Strycharski Kacperczyk Szpura – I love you SDSS
Jarek Szczęsny:

Oglądanie nerwów.

!!! (Chk Chk Chk) – Wallop
Mateusz Piżyński:

Ciężkość punka z lekkością funka.

cover
Barker – Utility
Paweł Gzyl:

Transhumanistyczne przyjemności.

Monya – Straight Ahead
Paweł Gzyl:

Industrialne techno o pozytywnej energii.

Wojciech Golczewski – The Priests Of Hiroshima
Jarek Szczęsny:

Ścieżka dźwiękowa dla ery atomowej.

Múm – Yesterday Was Dramatic – Today Is OK
Paweł Gzyl:

Klasyk emotroniki.

Hildur Guðnadóttir – Chernobyl (OST)
Jarek Szczęsny:

Wyobrazić sobie niewyobrażalne.

Pruski – Black Birds
Jarek Szczęsny:

Wyszlifowany onyks.

Jaromir Kamiński, Rafał Warszawski, Palms Palms, Break Janek
Ania Pietrzak:

Beats & breaks idealne na koniec wakacji…

Lech Nienartowicz – Wrażenia i Mechanizmy
Jarek Szczęsny:

Pierwsze wrażenie.

The Future Eve feat. Robert Wyatt – KiTsuNe / Brian The Fox
Łukasz Komła:

Na łączach z Robertem Wyattem.

Rites of Fall – Towards the Blackest Skies
Jarek Szczęsny:

Im dalej w las, tym ciemniej.

Hula – Voice
Paweł Gzyl:

Łabędzi śpiew mistrzów industrialnego funku.

Christian Scott aTunde Adjuah – Ancestral Recall
Jarek Szczęsny:

Raróg zwyczajny.



Nostalgia 77

3 pytania – Benedic Lamdin

W kolejnej odsłonie cyklu na parę pytań odpowiedział lider grupy Nostalgia 77, znanej z prezentowania wielu odcieni jazzu. Czytaj dalej »

Podsumowanie 2011 – Daniel Barnaś

Kolejna cegiełka do redakcyjnych podsumowań AD 2011. Czytaj dalej »

Nostalgia 77 – nasza rozmowa

Producent muzyczny, kolekcjoner winyli, pasjonat jazzu i choć sam nigdy by tak o sobie nie powiedział – gitarzysta. Benedic Lamdin zaczynał jako domorosły DJ. Dziś przewodzi błyskotliwym instrumentalistom nagrywając płyty zbierające na Wyspach świetne recenzje. Zespół Nostalgia 77, którego nowy album „The Sleepwalking Society” ukazał się na początku tego roku, jest tylko jednym z jego wielu obliczy, gdyż muzyka sygnowana nazwiskiem Lamdin dotarła także do dźwięków latynoamerykańskich, soulu, gospel oraz etiopskiego jazzu.

Niesłychanie skromny, odpowiadający na pytania bez pośpiechu, z lekko zaspanym wzrokiem. Można by się nawet pokusić o stwierdzenie, iż potajemnie rzeczywiście przewodzi Stowarzyszeniu Lunatyków. Przed koncertem uświetniającym dziesięciolecie istnienia katowickiego Jazz Clubu Hipnoza opowiedział mi o swojej wytwórni muzycznej, aktualnych projektach, planach na przyszłość oraz o tym, iż ciągle brakuje mu wolnego czasu.

Daniel Barnaś: Byłeś zaangażowany w produkcję oraz aranżację ponad pięćdziesięciu projektów wydanych w Tru Thoughts w przeciągu czterech ostatnich lat. Czy to oznacza, że stałeś się główny producentem muzycznym w tej wytwórni?

Benedic Lamdin: Miałem taki etap w życiu, kiedy robiłem dla nich naprawdę mnóstwo rzeczy, ale ostatnio bardzo pochłonęła mnie praca w wytwórni Impossible Arc, która stała się moim drugim domem. Tru Thoughts ma o wiele bardziej zróżnicowany katalog artystów, dużo tanecznej muzyki jak chociażby The Bamboos. W Tru Thoughts jest parę osób, które potrafią pracować na wielu frontach, jestem tylko jedną z nich.

Powołując się na last.fm od 2007 roku jako Nostalgia 77 zagrałeś jedynie czterdzieści pięć koncertów. Czy to jest Twój sposób na bycie muzykiem – więcej pracy w studiu, mniej występów na żywo?

