Ehh hahah – House ze skrzypcami w tle
Jarek Szczęsny:

Pod znakiem internetu.

Alva Noto – Xerrox Vol. 4
Mateusz Piżyński:

Czwarta odsłona cyklu Xerrox, na którą przyszło nam czekać pięć lat.

Various Artists – Kern Vol. 5 Mixed By Helena Hauff
Paweł Gzyl:

„For those who knows”

Amnesia Scanner – Tearless
Paweł Gzyl:

Finowie serwują miłosne ballady.

Michael Lightborne – Ring Road Ring
Łukasz Komła:

Dźwiękowy świat obwodnicy w Coventry.

Christine Ott – Chimères (pour ondes Martenot)
Jarek Szczęsny:

Geometria dźwięków.

Deadbeat And Paul St. Hilaire – 4 Quarters Of Love And Modern Lash
Paweł Gzyl:

Scott i Paul medytują.

Vysoké Čelo – Űrkutatás
Jarek Szczęsny:

Grzechem byłoby nie skorzystać.

Ellen Allien – AurAA
Paweł Gzyl:

Hołd dla czasów, kiedy techno i trance były jednym.

Nihiloxica – Kaloli
Łukasz Komła:

Na wzgórzu perkusyjnych abstrakcji.

Upsammy – Zoom
Paweł Gzyl:

Zbliżenie na kruche piękno.

Alois – Azul
Łukasz Komła:

Stąpać po niebieskim.

Sote – Moscels
Jarek Szczęsny:

Ku wizjonerskiemu futuryzmowi.

Moodymann – Taken Away
Jarek Szczęsny:

Pląsy w dusznym pomieszczeniu.



50 Weapons

Addison Groove – Presents James Grieve

Warto było dać Addisonowi Groove’owi drugą szansę.

Czytaj dalej »

Cosmin TRG – Gordian

„Gordian” to płyta ciekawie łącząca stylistyczną erudycję z parkietowym potencjałem.

Czytaj dalej »

Benjamin Damage – Heliosphere

Brytyjski producent odświeża w finezyjnym stylu klasykę techno.

Czytaj dalej »

Bambounou – Orbiting

Wszystko wskazuje na to, że ma polskie korzenie od strony ojca – bo naprawdę nazywa się Jéremy Guindo-Zegiestowski. Czytaj dalej »

Anstam – Stones And Woods

Wydany w zeszłym roku debiutancki album projektu Anstam ukazał się jeszcze w nimbie tajemnicy, otaczającej go od czasu wydania pod koniec minionej dekady trzech wysoko ocenionych winylowych dwunastocalówek. Sukces płyty „Dispel Dances” sprawił, że dzisiaj już wiemy, iż za zamieszczoną na niej oryginalną muzykę odpowiadał tak naprawdę tylko jeden producent – Lars Stöwe. Napędzony pozytywnymi recenzjami i ciepłymi reakcjami fanów, niemiecki twórca nie czekał z drugą płytą. Dlatego dokładnie w rok po „Dispel Dances” dostajemy „Stones And Woods”.

Tym razem Stöwe stawia na zdecydowanie bardziej rozbudowane rytmicznie i aranżacyjnie kompozycje. Już otwierający album „Morning Shiver” zaskakuje swym rozmachem. Zaczyna się od ambientowego wstępu – by potem uderzyć dubstepowym bitami, na które nakładają się kolejne partie syntezatorów, podsumowane w finale typowo IDM-owymi dźwiękami. Zbliżoną rytmikę znajdujemy dopiero w „Handsome Dance The Dance”. Sprężysty puls jest tutaj podstawą do syntezy szorstkich akordów klawiszy z przestrzennymi efektami, uzupełnionymi na zakończenie zaskakującą wstawką męskiego chóru. Niemal kliniczny chłód bije natomiast z „The Herald And The Lamb”. Niby to też dubstep – ale okraszony przesterowanym pochodem basu i syntetycznymi smyczkami o orkiestrowym tonie w stylu ostatnich dokonań Squarepushera.

