SCSI-9 – Squares & Circles
Paweł Gzyl:

Pierwszy nowy album projektu od siedmiu lat.

Sarathy Korwar – More Arriving
Jarek Szczęsny:

Muzyka migracji.

Sandro Perri – Soft Landing
Jarek Szczęsny:

Chłód melodii.

Rhys Fulber – Ostalgia
Paweł Gzyl:

„I’m living in the 80s”

IRAH – Diamond Grid
Przemysław Solski:

Siatka utkana z ciekawości.

Strycharski Kacperczyk Szpura – I love you SDSS
Jarek Szczęsny:

Oglądanie nerwów.

!!! (Chk Chk Chk) – Wallop
Mateusz Piżyński:

Ciężkość punka z lekkością funka.

cover
Barker – Utility
Paweł Gzyl:

Transhumanistyczne przyjemności.

Monya – Straight Ahead
Paweł Gzyl:

Industrialne techno o pozytywnej energii.

Wojciech Golczewski – The Priests Of Hiroshima
Jarek Szczęsny:

Ścieżka dźwiękowa dla ery atomowej.

Múm – Yesterday Was Dramatic – Today Is OK
Paweł Gzyl:

Klasyk emotroniki.

Hildur Guðnadóttir – Chernobyl (OST)
Jarek Szczęsny:

Wyobrazić sobie niewyobrażalne.

Pruski – Black Birds
Jarek Szczęsny:

Wyszlifowany onyks.

Jaromir Kamiński, Rafał Warszawski, Palms Palms, Break Janek
Ania Pietrzak:

Beats & breaks idealne na koniec wakacji…



Esbjörn Svensson Trio

Esbjörn Svensson Trio – 301

Oto album, który dopisuje potężny epilog do wydanego cztery lata temu, pożegnalnego „Leucocyte” Czytaj dalej »

Jazz na bezdrożach

[/wide]

Dyskografię The Cinematic Orchestra, Skalpel i Jaga Jazzist znasz już na pamięć, tęsknisz za starymi albumami Amon Tobina, ostatnia płyta Bonobo nie była tym, na co czekałeś, a nu jazz wydaje Ci się gatunkiem zagrożonym, o ile już nie wymarłym? Zapraszam do lektury subiektywnego przewodnika po dziesięciu godnych uwagi albumach, na których jazz jest tylko punktem wyjścia do różnogatunkowych, nowomuzycznych fuzji.

 

Bruford Levin Upper Extremities – Bruford Levin Upper Extremities (Discipline Global Mobile | 1999)

Wspólny projekt Davida Torna, tytana gitarowej muzyki eksperymentalnej, z sekcja rytmiczną King Crimson ad 1981 był tylko kwestią czasu po tym, jak znaleźli wspólny język podczas nagrywania płyty „Cloud About Mercury”. Poszło nadzwyczaj dobrze – „B.L.U.E” aż kipi od ciekawych pomysłów wystrzegając się przy tym dłużyzn i dźwiękowych mielizn. Zabójczo przebojowy „Etude Revisited”, marszowy „Original Sin”, ambientowy „Thick With Thin Air”, czy wreszcie free jazzowy “President’s Day” – każdy urzeka na swój sposób prezentując przy tym niepodległą wizję tego, jak wiele muzycznych odcieni może posiadać zespół pozostając przy tym brzmieniowo spójny.

Największym zaskoczeniem jest tu obecność Chrisa Botti. Zagadką pozostanie dla mnie to, jak ten kojarzony przede wszystkim ze smooth jazzem i dobrze skrojonymi garniturami trębacz został wciągnięty w tak wywrotowe towarzystwo. Spisał się jednak znakomicie i odkąd znam B.L.U.E złego słowa o nim nie powiem. Jego tęskny „A Palace Of Pearls”, o atomowym „Etude Revisited” nie wspominając, powinien zamknąć usta wszystkim malkontentom.