Tak, zdecydowanie. Jak na razie więcej czasu spędzam w studiu, niż na scenie.

Czyli nie jest tak, że koncertowanie szybko Ci się znudziło?

Nie. Wiesz, aby zagrać ze świetnym zespołem trzeba zebrać siedem właściwych osób, a to niełatwe. To całkiem duża grupa, jeśli chcesz wyruszyć w trasę. Dodatkowo wiele muzyków z zespołu ma swoje autorskie projekty, robią naprawdę mnóstwo różnych rzeczy. Każdy z nas ma w Londynie wiele pracy, ale kiedy dostajemy ciekawe zaproszenie i mamy taką możliwość, to miło jest gdzieś pojechać i zagrać. Tak w ogóle, to w lutym przyszłego roku ruszamy w trasę. Pierwszy raz w życiu zagram jakieś piętnaście koncertów pod rząd.

To miało być moje następne pytanie – czy planujecie grać na letnich festiwalach w 2012 roku?

Co do festiwali nie jestem pewien, ale w lutym przewiniemy się przez Francję, Luksemburg oraz Belgię – Europa Zachodnia, jak zwykło się ją u Was nazywać.

Parę lat temu założyłeś własną wytwórnię płytową – Impossible Ark, której największym przedsięwzięciem do dziś pozostaje afro-kubańska jazz armia – The Rhythmagic Orchestra. Jak udało Ci się zaangażować do nagrań grupy takie, jak Jazz Jamaica oraz Sca Cubano? I jaka jest geneza tego projektu?

Mój dobry przyjaciel Hugo Mendez, który na co dzień pracuje dla Soundway Records w Paryżu, jest wielkim fanem muzyki latynoamerykańskiej. Sam zbytnio się na niej nie znam, ale on namówił mnie do tego, by nagrać jakąś płytę latino. The Rhythmagic Orchestra to muzyka kompletnie inna od tej, którą prezentuje Nostalgia 77.

Ludzie z mojego zespołu prywatnie znają się z muzykami Ska Cubano oraz Jazz Jamaica. Całość została nagrana na przestrzeni dwóch lat. W 2007 roku odbyła się jednodniowa sesja, na której powstały cztery utwory. Trzyletnia przerwa i kolejne dwa dni w studiu, kiedy to dograliśmy resztę materiału. Tak więc album sklejony jest z muzyki zarejestrowanej podczas dwóch różnych sesji.

Materiał na płytę powstał w ciągu trzech dni na przełomie trzech lat? Muszę przyznać, iż mimo tego brzmi bardzo naturalnie, taki radosny chaos.

Tak, chaos, ale chaos radosny (śmiech).

Nie chciałeś wydać tego albumu w Tru Thoughts, aby dotarł on do szerszego grona odbiorców?

Niespecjalnie. Nie wyrazili zainteresowania tym projektem. Na początku wydaliśmy dwunastocalówkę z trzema utworami nakładem Impossible Ark, dlatego pomyśleliśmy, iż The Rhythmagic Orchestra zostanie już u nas. Pierwotnie album miał zostać wydany przez jakiegoś japońskiego mecenasa. Powiedział nam, że opłaci sesje nagraniowe, a potem po prostu rozpłynął się w powietrzu. Myślę, że zbankrutował. Ja natomiast musiałem opłacić wszystkie rachunki z własnej kieszeni. Tak więc pierwotnie album miał zostać wydany sumptem japońskiej wytwórni, ale niestety nic z tego nie wyszło.

Kolejny ciekawy projekt Twojego autorstwa to Skeletons, który według mnie brzmi po prostu zbyt dobrze, by być tylko mało znanym produktem ubocznym stojącym w cieniu Nostalgii 77. Czy album „Smile” to jednorazowa przygoda, czy cichy start czegoś większego.

Trudno mi powiedzieć kiedy ponownie wydam coś pod banderą Skeletons. Nad muzyką na tę płytę pracowałem około roku – mniej pisania i komponowania, a więcej składania gotowych fragmentów na zasadzie ‘spróbujmy skleić to z tym i zobaczymy co z tego wyjdzie’. Ale wiesz, pracę nad „Smile” wspominam bardzo miło. Naprawdę cieszy mnie muzyka rodem z Etiopii.

No właśnie, Skeletons brzmi całkiem jak muzyka z filmu „Broken Flowers”.