„Hope`s Soliloquoy” zaczyna się od wariackiej bombardierki zwalistymi breakami – by potem zanurzyć się w sążnistych falach strzelistych klawiszy o IDM-owym rodowodzie. I tutaj również pojawia się powyginana na wszystkie strony partia „żywego” basu jak w nagraniach Toma Jenkinsona – wiodąca wprost do osadzonego na samplach dudniących bębnów i szeleszczących talerzy „Me And Them”, w którym główny wątek należy do… przetworzonej wokalizy, oplecionej świdrującymi efektami.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/2062323-02.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=2062323-02″ allowscriptaccess=”always”]

Najbardziej oszczędną rytmikę znajdujemy w „Heart`s Soliloquoy” – bo to tylko spowolnione uderzenia automatu perkusyjnego, zatopione w onirycznych syntezatorach rodem z dawnych dokonań Autechre czy Aphex Twina. Kontrapunktem dla tej minimalistycznej kompozycji jest „My Dreams Are Made Of Steam”. Tym razem Stöwe sięga bowiem po dynamiczny UK garage – uzupełniając go zawadiackim solo na klawiszach w stylu fusion.

Całość kończy śmiały eksperyment – „Shoulders”. Początek jest mylący: skorodowany strumień toksycznego szumu podbity kroczącym pochodem basu sprawia wrażenie, że będziemy mieli do czynienia z autorską wizją noise`u. W pewnym momencie pojawia się jednak wyrazista struktura rytmiczna – jazzowa perkusja wsparta plemiennymi congami. Nadaje ona kompozycji transowy puls – odwołujący się wyraźnie do etnicznych wycieczek klasyków kraut-rocka.

O ile na „Distal Dances” niemiecki producent zgrabnie łączył ambient, techno i dubstep, tak na „Stones And Woods” wykracza daleko poza te estetyki, sięgając po silne wpływy jazzu, world music czy nawet współczesnej klasyki. Wszystko to brzmi, jakby sam Frank Zappa zasiadł za laptopem – i przemielił w nim na swoją modłę rożne elementy nowej elektroniki. Dlatego zawartość nowej płyty Anstama ma wyjątkowo abstrakcyjny charakter – i trzeba kilku podjeść, aby w pełni docenić bogactwo pomysłów rytmicznych i aranżacyjnych tej kolekcji.

50 Weapons 2012

www.50weapons.com

www.facebook.com/50WEAPONS

www.anstam.com

www.facebook.com/ANSTAM.official

Shed – The Killer

Debiutancki album René Pawlowitza sprzed czterech lat był pierwszym wybitnym dziełem nowego techno. Niemiecki producent szybko okazał się jednak twórcą trudnym do zaszufladkowania. Jego kolejna płyta spodobała się przede wszystkim Brytyjczykom – bo przyniosła wyraźny ukłon w stronę modnych w Anglii basowych brzmień, tak klasycznego rave`u, jak i nowoczesnego dubstepu. Albumem tym Pawlowitz pożegnał się ze swym dotychczasowym mecenasem – wytwórnią Osgut Ton. Na znalezienie nowego nie musiał jednak długo czekać. W ten sposób najnowszy album Sheda ukazuje się nakładem prowadzonej przez dobrze nam znanych panów z Modeselektora firmy 50 Weapons.

„The Killer” zwraca już uwagę samą okładką – to zdjęcie potężnego głośnika przypomina fotografie umieszczane na płytach weteranów jamajskiego dubu, którzy chcieli tym sugestywnym wizerunkiem od razu na wstępie podkreślić moc swej muzyki. I podobnie jest w przypadku niemieckiego producenta – choć krążek otwiera rozwibrowana strzelistymi syntezatorami ambientowa miniatura „STP3/The Killer”, już następny utwór wali nas prosto między oczy smolistymi bitami łączącymi energię techno i ciężar dubstepu. „Silent Witness” ma jednak drugie dno – to wyłaniająca się powoli z dalekiego tła majestatyczna fala sonicznych klawiszy, nadająca całości niemal monumentalny ton.

