawde go podziwiam, przez caly wystep wiernie cykal fotosy…ja bym tak nie potrafil:)

  2. niestety nie miałam wpływu na jakość poza możliwością selekcji. ale i tak wielkie podziekowania za tą fotorelacje dla imp a 🙂

  3. haha, dzieki hau …slowko to jest fajne,a przy tym czesto uzywane przez naszych komentatorow futbolowych- zazwyczaj w przypadku gdy polski obronca nie zantycypowal zagrania przeciwnika:)

  4. nie poszedlem w Warszawie i zaluje! a nie zaluje, ze przeczytalem relacje, moj slownik rozwinal sie o przydatne slowko antycypacja 😛 pzdr DefT:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Polecamy