Mulatu Astatke, dokładnie. W grudniu będę zajmował się produkcją jego płyty. Nagrywa dla wytwórni Sprout. A jeśli chodzi o Skeletons to po prostu nie wiem kiedy znajdę wolny czas. Nie wiem, po prostu nie wiem (śmiech).

Studiowałeś na Oxford Brookes University?

Nie, wychowałem się niedaleko tego miejsca. Studiowałem w Sussex.

Jaki kierunek?

Filozofię.

Nie jesteś więc typowo wykształconym jazzmanem.

Nie, nie jestem żadnym tam muzykiem jazzowym.

No tak, ale Twoja twórczość brzmi dla mnie całkiem jak jazz.

Muzyka tak. To przez ludzi, których rekrutuję do zespołu (śmiech).

Nie doświadczyłeś problemów pisząc utwory dla tych, którzy odebrali wykształcenie w akademiach muzycznych? Lub podczas pracy z nimi?

Kiedy pierwszy raz spotkałem ludzi ze środowiska muzycznego zauważyłem, iż nie wszyscy byli zdeterminowani podążać w jednym tylko kierunku. Wielu z nich ma otwarty umysł.

Rekrutujesz muzyków tylko spośród swoich przyjaciół?

Kiedyś spotkałem jednego gościa, który przedstawił mnie basiście – pracuję z nim do dziś, razem gramy w Nostalgii 77, razem założyliśmy Impossible Ark. Dzięki niemu poznałem także mnóstwo różnych ludzi. Wiesz jak to jest, z niektórymi pracuje Ci się lepiej, zostajecie przyjaciółmi, z innymi zaś nie zawsze układa się najlepiej.

Oprócz nagrań jazzowych jakich zespołów współczesnych słuchasz?

Jestem wielkim fanem The Black Keys, świetny zespół, jeden z moich ulubionych. Zawsze kochałem The White Stripes.

A inne projekty Jacka White’a? The Raconteurs chociażby?

Niespecjalnie. Znam wiele ciekawych, niszowych artystów, nie wszyscy z miejsca stają się popularni.

W zespole grasz na gitarze. Ćwiczysz codziennie, czy może starasz się ćwiczyć codziennie?

Mam czas ćwiczyć jedynie wtedy, kiedy gram koncerty. Cały swój czas poświęcam inżynierii dźwięku, nagraniom. Wiesz, jeśli tylko miałbym rok wolnego wtedy na pewno zapisałbym się na jakieś lekcje gry na gitarze (śmiech). W zespole gram niewiele, jedynie krótkie partie, będąc szczęśliwym, iż grają ze mną tak fajni kolesie, którzy znają się na muzyce.

To będzie trochę strzał w ciemność, ale muszę o to zapytać – solówka saksofonu w utworze „The Funeral” z Twojej debiutanckiej płyty „Songs From My Funeral” brzmi całkiem jak Mel Collins z ery, kiedy grał w King Crimson. Przypadek?

Czekaj czekaj, który utwór?

„The Funeral”. Brzmi jak żywcem wycięta z albumu „Earthbound”, lub „Islands”.

Tak, to „Earthbound”, ten album z czarną okładką. Dokładnie. Pamiętam, że wyciąłem stamtąd jeszcze parę innych, krótkich fragmentów. Właściwie to na „Songs From My Funeral” może być także parę sampli z płyty „Islands”.

Zdarzyło Ci się nagrywać z pianistą Keithem Tippettem oraz jego żoną. Czy to dlatego, iż swojego czasu czerpałeś inspirację z muzyki King Crimson, czy może poznałeś go w inny sposób?

W Oxford, gdzie dorastałem, jest taki świetny sklep z winylami. Tam znalazłem płytę zespołu o nazwie Centipede.

Album „Septober Energy”? Ten z chaosem podzielonym na cztery partie?

Dokładnie, kompletny chaos (śmiech). Ale kiedy przeczytasz listę muzyków, którzy wzięli udział w nagraniach, to okazuje się, że są na niej Robert Fripp, Ian Carr, czy Elton Dean. A obok nich artyści bardziej zakorzenieni w muzyce klasycznej. Wszyscy oni tam byli. Miałem taki etap w swoim życiu, kiedy chciałem stworzyć coś na wzór Centipede.

Czego możemy się po Tobie spodziewać w najbliższej przyszłości?

Jestem zaangażowany w naprawdę niemałą liczbę projektów, tyle się dzieje..