Wątek ten kontynuuje kolejna gatunkowa hybryda – „Day After”. Zgodnie z apokaliptycznym tytułem, Pawlowitz stosuje tutaj tektoniczne rytmy, oplecione przez łopoczące przestery zanurzone w odmętach ambientowego strumienia onirycznych dźwięków. I jeszcze „Phototype” – powoli kroczący dubstep, w którym również kontrapunktem dla dudniących bitów jest syntetyczne tło o wręcz nostalgicznym klimacie.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/2010240-02.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=2010240-02″ allowscriptaccess=”always”]

Bardziej surowe brzmienie ma z kolei „I Come By Night”. Tym razem niemiecki producent składa ukłon młodszym od siebie twórcom industrialnego techno – bo nie dość, że sięga po przytłumioną strukturę rytmiczną, to jeszcze nakłada na nią porażające zawodzenia wyjącego dronu, uzupełniając to wszystko egzotycznymi perkusjonaliami. Wątki te rozwija w niezwykle ciekawy sposób „Ride On”. Po jednej stronie znajdujemy tutaj masywne uderzenia zwalistego bitu, a po drugiej – niepokojący motyw klawiszowy wywiedziony z tradycji minimal wave sprzed trzydziestu lat. Kiedy wydaje się nam, że Pawlowitz zwieńczy swój album w tym mrocznym nastroju, rozbrzmiewa „V10MF!/The Filler” – porywający do ekstatycznego tańca promienną melodyką przebojowy UK garage. A na sam koniec dostajemy wspomnienie przestrzennego rave`u, jakim na przełomie lat 80. i 90. raczyli nas A Guy Called Gerald czy 808 State – czyli ozdobiony dźwięcznym motywem piano ekstatyczny breakbeat w „Follow The Leader”.

Wszystkie te dynamiczne kompozycje przeplatają ambientowe przerywniki. Niemiecki producent bawi się różnymi odmianami gatunku, przywołując a to wspomnienie dokonań Briana Eno („The Praetorian – LF Mix”), a to sięgając do najnowocześniejszych inkarnacji stylu proponowanych przez młodych artystów z wytwórni R&S („You Got The Look”), a na dodatek puszcza oko do egzotycznej melodyki nagrań Yellow Magic Orchestry („Gas Up”) i demonstruje, że nie obca mu również tradycja rodzimej kosmische musik (wspomniane „STP3/The Killer”).

Nowy album Sheda lokuje się bliżej drugiej płyty artysty niż jego pamiętnego debiutu. Bo znów dominują na nim krótkie i zwarte utwory, techno i dubstep tworzą amorficzne hybrydy, w których trudno odróżnić elementy typowe dla poszczególnej estetyki, a porażająca moc potężnych struktur rytmicznych znajdują swe przeciwieństwo w postaci eterycznych wątków o ambientowym charakterze. Wygląda więc na to, że niemiecki producent wypracowywał od dwóch lat charakterystyczne cechy swego nowego stylu – a „The Killer” jest ich zachwycającym objawieniem w pełnej krasie.

50 Weapons 2012

www.50weapons.com

www.facebook.com/50WEAPONS

www.shed.soloaction.de

www.facebook.com/pages/Shed

Phon.O – „Black Boulder”

To właśnie Carsten Aermes był jednym z pierwszych niemieckich producentów, którzy zaczęli w swej twórczości sięgać po brytyjskie dźwięki o mocno zbasowanym brzmieniu. Wystarczy posłuchać wcześniejszych dokonań jego projektu Phon.O, publikowanych głównie przez zaprzyjaźnionego z nim blisko Marco Haasa nakładem jego wytwórni Shitkatapult – a wszystko stanie się jasne.