Tu nic nie jest oczywiste – rytm łamany jest w metrum, za którym trudno podążać stukając nogą, a riffy i solówki gitarowe brzmią tak, jakby wykradziono je z tajnych laboratoriów NASA. W ciągu dwóch lat projekt B.L.U.E zdołał zdefiniować endemiczne brzmienie, zebrać dobrą prasę oraz zainteresować swoją twórczością fanów zarówno jazzu, jak i rocka. Dla nienasyconych pozostaje „B.L.U.E Nights” – dwupłytowy album dokumentujący trasę koncertową, na którym tematy znane z produkcji studyjnej rozkwitają życiem równie bujnym, co niespodziewanym.

 

Esbjörn Svensson Trio – Leucocyte (The ACT Company | 2008)

Godzinna podróż po dziewięciu kręgach piekła. Elektroniczna preparacja brzmień fortepianu, kontrabasu, a nawet perkusji jest tu wszechobecna. Zamykający album, rozbudowany do trzydziestu minut kwadryptyk, tytułowy „Leucocyte”, jest prawdziwym wyzwaniem dla wielbicieli muzyki jazzowej z nieprzystępnych peryferii tegoż gatunku. „Ab Initio”, z wściekle ryczącym kontrabasem, mógłby śmiało pełnić funkcję soundtracku kluczowej sceny filmu noir bez happy endu – wpisując się klimatem w kliszę czarno-białego filmu imponuje dynamiką oraz umiejętnie rozwijaną dramaturgią. Naprawdę trudno uwierzyć, iż to, co słyszymy jest improwizacją, wytworem chwili, a nie przemyślaną i w pełni dopracowaną kompozycją.

Bezpośrednio związany z nim „Ad Mortem” powinien zostać obrany za encyklopedyczny przykład muzycznego turpizmu. Wijące się boleśnie, zniekształcone dźwięki kontrabasu oraz fortepianu podświadomie wymuszają wręcz do zmiany tego utworu na następny. Pozostając jednak świadkami tej dantejskiej męki usłyszymy coś, co przyrównać mogę, jeśli posłużyć się muzyczną onomatopeją, do żałobnego płaczu dusz umęczonych. Muzyka ta drażni psychikę, porusza każdy nerw ciała. Muzyki takiej jak ta warto szukać czasem całe życie.

Jednego dnia zespół promuje swoją przebojową, upajającą pięknymi melodiami płytę „Tuesday Wonderland”, a kolejnego zamyka się w studio, by eksplodować agresją, brzydotą i brudem z taką siłą, iż termin ‘jazzowa improwizacja’ zdaje się być jedynie jałowym, nieadekwatnym określeniem. Nikt wcześniej nie dotarł tak daleko przekraczając w jazzie granice gatunkowe. Ambient, glitch, noise, post-rock będące nośnikami uczuć tak namacalnych, że wydają się być własnymi.

 

Portico Quartet – Knee-Deep In The North Sea (Babel Label | 2007)

Portico Quartet jest jednym z tych zespołów, których pierwszy album wystrzelił bezpośrednio do jazzowej forpoczty. Rozpoznawalne brzmienie grupy oparte jest przede wszystkim o Hang – instrument będący tworem stosunkowo nowym, który łączy w sobie dynamikę perkusji oraz melodyjność przytłumionych cymbałów. Mający na swoim koncie dwa albumy studyjne Portico Quartet ucieka od wszędobylskiej elektroniki zadziwiając świeżym spojrzeniem na jazz akustyczny nie stroniąc przy tym od odważnych eksperymentów. Muzyka romantyczna, tęskna i delikatna. Chciałby się powiedzieć, iż idealna do kieliszka wina i dobrej książki, lecz jest na to zbyt absorbująca – co świadczy tylko na jej korzyść.