Śmiało, śmiało!

Chcesz posłuchać? (śmiech) Jose Perit jest bardzo chora i niestety nie mogła przyjechać z nami na dzisiejszy koncert. Zastąpi ją Sarah Mitra, z którą wchodzę do studia w przyszłym tygodniu. Jej album będzie naprawdę świetny. Niedawno skończyłem nagrania z gościem o nazwisku Jeb Loy Nichols. Jego płyta ukaże się niedługo nakładem Impossible Ark. Pracowałem także dla wytwórni Decca oraz zająłem się produkcją nowej płyty zespołu The Golden Age Of Steam, który dzieli z Nostalgią 77 perkusistę oraz saksofonistę. Ciekawa muzyka, brzmi jak jakiś dziwny soundtrack.

Dziękuję za rozmowę Ben, powodzenia na scenie.

Dzięki, do zobaczenia.

Nostalgia 77 Septet – relacja

W lutym przyszłego roku Jazz Club Hipnoza obchodzić będzie swoje dziesiąte urodziny. Tak znaczącego jubileuszu nie należy świętować inaczej, jak inicjując cykl koncertów, który zelektryzuje wielbicieli nowoczesnego jazzu. A przynajmniej taką taktykę obrano w Katowicach, na co narzekać przecież nie można.

Dowodzona przez Bena Lamdina Nostalgia 77 przeszła długą drogę – od jednoosobowego projektu, tworzonego na komputerze w domowym zaciszu z jazzowych sampli, do scenicznej, ośmiogłowej bestii. Polskiej publiczności zespół zaprezentował się w sześcioosobowym składzie uzupełnionym przez wokalistkę o nazwisku Sarah Mitra. Josa Peit, której głos usłyszeć można na nowym albumie Lamdina „The Sleepwalking Society”, z przyczyn zdrowotnych nie mogła towarzyszyć grupie, co w żaden sposób nie wpłynęło negatywnie na koncert. Jej zmienniczka w barwny sposób zinterpretowała najnowsze utwory Nostalgii 77, mieszając musicalową ekspresję z odrobiną burleski, subtelnie kokietując przy tym widownię uśmiechem i tanecznym ruchem bioder.

Instrumentalny wstęp z miejsca ujawnił rozkład sił na scenie – Nostalgia 77 Septet to przede wszystkim dęciaki wspierane dynamiczną sekcją rytmiczną. Zasiadający obok wokalistki Benedic Lamdin, który podczas koncertu pragnienie zwalczał popijając małego Żywca, dopełniał wraz z klawiszowcem brzmienie zespołu akompaniując grupie, aniżeli jej przewodząc.

Publiczności przyszło wysłuchać większości piosenek z ostatniej płyty, w tym „Blue Shadow”, „Golden Morning”, „Simmerdown” oraz „Sleepwalker”, których oniryczną aurę skutecznie rozwiewały perkusyjne łamańce Tima Gilesa. Bębniarz, traktując ze szczególnym zamiłowaniem hi-hat, tchnął sporą dawkę energii w muzykę Stowarzyszenia Lunatyków, dbając jednocześnie o to, by wzór wygrywanego rytmu zmieniał się z wysoką częstotliwością.

Set wokalnych kompozycji został w połowie przerwany instrumentalną wycieczką, której podstawą był utwór „Taxidermist”. Wtedy też swój czas miały partie solowe trębacza oraz saksofonisty, w finale głośno okraszone brawami widowni. Kolejny utwór, równie mocno improwizowany, sięgający korzeniami etiopskiej odmiany jazzu od dziesięcioleci pielęgnowanej przez Mulatu Astatke, zaczerpnięty został z pobocznego projektu Benedica Lamdina o nazwie Skeletons. Wyróżniający się znacznie na tle swoich sąsiadów rozkołysał zebranych w Hipnozie melomanów.

Koncert zakończył utwór „Here Lies My Love” z 1955 roku autorstwa grupy Mr. Undertaker. Nostalgia 77 Septet zaprezentowała żywe, dynamiczne oblicze zespołu, który ceni groove kontrabasu, wijące się partie dęte oraz wyrazisty, kobiecy wokal. Można oczywiście narzekać, iż wieczór z zespołem Lamdina był za krótki, jednak w przypadku, kiedy muzykę cechuje tak wysoka dbałość o jakość, półtoragodzinny występ wydaje się być wielce satysfakcjonującym i inspirującym przeżyciem.

