Johann Johannsson jest jednym z najbardziej charakterystycznych islandzkich twórców. W swej muzyce łączy inspiracje muzyką klasyczną, eksperymentalną, elektroakustyczną czy elektroniczną. Johann Johannsson jest jednym z najbardziej charakterystycznych islandzkich twórców. W swej muzyce łączy inspiracje muzyką klasyczną, eksperymentalną, elektroakustyczną czy elektroniczną. Różnorodność źródeł umiejętnie aranżuje w wyjątkową, oryginalną całość – ostatnio wydał album zatytułowany „IBM 1401, A Users Manual„. Krążek zawieraja przearanżowane kompozycje, jakie w latach 60 skomponował jego ojciec, pracujący wówczas jako technik jednego z pierwszych modeli komputera IBM – tytułowego 1401. M.in. o tym projekcie z artystą rozmawia Wojtek Krasowski. To pierwszy wywiad Johannssona dla polskich mediów.
W jaki sposób zaczynałeś pisać muzykę?
Pisać muzykę zacząłem gdzieś w wieku 14 – 15 lat. Pamiętam jednak, że pierwsze dźwięki powstawały, gdy miałem 9 lat. Moi rodzice mieli w domu organy, na których coś tam starałem się tworzyć. Później zaczęła się fascynacja puzonem i pianinem, która z czasem przeszła w zabawę z wszelkimi brzmieniami, również chórami.
Jak przebiegało Twoje dzieciństwo? Wspominasz je z uśmiechem na twarzy?
Dzieciństwo wspominam bardzo dobrze. Obracałem się w bardzo opiekuńczym otoczeniu. Dość istotne wydarzenie przeżyłem w wieku 7 lat, kiedy moi rodzice przenieśli się do Francji. Wówczas nieco się zmieniłem – stałem się introwertykiem, zacząłem spędzać więcej czasu samotnie. Sporo czytałem, kreowałem własne światy fantasy. Gdy wróciłem do Islandii moi przyjaciele stwierdzili, że jestem zupełnie innym człowiekiem. Myślę, że przez tamten okres wiele się dowiedziałem i przyjąłem nieco melancholijną postawę. W takim stanie spędziłem trzy lata. W zasadzie wszystkie dzieciaki przez to przechodzą. Po prostu stałem się bardzo cichym i stonowanym człowiekiem.

Jaka muzyką Cię inspirowała w młodości, a jaka teraz?
W młodości pociągały mnie zespoły typu Jesus and Mary Chain, Suicide, Stooges, Velvet Underground, Kraftwerk, Tangerine Dream, Can, Neu. Uwielbiałem również the Smiths i Echo and the Bunnymen, Cocteau Twins, Birthday Party. Nadal kocham taką muzykę. Teraz głównie słucham elektroniki z lat 50 i 60 typu Xenakis, Parmeggiani, Todd Dockstadter, Raymond Scott. Kocham barokową muzykę, Purcell, Zelenka, Haendel, Buxtehude. Ubóstwiam Beethovena i Dymitara Szostakowicza. Rock progresywny i muzykę elektroniczną z lat siedemdziesiątych. Alvin Lucier i the Hafler Trio. Słucham także sporo filmowej muzyki. Uwielbiam włoską muzykę filmową z lat 70, muzykę z horrorów. Uwielbiam także współczesne grupy typu Final Fantasy i Sunn O))) czy Boris z Japonii. Bardzo cenię również harfistkę i wokalistkę Baby Dee, z którą miałem okazję i szczęście się spotkać.
Skąd pomysł inspiracji komputerami IBM?
Historia związana jest z moim ojcem, który w latach sześćdziesiątych, wraz ze swoimi studentami programował i komponował muzykę wykorzystując te starodawne maszyny. Kompozycje nagrywane były na taśmach, w efekcie czego powstał specyficzny dokument o pracy i życiu tych wyjątkowych komputerów – dokument, który od dawna mnie fascynował. Targała mną wielka ciekawość tymi eksperymentami, inspirowała do przemyśleć stricte filozoficznych – od zawsze interesowało mnie bowiem szukanie wspólnych cech pomiędzy człowiekiem a maszyną, wszystkie filozoficzne i moralne aspekty wykorzystywania sztucznej inteligencji. Wiesz to ciekawe, że programując maszyny przekazujemy im jakąś wizję swojej własnej natury, jednocześnie sami doświadczamy intrygujących emocji i przeżyć – zawsze mnie to interesowało. Napisałem nawet esej na ten temat, połączony również z omówieniem całego albumu. Wszystko dostępne jest na stronie www.ausersmanual.com