 

Kazutoki Umezu Kiki Band – Alchemic Life (Not Two Records | 2008)

Rytmicznie – brutalny, synkopowany hard rock. Instrumentalnie – bałkańskie melodie i tonacje zaczerpnięte z Bliskiego Wschodu łamane iście coltrane’owską furią przez saksofon Kazutokiego, który na scenie o prawo bytu walczyć musi z huraganem gitarowych riffów i solówek Kido Natsuki. Kazutoki Umezu Kiki Band, mająca na swoim rachunku osiem płyt długogrających, to grupa złożona z muzyków znanych w rodzimym kraju głównie z projektów niekomercyjnych, undergroundowych, z wykluczeniem lidera, który w Japonii, a także na świecie, jest ceniony za swój eklektyczny styl gry oraz artystyczną płodność, czego odzwierciedleniem była współpraca z tak odległymi od siebie muzycznie artystami, jak John Zorn oraz B. B. King.

„Alchemic Life”, zarejestrowany na żywo w krakowskiej Alchemii, prezentuje zespół zaskakujący kalejdoskopem egzotycznych inspiracji opasanych rockową werwą i jazzowym polotem. Goście z odległego o osiem i pół tysiąca kilometrów kraju szybko rozkochali w sobie publiczność łamanym angielskim oraz przede wszystkim wybuchowym, scenicznym temperamentem. Nie mówiąc wcale na wyrost – Weather Report XXI wieku.

 

Erik Truffaz – The Walk of the Giant Turtle (Blue Note | 2003)

Erik Truffaz tylko pozornie depcze po piętach Molværowi. Jego muzyka, choć nierzadko flirtująca z elektroniką, odznacza się większą dbałością o pracę sekcji rytmicznej oraz mniej uduchowionym podejściem do dźwięku, a jeżeli już, to jest to jazz zakonników lubiących sobie trochę wypić, aniżeli tych pogrążonych w modlitwie. „The Walk of the Giant Turtle” aspiruje do czegoś więcej, niż kolejnej pozycji na półce z naklejką ‘acid jazz’. Charakter płyty można śmiało określić jako schizofreniczny – obok siebie znaleźć można utwory takie, jak „Next Door”, wręcz żywcem wyjęty z „On The Corner” Milesa Davisa, czy „Scoody, Pt. 2”, o lekkiej, miło bujającej się melodii prowadzonej przez trąbkę. Truffaz potrafi zaczarować atmosferę snując senne wici równie umiejętnie, co Molvær, by zaraz zaatakować kaskadą agresywnie szarpanych arpeggiów. Dobra płyta, by poszerzyć swoje jazzowe horyzonty o ciekawego artystę z dyskografią zapewniającą godziny dobrej muzyki na nadchodzącą jesień.

http://www.youtube.com/watch?v=tfODVm1StlQ

 

King Crimson – Live at Summit Studios, 1972 (Discipline Global Mobile | 2000)

Rok 1972 upłynął King Crimson na promocji płyty „Islands” w Stanach Zjednoczonych. Cóż jednak z tego, skoro to, co nagrane nie za bardzo pokrywa się z koncertowym obliczem grupy. Zasłuchany w nagraniach Coltrane’a Ian McDonald oraz coraz szybciej dryfujący w stronę jazzu Robert Fripp byli nie lada kontrapunktem dla sekcji rytmicznej zakochanej w muzyce bluesowej. Tym samym, prócz utworów studyjnych utrzymanych w klimacie mocno jazzującym, publiczność zebrana w Summit Studios mogła wysłuchać rozbudowanych improwizacji, które nijak mają się do łatki „rock progresywny” oraz „ci od 21st Century Schizoid Man”, jakie przyschły do tego zespołu zdaje się na stałe.

Koncert ten rejestruje niesłychanie krótki fragment istnienia zespołu, kiedy to funkujący saksofon, chrobotliwe akordy oraz obijany na wszelkie sposoby hi-hat były na koncertowym porządku dziennym. W tej formie zespół nie przetrwał długo – po zakończeniu trasy ad 1972 zapadł się pod ziemię, by powrócić w nowym składzie z „Larks’ Tongues In Aspic” oraz „Red”. Świetny jazz-rock w kryształowej jakości dźwięku.