Jazz Club Hipnoza gościł już nieraz tuzy światowego jazzu, z których przypomnieć warto The Cinematic Orchestra, Kazutoki Umezu Kiki Band, czy też rodzimy Skalpel. Do tego grona nareszcie dołącza przedstawiciel brytyjskiej wytwórni Tru Thoughts, którego katowicki występ mógłby bez żadnych kompleksów zostać wydany na płycie.

  • 23.10.2011 | Jazz Club Hipnoza | Katowice

Gwiazdy na 10 urodziny Hipnozy

Jeden z najlepszych klubów w kraju – katowicka Hipnoza – obchodzi w tym roku swoje dziesiąte urodziny. Z tej okazji przygotowano cykl koncertów, podczas których wystąpią m.in. Taylor McFerrin i Nostalgia 77!
Czytaj dalej »

Nostalgia 77 – The Sleepwalking Society

Benedic Lamdin, sztandarowy artysta oficyny Tru Thoughts, dzieli obowiązki między pogłębianiem swojego wizerunku wizjonera integrującego brzmienia klasyczne z nowoczesnymi, a kontynuacją tradycji jazzu nieskażonego elektroniką. I tak, eksperymenty z muzyką nowoorleańską nagrywa pod banderą Nostalgii 77 natomiast jako Nostalgia 77 Octet zajmuje się poszerzaniem swojego dorobku stricte jazzowego, gdzie fortepian, gdzie partie dęte, kontrabas i perkusja swingująca. ‘The Sleepwalking Society’ udowadnia, iż rozdwojenie jaźni nie odbija się negatywnie na twórczości tego zdolnego londyńczyka, a wręcz przeciwnie – jest źródłem wielu ciekawych produkcji.

Najnowsza płyta Lamdina to krok w nowe dla niego rejony, które bynajmniej trudno nazwać nieodkrytymi. Rezygnując z wyrazistych, synkopowanych partii pianina i wartkich solówek na trąbce, które dominowały na ostatniej produkcji studyjnej ‘Everything Under The Sun’ oraz jeszcze bardziej oddalając się od ponurych, mocno samplowanych melodii wypełniających ‘Songs For My Funeral’ zdecydował się zwolnić tempo i skierować brzmienie zespołu w stronę fuzji chilloutu z nu-jazzem.

Album ten bliski jest twórczości Bonobo, czego nie można jednak nazwać naśladownictwem. Poszukując nowych elementów, jakie mógłby zaszczepić w swojej muzyce, Lamdin zabrnął w klimaty od dawna eksplorowane przez tego uwielbianego w Polsce DJa pozostając jednocześnie wiernym jazzowej myśli przewodniej. Podchodząc w ten sposób do nagrywania nowego materiału Nostalgia 77 była właściwie skazana na sukces.

Całość została mądrze skomponowana. Ośmiominutowy, instrumentalny ‘Hush’, dopełniający pozostałe utwory utrzymane w lżejszej, piosenkowej formie, wyróżnia się zadymionym klimatem filmów Noir – z ledwo słyszalną, szumiącą w tle elektroniką, mógłby śmiało uzupełnić ścieżkę dźwiękową do filmu ‘Chinatown’. Wokalnym kompozycjom zaś daleko jest od zlania się w jedną, nierozpoznawalną całość, gdyż każda z nich prezentuje inny odcień jazzowego pomyślunku grupy. Zamykający płytę ‘Golden Morning’ atakuje marszowym motywem wybijanym na werblu wspartym nerwową grą na smyczkach, a klasyczna aranżacja partii wiolonczeli w ‘Beautiful Lie’ brzmi równie ciekawie, co potężnie kroczący ‚When Love Is Strange’.

Składniki użyte do nagrań nie są żadną nowością – piękny kobiecy śpiew głęboko zakorzeniony w muzyce gospel, cicho warczące pianino Rhodesa, szybko wpadające w ucho motywy gitarowe i rasowe partie solowe instrumentów dętych. Sukces kryje się jednak za odpowiednimi proporcjami, które na ‘The Sleepwalking Society’ są bliskie ideału. Nostalgia 77 nagrała album wyciszony, otulony sennym klimatem niedzielnego popołudnia. Nie tak przebojowy jak produkcje Bonobo, jednak równie melodyjny i wciągający.

Tru Thoughts | 21.03.2011

4/5