Aermes już na początku minionej dekady wykorzystywał zarówno breakbeat, jak i bardziej egzotyczne rytmy – crunk,  dancehall czy ghetto bass. Nic więc dziwnego, że w końcu skrzyżował drogi z Chrisem De Lucą z Funkstörung, powołując z nim do życia efemeryczny projekt CLP, którego jedyny do tej pory album sprzed czterech lat pozostaje wymownym świadectwem upodobań jego autorów do wyjątkowo nisko zawieszonych tonów. W tym kontekście nie dziwi fakt, że nowy album Phon.O ukazuje się nakładem wytwórni Modeselektora – 50 Weapons.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/1963334-02.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=1963334-02″ allowscriptaccess=”always”]

Muzykę z „Black Boulder” można łatwo podzielić na dwie części. Pierwszą stanowią dynamiczne nagrania flirtujące z brytyjskim garage`m. Ich podstawę stanowią więc szybkie i podłamane bity uzupełnione głębokimi pochodami basu. Berliński producent ozdabia tę motoryczną rytmikę na różne sposoby – raz głównym elementem aranżacji są oldskulowe akordy rwanych klawiszy o szorstkim brzmieniu („Nightshifts”), a kiedy indziej – perliste partie IDM-owych dźwięków („Mosquitoes”) lub sążniste fale trance`owych syntezatorów („Slavemode”). Wszystko to układa się w wyjątkowo energetyczną całość – porywającą do tańca zarówno konkretnym pulsem, jak i chwytliwą melodyką.

Druga odsłona „Black Boulder” to oczywiście zwalisty dubstep. W tym przypadku niemiecki twórca sięga po bardziej abstrakcyjne struktury rytmiczne – bity toczą się w zwolnionym tempie a oplatają je furczące linie przesterowanych basów. Aranże poszczególnych kompozycji tworzą tutaj przede wszystkim skorodowane pasaże dubowych akordów wywiedzione z klasyki spod znaku Basic Channel („Die Machinistin” czy „Black Boulder”). Jedynie w kilku przypadkach Aermes wprowadza melodyjne dźwięki – ale za to wyjątkowo przebojowe, jak w ozdobionym soulową wokalizą Tunde Olaniran „Leave A Light” czy przejmującym „Hope Light”. Album kończy zaskakujący ukłon w stronę przeżywającego renesans popularności drum`n`bassu – świetnie przeprowadzona synteza przejmujących klawiszy z podłamaną rytmiką („12th”).

„Black Boulder” to krótka i zwarta kolekcja solidnych nagrań – uderzająca mocnymi bitami i basami, ujmująca czytelną melodyką, orzeźwiająca ciepłą bryzą znad Karaibów. Bez dwóch zdań – berliński producent zmajstrował najlepszy album w swej dyskografii.

 

Benjamin Damage & Doc Daneeka – They! Live

To brzmi trochę jak bajka, ale niewykluczone, że było tak naprawdę. W ostatni dzień 2010 roku dwóch brytyjskich producentów, Benjamin Damage i Doc Daneeka, wysłali mailem swój pierwszy wspólny utwór „Creeper” na adres duetu Modeselektor. Bronsert i Szary byli akurat na drugiej półkuli, przygotowując się do sylwestrowego występu w San Francisco. Zdążyli jednak odebrać nagranie i przesłuchać je – w efekcie czego zagrali je amerykańskiej publiczności, a po odespaniu nocnej imprezy, skontaktowali się z Anglikami, aby podpisać z nimi kontrakt na płytę dla swego 50 Weapons.

Damage dał się wcześniej poznać na brytyjskiej scenie basowej z pomysłowych mikstejpów, a przede wszystkim nagranego wspólnie z kolegą o wdzięcznym pseudonimie Venom utworu „Deeper”, który wyspiarscy krytycy uznali za narodziny nowego gatunku – deep rave. Kompozycję tę opublikował Daneeka nakładem swej małej wytwórni Thousand Yen, znanej wcześniej z dokonań choćby Julio Bashmore. Kiedy debiutancki utwór obu Brytyjczyków stał się dzięki Modeselektorowi jednym z największych przebojów klubowych minionego roku, natychmiast stało się jasne, że trzeba przypieczętować ten sukces wydaniem albumu. W tym celu Damage i Daneeka zameldowali się w Berlinie, aby w studiu Bronserta i Szarego nagrać od sierpnia do listopada materiał na „They! Live”.