 

Nils Landgren / Esbjörn Svensson – Swedish Folk Modern (The ACT Company | 2004)

Fortepian, puzon i cisza. Szwedzki folk jest jedynie tematem, punktem wyjścia, do dialogu dwóch wybitnych instrumentalistów interpretujących rodzimy dorobek kulturowy – psalm („Hymn: Morgon Mellan Fjallen”), rapsodie („Midsommarvaka”), tudzież taniec narodowy o znajomo brzmiącej nazwie polska („Lap-Nils Polska”). Poprzetykane kompozycjami autorskimi urzekają nastrojem oraz dynamiką, które na „Swedish Folk Modern” pozostają w niespotykanej nigdzie indziej równowadze.

Album otulony jest aurą, której nie śmiem opisywać słowami „melancholijny”, „smutny”, „żałobny”. Uczucie nieobecności bliskiej nam osoby miesiąc po jej pochówku, lub wspomnienie dawno minionych, ważnych w naszym życiu chwil, do których wrócić można jedynie dzięki zawodnej i nieustannie płowiejącej pamięci, lepiej opisują nastrój „Swedish Folk Modern” – nazwany, jednak bliżej nieuchwytny. Kameralny, wyciszony, kontemplacyjny album.

 

Nils Petter Molvær – Khmer (ECM Records | 1997)

Trębacz samotnie wędrujący pośród analogowych, wielościeżkowych podkładów, niestroniący przy tym od modulacji brzmienia swojego instrumentu. Molvær, dzięki stylowi gry oraz unikatowym pomysłom, został jednym z ojców chrzestnych wtedy dopiero definiowanego nu-jazzu, „Khmer” zaś – pierwszym fragmentem w jego muzycznym genotypie. Fuzja jazzu, ambientu, downtempo i muzyki trance w formie tanecznej oraz medytacyjnej o lekko orientalnym zabarwieniu. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich zasłuchanych w The Cinematic Orchestra, czy Jaga Jazzist, którzy jakimś cudem nie zetknęli się jeszcze z twórczością Molværa.

 

Waldeck – Ballroom Stories (Dope Noir | 2007)

Klaus Waldeck zadzwonił niegdyś do Parova Stelara, pytając, czy ten nie ma nic przeciwko, by spróbował nagrać album utrzymany w klimacie electroswingu – gatunku, nad którym Stelar pracował od początku swojej kariery. Taka jest geneza roztańczonej, przebojowej płyty „Ballroom Stories”, na której odżywa jazz lat 40tych oraz 50tych – zintegrowany z trip-hopem, muzyką downtempo oraz dub, lekko tylko przyprószony elektronicznymi ozdobnikami, stanowi rdzeń tej produkcji. Od deszczowych brzmień noir, przez tango i swing, aż po nowoorleańskie marsze. Idealne na imprezę wolną od radiowych jętek.

 

Jansen/Barbieri/Karn – Playing In a Room With People (Medium Productions Limited | 2001)

Płyta art-rockowa z jazzowymi inklinacjami. Artyści, znani przede wszystkim ze stałej współpracy z Davidem Sylvianem, chcąc pochwalić się dorobkiem autorskim zainicjowali wspólną trasę koncertową. Zarejestrowany występ odznacza się znakomitym doborem kompozycji, z naciskiem na budowanie mistycznego nastroju smugami dźwięków generowanych mocą analogowych syntezatorów wspartych karkołomnymi riffami basowymi. Dodając do tego iście gilmourowskie solówki w wykonaniu Stevena Wilsona oraz eteryczne partie klarnetu/saksofonu Theo Travisa „Playing In a Room With People” jawi się jako album dla tych wszystkich, którzy ciągle poszukują brakującego ogniwa między muzyką jazz-rockową, a ambientem.