Chciałbym Cię zapytać o Twoją obecną wytwórnię – 4AD. Czy gdy przechodząc do niej masz pełną kontrolę nad swoim dziełem, nikt nie ingeruje w Twoją pracę?
Oczywiście że nie, wytwórnia przeznacza dla mnie pewien budżet, którym kieruje od początku do końca. Jedyny wkład 4AD to zaproponowanie mi skorzystania z usług grupy V23 przy projektowaniu okładki, na co się oczywiście zgodziłem, bo jestem fanem ich prac. Od zawsze kochałem 4AD, podoba mi się, że wielką uwagę przykłada się tam do odnalezienia złotego środka pomiędzy zawartością płyty a jej okładką – zresztą podobnie jak w mojej dawnej wytwórni Touch.
Zastanawiam się czy wolisz tworzyć muzykę w studiu czy grać ją przed żywą publicznością?
Trudne pytanie. W zasadzie uwielbiam zarówno pracę w studio, jak i koncerty. Wiesz, występ na żywo wiąże się zawsze z wywołaniem pewnej interakcji między tobą a publicznością – proces ten sprawia wielką przyjemność. Na występach gram czasem sporo premierowego materiału, wówczas obserwuję reakcję słuchaczy – w ten sposób dokonuję pewnej seleckji własnego materiału. Poza tym moim występom towarzyszą projekcje filmów autorstwa Magnusa Helgasona – osoby dla mnie bardzo ważnej. Uwielbiam połączenie muzyki z projekcjami, które nadają jej nowego wymiaru.
Czy podobne emocje czerpiesz podczas komponowania?
Tak, komponowania sprawia mi wielką przyjemność. Uwielbiam kreować i obserwować proces, w którym projekt zaczyna nabierać kształtów, przyjmuje jakąś formę – to sprawia mi naprawdę wiele radości. Myślę że to jedna z tych rzeczy, dla których warto żyć.

Czy jest jakieś miejsce, w którym sczególnie chciałbyś dać koncert?
Może wyda Ci się to śmieszne ale tym miejscem jest Polska. Myślę, że macie znakomitych kompozytorów. Jestem wielkim fanem Góreckiego, Pendereckiego, Wojtka Kilara czy Preisnera.
Wszystkie Twoje solowe albumy posiadają nieco odmienny styl. Wydaje mi się, że starasz się ciągle rozwijać, coś zmieniać. To zamierzony cel, czy po prostu naturalny bieg, naturalna progresja?
Raczej naturalny proces rozwoju. Przyznam szczerze, że ja tego nie zauważam, nie kontroluję. Mój pierwszy album – „Englabörn” – zawierał muzykę do teatru, i to chyba on mnie ukierunkował. Gdy nagrywałem ten materiał okazało się, że posiadam zbyt mało muzyki na cały album, więc musiałem w bardzo szybkim czasie nagrać kolejne kompozycje. Postanowiłem, że będę nagrywał krótkie utwory, stanowiące w pewnym sensie odrębne historie, dość naturalnie jednak składające się w pewną określoną całość. Wiesz, jak nowele, które tworzą potem jedną powieść. Teraz staram się nagrywać każdy album w ten sposób – bo taki tryb pracy najbardziej mi pasuje.
Czy możesz nam zdradzić jakie masz plany na przyszłość?
Teraz jestem w trasie i będę w niej przez 6 kolejnych miesięcy. Potem zabieram się za prace nad kolejnym albumem, chciałbym go wydać jeszcze w tym roku. Mam sporo nagranego materiału, który powoli nabiera kształtów. Poza tym szykuję się parę nowych kolaboracji, nowych projektów. Do jednego z nich zaprosiłem Laetitia Sadier z grupy Stereolab. Niebawem damy parę koncertów w Islandii. Pracuję również z włoską grupą Larsen. No i postaramy się wydać płytę jeszcze w tym roku z Apparat Organ Quartet.

Islandią interesuje się coraz więcej młodych ludzi w naszym kraju, opowiedz nam coś więcej o swojej ojczyźnie.
Islandia to bardzo młody kraj. Nie posiadamy tak bogatej historii jak większość krajów Europy, w tej materii jesteśmy podobni do Stanów Zjednoczonych. To jest naszą silną, a zarazem słabą stroną. Nie posiadamy jakiś wielkich tradycji muzycznych, przez co czujemy się wolni, nie musimy dźwigać bagażu doświadczeń. Posiadamy dosyć starą literaturę i to chyba jest jedyna dziedzina z tak bogatymi tradycjami. Wszystkie inne kierunki sztuki pojawiły się stosunkowo niedawno.
Wielkie dzięki za rozmowę!


Jestem zachwycony albumem IBM 1401 A Users Manual, szczególnie drugim utworem traktującym o drukarce. Brak słów. Po prostu PIĘKNE!