Na czym polega opatentowany przez angielski duet deep rave? To wyjątkowo nośne połączenie połamanej rytmiki z sonicznymi partiami oldskulowych syntezatorów w przestrzennych aranżacjach o niemal ambientowym rozmachu.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/1895281-02.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=1895281-02″ allowscriptaccess=”always”]

Już otwierający album „No One” wyłania się z dalekiej głębi – dopiero po dłuższej chwili uderzając house`owym pulsem niosącym spowolnioną wokalizę Abigail Wyles. Kolejne nagranie przynosi już radykalną zmianę rytmiki – „Battleship” to finezyjny UK garage, w którym warstwę melodyczną ponownie tworzy nostalgiczny śpiew wspomnianej piosenkarki. Bardziej zredukowane bity o podobnym metrum pojawiają się dopiero w umieszczonym nieco dalej „Halo”. Tutaj wokal Abigail Wyles zostaje przetworzony w syntetyczny chórek i zatopiony w ambientowym oceanie szeroko rozlanych syntezatorów.

„Deaf Siren” otwiera natomiast zestaw nagrań utrzymanych w stylu UK funky. Pulsujące bity wsparte rytmicznym klaskaniem są tu podstawą do wspomnianych wcześniej gwałtownie rwanych akordów szorstkich klawiszy, które uzupełniają staroświeckie sample tanecznych zawołań rodem z chicagowskiego house`u. Podobnie dzieje się w dwóch kolejnych utworach – słynnym „Creeper” i „Juggernaut”. Połamane struktury rytmiczne stanowią w tym przypadku bazę dla syntezy rave`owych klawiszy z poszatkowanymi wokalami i odgłosami ulicy (syrena policyjna w pierwszym z nich).

Bardziej przestrzenne brzmienie ma „Charlottenburg” i finałowy „Bleach & Penicillin”. Funkowe bity zalewają tym razem sążniste kaskady onirycznych dźwięków, tworząc rozmarzony klimat rodem z dawnych dokonań LTJ Bukema, łączących płynny drum`n`bass z pejzażowym ambientem. Kontrapunktem dla tych kompozycji jest „Elipsis Torment” – jedyne w tym zestawie techno, eksplodujące siarczystymi uderzeniami strzelistych syntezatorów rodem z wczesnych produkcji Underground Resistance.

Trzeba przyznać, że „They! Live” robi świetne wrażenie – sięgając po sprawdzone chwyty, angielskiemu duetowi udaje się stworzyć nową wartość muzyczną, która mając znamiona nowoczesnego brzmienia, głęboko tkwi swymi korzeniami w klasyce gatunku.

50 Weapons 2012

www.50weapons.com

Anstam – Dispel Dances

Oto kolejny projekt, którego członkowie chcą zachować pełną anonimowość. Wiadomo o nich niewiele – że są braćmi i pochodzą z Niemiec.
Czytaj dalej »

Cosmin TRG w Polsce

Już niebawem, bo 18 listopada w warszawskim klubie 1500 wystąpi autor jednego z najciekawszych albumów techno w tym roku – Cosmin TRG. Czytaj dalej »

Cosmin TRG – Simulat

Czas płynie nieubłaganie – do bram sławy dobijają się dzisiaj producenci, którzy są równolatkami takich gatunków, jak house czy techno. Jednym z nich jest pochodzący z Bukaresztu Cosmin Nicolae, który przeżył muzyczne objawienie, kiedy w wieku dwunastu lat dzięki starszej koleżance usłyszał „Snivilization” duetu Orbital. Chociaż wcześniej matka wychowywała go na diecie złożonej z płyt Kraftwerk, Tangerine Dream czy Freda Ventury, to dopiero kontakt z nowoczesną elektroniką sprawił, że zaczął coraz poważniej myśleć o samodzielnym tworzeniu muzyki.

