Kim Gordon – No Home Record
Jarek Szczęsny:

Zaskoczenie? Niekoniecznie.

Boreal Massif – We All Have Impact (Even Hippies Do)
Paweł Gzyl:

Trip-hop is not dead (yet).

Electric Sewer Age – Contemplating Nothingness
Maciej Kaczmarski:

Kopia mistrza.

Emptyset – Blossoms
Paweł Gzyl:

Producenci z Bristolu wkraczają na nowe terytoria.

Nagrobki – Pod Ziemią
Jarek Szczęsny:

Poważni jak śmierć.

LDY OSC – sōt
Paweł Gzyl:

Click & cuts na nowo.

Nick Cave and the Bad Seeds – Ghosteen
Jarek Szczęsny:

Pomnik żałoby.

Pablo Mateo – Weird Reflections Beyond The Sky
Paweł Gzyl:

Techno do tańca.

Danny Brown – uknowhatimsayin¿
Jarek Szczęsny:

Gorączkowe wizje rapera.

9t Antiope – Grimace
Jarek Szczęsny:

Mikrus.

Malin Genie – Anthropomorphic Sympathy
Paweł Gzyl:

Stylowe electro i IDM w duchu lat 90.

Telefon Tel Aviv – Dreams Are Not Enough
Mateusz Piżyński:

Gdy w Tel Avivie zgaśnie światło…

Philipp Gorbachev – Kolokol
Paweł Gzyl:

Prawosławie i elektronika.

BNNT is Jerusalem in My Heart – Multiversion #4
Jarek Szczęsny:

Część czwarta.



The Blaze

The Blaze w Warszawie!

Francuski duet The Blaze wystąpi w Warszawie już 19 marca 2019 r. !

Czytaj dalej »

The Blaze – Dancehall

Wręcz przeciwnie. Jamajskich brzmień tu nie znajdziecie. Z kolei dance’owych – całą paletę.

Po kapitalnej EP-ce „Territory” francuski duet The Blaze powrócił z nowym wydawnictwem, którym jest debiutancki album „Dancehall”. Opisując jego muzyczną zawartość należałoby jednak odciąć „hall”. Jamajskich brzmień tu bowiem nie znajdziecie. Z kolei dance’owych – całą paletę.

Czytaj dalej »

The Blaze – Territory EP

„Virile” usłyszałam po raz pierwszy dobrze ponad rok temu, kiedy przesłuchiwałam na YT składankę Homieland Vol. 2, sygnowaną przez Bromance Records (jakby nazwa została stworzona celowo pod teledysk do tego utworu). O The Blaze nie wiedziałam wtedy nic. Oczarowali mnie jednak na tyle, że w sposób graniczący z pewnością stwierdziłam, że wkrótce będzie o nich głośno, bo „Virile” będzie się klikać jak szalone. Po prostu ma w sobie to „coś”, co wywołuje dobre emocje.

Nie znalazłam wtedy innych utworów duetu The Blaze. Specjalnie mnie to jednak nie bolało. „Virile” ma tyle uroku, że ciężko by się szybko znudził. Kryje w sobie magię domowych kosmosów i najmniejszych dyskotek świata (otwartym tekstem: subtelność i naiwność pierwszych randek). Klimat ten wieszczy już otwierający teledysk cytat z Nat King Cole’a: „You call it madness, but I call it Love”. Z tych powodów „Virile” z dużym impetem wpakował się na moją osobistą listę „piosenek do których doskonale się tańczy o 4 nad ranem na dogasającej domówce” (deklasując Marka Farinnę i jego „Dream Machine”).

Dziś, po wypuszczeniu minialbumu „Territory”, status wygląda tak: „Virile” ma ponad 1,5 mln wyświetleń i stał się perełką Bromance Records, podczas gdy drugi singiel „Territory” w dwa miesiące osiągnął 2,4 mln wyświetleń, a jego teledyskiem zachwycił się sam Barry Jenkins, reżyser oskarowego „Moonlight” (warto obejrzeć). To nie przypadek. Uczuciowość muzyki The Blaze w połączeniu z solidnie wyprodukowanymi teledyskami wciąga odbiorcę do swojego świata.

Paryski duet tworzą kuzyni Jonathan i Guillaume Alric. Swoją muzykę opierają na klubowych brzmieniach mieszając je z elementami popu i dance’u i przetwarzając solidnie za pomocą syntezatorów. Wiem jak brzmi zestawienie popu i dance’u, ale nie zrażajcie się proszę. Jestem przekonana, że The Blaze zburzą wasze negatywne skojarzenia z tymi określeniami. Znakiem rozpoznawczym duetu są też niskie wokale, wykonywane zarówno przez Jonathana i Guillaume’a, ale zremiksowane w sposób uniemożliwiający ich jednoznaczne wyodrębnienie.

Na płycie znajdują się cztery utwory i dwa krótsze przejścia, ale dla mnie najistotniejsze są wspomniane już „Virile” i „Territory”. Chyba dlatego, że są względem siebie najbardziej przeciwstawne. „Virile” – ciepły i relaksujący. To taki numer, który może wzbudzić tylko pozytywne emocje. Tempo jest idealne, ilość uderzeń wyważona. Nowe elementy podkładu są dodawane stopniowo, tak by na końcu wejść na poziom muzycznej perfekcji, która sprawia, że do umysłu docierają wyłącznie endorfiny. W dużych ilościach.

„Territory” odwrotnie, jest nostalgiczny, nieco nerwowy i niepokojący, choć muzyczne napięcie jest utrzymane na równym poziomie. Pozostałe „Juvenile” i „Sparks & Aches” bronią się warsztatowo, ale nie są już tak oryginalne jak dwa pierwsze, które mają w sobie gatunkową świeżość i raczej na długo pozostaną wizytówką The Blaze.

W tym w istocie zawiera się najlepsza recenzja. Nie oczekujcie muzyki najwyższych lotów i najmocniejszych emocji. Odpuśćcie oceny charakterystyczne dla egzaltowanego mówienia o sztuce. The Blaze postawili na prostotę, która ma dać przyjemność i oderwać od myślenia o potrzebie szukania jednoznacznej odpowiedzi na wszystkie pytania. Wedle pragnienia „chwilo trwaj”. To nie przypadek. W jednym z wywiadów Jonathan Alcris stwierdził, że ich kinową inspiracją były takie obrazy jak Amores Perros czy niedawny American Honey. Kto widział te filmy zapewne odnajdzie w muzyce The Blaze energię młodości i pragnienie wolności. Co do kwestii czy trzeba uciekać, żeby to poczuć – posłuchajcie i sami zdecydujcie, czy chcecie w ogóle pytać.

7 kwietnia 2017, Animal 63

Profil na Facebooku » Beatport »