Tonbruket – Dig It To The End

Kontrabasista Dan Berglund na dobre otrząsnął się po śmierci przyjaciela, z którym przyszło mu grać przez blisko piętnaście lat pod szyldem Esbjörn Svensson Trio. Tym bardziej cieszy więc fakt, iż po przeciętnym debiucie jego zespół Tonbruket powrócił z nowym albumem, będącym wielobarwną mieszanką jazzu oraz muzyki rockowej. Koniec stypy. Pora dać czadu.
Czytaj dalej »

Magnus Ostrom – Thread Of Life

Śmierć Esbjörna Svenssona, szwedzkiego pochodzenia geniusza światowej pianistyki, osierociła dwóch wybitnych instrumentalistów – kontrabasistę Dana Berglunda oraz perkusistę Magnusa Öströma. Sekcja rytmiczna tego okrzykniętego przez The London Times tria dekady zdecydowała się na indywidualną kontynuację kariery dając początek dwóm projektom solowym. I kiedy zespół Tonbruket pod wodzą Berglunda obrał azymut na dynamiczny fusion jazz, Magnus zdecydował się zadebiutować kompozycjami o bardziej wyciszonym charakterze.

„Thread Of Life” wydaje się być przesycony tematem przemijania, poczynając od tytułu płyty, a na utworach kończąc („Weight Of Death”, „Hymn (For The Past)”). Nostalgiczny, a momentami wręcz żałobny, klimat nagrań nie pozostawia żadnych złudzeń – album ten jest swoistym epitafium dedykowanym tragicznie zmarłemu przyjacielowi. Odczucie to potęgują chóralne wokalizy w „Afilia Mi”, a także organowy wstęp w „Weight Of Death”, tonący w gitarowym pogłosie zasypanym zdawkowymi szeptami.

Solowy debiut Magnusa w pełni uświadamia, jak wielki wpływ miał on na finalny charakter kompozycji w Esbjörn Svensson Trio, zwłaszcza na ostatnim ich albumie – „Leucocyte”. „Thread Of Life” potraktować można jak jego post-scriptum, eksplorujące podobne obszary eksperymentalnego jazzu. Nie obeszło się jednak bez klasyki – Pat Metheny oraz Dan Berglund zaproszeni zostali do nagrania szczególnie wspominkowej kompozycji – „Ballad For E”. Wyciszona, ciepła ballada, z gitarą poszukującą coraz to nowych melodii do rozwinięcia, pozwala zaczerpnąć oddechu przed powrotem do utworów wymagających większego skupienia.

Cieszy fakt, iż Magnus rockową przebojowość potrafi łączyć z klasą, z jakiej słynął E.S.T. „The Haunted Thoughts And The Endless Fall” – czterominutowa piguła, która przyspiesza puls i rozszerza źrenice powinna onieśmielić niemało zespołów gitarowych starających się zachwycić nośnymi riffami i chwytliwymi partiami solowymi. To z resztą nie jedyny dynamit na albumie – „Piano Break Song” zachwyca pracą perkusji napędzającą zespół do co raz to nowych prób forsowania melodii wiodącej. Mądrze rozmieszczone pomiędzy bardziej medytacyjnymi utworami nie pozwalają utonąć we wszechobecnej melancholii.

W „Hymn (For The Past)”, zamykającej album suicie pozwalającej popłynąć myślami z nurtem Styksu, słychać echa ostatnich dokonań E.S.T – oszczędnie dawkowane frazy preparowanego fortepianu wsparte rytmem miarowo wybijanym na kotłach ginącym w szumie wylewającym się z tła. Przykład mistrzowskiego budowania dramaturgii leżący na mapie muzycznych koneksji gdzieś pomiędzy ambientem, a jazzem. Godniejszego requiem dla przyjaciela z podwórka Magnus nie mógł sobie wymarzyć.

Album „Thread Of Life” to pierwszy ważny krok w karierze solowej Öströma. Najbardziej jednak cieszy to, iż krok ten nie prowadzi w stronę zachowawczego jazzu, a muzyki poszukującej, niestroniącej od ryzykownych eksperymentów. Nie widzę z resztą innego miejsca dla Magnusa Öströma, jak w jazzowej forpoczcie.

ACT Music | 2011

4/5