Ponieważ w domu się nie przelewało, najpierw próbował na sprzęcie bogatszych kolegów. W wieku dziewiętnastu lat trafił na pierwszą rave-party, gdzie Laurent Garnier miksował nagrania z trzech gramofonów. To z kolei skłoniło go do zainteresowania się didżejowaniem. Suma tych wszystkich inspiracji zaowocowała w końcu pierwszymi autorskimi nagraniami Nicolae, które przesłał londyńskiemu producentowi Ramadanmanowi – i chwyciło: w 2007 roku Hessle Audio opublikowało debiutancką dwunastocalówkę rumuńskiego producenta – „Put You Down” – która ulokowała go w kręgu twórców zdobywającego dopiero popularność dubstepu.

Młody artysta nie chciał się jednak zamykać w jednej stylistyce – szybko zaczął eksperymentować z bardziej klasyczną rytmiką rodem z house`u i techno. Szczególnie ważna okazał się dla jego twórczości przeprowadzka z Bukaresztu do Berlina – po wizycie w Berghain jego muzyka miała już zupełnie inne brzmienie. Dowodem na to dwa single opublikowane w tym roku nakładem „butikowej” wytwórni Modeselectora – 50 Weapons – „Seperat/Izolat” i „Fizic/De Dans” – oraz debiutancki album – „Simulat”.

Już pierwsze dźwięki z płyty sprawiają wrażenie, że trafiliśmy do Berghain – tektoniczny bit wtopiony w zaszumione tło niesie szeleszczące efekty perkusyjne, które zalewają regularnie zapętlone fale onirycznych syntezatorów („Amor Y Otros”). Kiedy rozbrzmiewa sprężysty bit rodem z hard techno przenosimy się w czasie do wcześniejszej świątyni klubowego Berlina – Tresora. Szorstką fakturę „Ritmat” wygładzają jednak sążniste pasaże organicznych klawiszy. A potem znów powrót do Berghain – tym razem jednak na imprezę łączącą elementy nowoczesnego techno i przesterowanego dubstepu – tak bowiem brzmi utwór „Infinite Helsinki”, który na pewno trafi do słynnych setów Scuby w berlińskim imperium tańca.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/432688-01.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=432688-01″ allowscriptaccess=”always”]

Sporo w ostatnich wywiadach Nicolau mówił o powrocie do klasyki współczesnej elektroniki rodem z Detroit i Chicago. Słychać to na jego debiutanckim albumie. „Fizic” i „Lillasyster” to wysmakowane produkcje stylizowane na wczesne dokonania Derricka Maya czy Carla Craiga. Zdecydowane bity, kumkające basy, popiskujące klawisze, rwane akordy, organiczne tła – wszystko to sprawia, iż przenosimy się w czasie do Motor City pod koniec lat 80. A stamtąd już tylko krok do Wietrznego Miasta – house`owe brzmienia rodem z Chicago odnajdujemy przede wszystkim w surowym „Less Of Me, More Of You”, gdzie melodyjny pochód basu oplata kakofoniczne kaskady oldskulowych klawiszy.

Rumuński producent potrafi jednak bawić się elementami poszczególnych gatunków – bez dbałości o czystość formy typowej dla purystów. Oto w „Osu Xen” osadza na mocnym pulsie techno zawodząca partię basu rodem z brytyjskiego garage`u, uzupełniając ją jednocześnie ćwierkającymi dźwiękami detroitowych syntezatorów. Inaczej w finałowym „Form Over Function” – tutaj chicagowski podkład rytmiczny o grzechoczącym brzmieniu staje podstawą dla skorodowanych akordów w stylu dub techno. Efekty są znakomite – takie połączenia wpływają ożywczo na postrzeganie każdej z wykorzystanych stylistyk.

Co ciekawe, rumuński producent wpisuje swe dokonania w formułę krótkich kompozycji – niemal każdy utwór na płycie trwa nie dłużej niż cztery minuty. Momentami chciałoby się, aby jakieś nagranie trwało dłużej – ale nie ma zmiłuj. Nicolae zaprasza nas do swojego świata na własnych warunkach. I bardzo dobrze – bo w ten sposób powstaje mocno zindywidualizowane brzmienie, którego nie pomylimy z żadnym innym.

50 Weapons 2011

www.monkeytownrecords.com

www.myspace.com/monkeytownrecords

www.cosmintrg.com