Wpisz i kliknij enter

Ambient na lato

Szczęśliwa siódemka ambientowych płyt oferujących chwilę odpoczynku od wakacyjnych hitów, w tym roku jakoś szczególnie bezpłciowych. Szczęśliwa siódemka ambientowych płyt oferujących chwilę odpoczynku od wakacyjnych hitów, w tym roku jakoś szczególnie bezpłciowych.

1. Gas – Pop

Nie wiem czy istnieją jakieś inne kule do potrząsania poza tymi ze śnieżką, reniferami i choinką otoczoną roześmianym miasteczkiem coca-coli, ale jeśli ktoś miałby stworzyć w końcu taką z wirującymi liśćmi, sztucznym słońcem i szemrzącym strumyczkiem, powinien inspirować się trzecią płytą Gas. Wcześniej mroczna, tym razem zaskakująco kojąca i ruchliwa, muzyka tego projektu zawsze opisana jest na tej samej strukturze wiodącego, repetowanego w nieskończoność loopu i dynamicznie odmieniających się wątków pobocznych. Hipnoza o rzeczywiście zdrowotnym potencjale, akuratna żeby spłukać w niej udrękę roku szkolnego.

2. Bexar Bexar – Tropism

myspace.com/bexarbexar

Aktualny właściwie o każdej porze roku, „Tropism” plasuje się w gronie nielicznych wydawnictw, które są w stanie zaskarbić sobie sympatię wielu bez chodzenia na kompromisy. Można powiedzieć, że przecież każdy lubi ciepłe akustyczne melodie wsparte gęstymi zapełniaczami, budującymi poczucie bezpieczeństwa, ale w przypadku Bexara te elementy są doprawdy nie tak oczywiste jak to się może wydawać. „Tropism”, obok „Endless Summer” Fennesza, jest popem muzyki z założenia wymagającej skupionego odbioru – przystępna imaginacyjność nie przeszkadza żadnemu pojedynczemu utworowi być wielowymiarową, doskonałą technicznie całostką mieszczącą się średnio w czterech minutach.

3. Mico Nonet – The Marmalade Balloon

myspace.com/micononet

Bardzo interesujący projekt włączający się zgrabnie do grona perełek ciągle gubionych przez rok 2007. Jak sami o sobie piszą: stapiają minimalistyczne, ambientowe tła tworzone na analogowych syntezatorach z improwizowanymi partiami oboju, rożka francuskiego, wiolonczeli i altówki. Klasyczny kwartet zręcznie ukrywa fakt wspierania się elektroniką, dzięki czemu ma się wrażenie obcowania z obcym, filigranowym pięknem, które w starciu z Nicole Sherzinger rozprysłoby się jak bańka mydlana w stylu soundtracków Clinta Mansella. Jest w tym albumie trudno uchwytna nuta dworskich przyjemności: baronet wachlujących dekolty w grajdołku wykopanym przez służbę kurortu i hrabiów zażywających przyjemności kąpieli w skalnej niszy wypełnionej morską wodą. Reprezentatywne fragmenty na myspace:

4. Philip Jeck – Sand

Nowa płyta Jecka jest dla 2008 roku tym, czym byli Stars of the Lid albo Basinski dla 2007 – poważną propozycją ambientową zasługującą na wielokrotny odsłuch przy medytacyjnej koncentracji. Bez hołdowania zasadzie „znacie? to posłuchajcie!”, będzie krótko: to po prostu nowy Jeck. Podobnie jak Basinskiego czy Tima Heckera, nie pociągają go autoremanenty. Zamiast niepotrzebnej rewolucji jest wielka jatka przeprowadzona z precyzyjną fantazją na skomlących pod ciosami laptopa tysiącach winyli. Awangardowe dopełnienie Fenneszowego „Venice”.

5. Atlas Sound – Weekend EP

28-minutowa całość dostępna za darmo pod adresem mediafire.com/?eij4som2jsz

Appendix dla pełnowymiarowego wydawnictwa Coxona, które to plasuje się w wielu przewidywanych zestawieniach rocznych w okolicach pierwszej piątki. Gdyby eleganciki z Air więcej ćpały, „Kelly Watch the Stars” mogłoby wyglądać jak któryś z trójki utworów składających się na „Weekend”. Podobnie jak w przypadku lonplaya pierwsze wrażenie chaosu (reminiscencje „Zaireeki” Flaming Lips?) ustępuje po jakimś czasie farmakologicznemu spokojowi. Odrywanie się cząsteczek magnezu od krwinek albo kontemplacja wspomnień pokazywane z tak daleka, że mogą służyć za odpoczynek dla oczu, tak jak nieustanne poruszenie w mrowisku.

6. Supersilent – 6

Kiedy bohaterowie „Edenu” Lema lądują awaryjnie na niezbadanej jeszcze planecie, pierwsza tajemnica, na którą natrafiają to opuszczona fabryka o nieodgadnionym przeznaczeniu. Pomimo że nikt jej nie pilnuje zautomatyzowana praca wre, budząc w ludzkim umyśle wrażenie bezcelowości. Części zagadkowych całości są przetapiane i kształtowane od nowa. Szósta praca Supersilent wzbogaca ten obrazek o przeczucie podskórnego życia, soczystego i zaraźliwie energetycznego. Przelewające się w obrębie tej płyty struktury nie są ażurowym micro-techno, ale całym światem opływającym w detale w wersji maksi, gorącym, mrocznym, pełnym niezidentyfikowanych oznak życia. Wszystkie zastosowane tu środki budzące skojarzenia z automatyzmem są jednocześnie bliskoznaczne z przejawami skomplikowanych maszynerii natury – kiełkujących roślin lub wielonogich, nieludzko skoordynowanych stworzonek.

7. Darin Schaffer – Darin Schaffer

myspace.com/darinschaffer

Amerykański multiinstrumentalista tworzy coś w rodzaju własnej syntezy i interpretacji dokonań Eno i Sylviana (szczególnie „Gone to Earth”). Wyrażane z pomocą field recordingów, sitara, czegoś nazywanego sarodem i wielu różnych gitar, ilustracyjne tracki nadają się idealnie do słuchania w nocy i wyobrażania sobie mniej stereotypowych pejzaży centrum Stanów, kiedy to zmierzchający nad równinami dzień odkrywa ich prawdziwą naturę, pełną życia chowającego się za dnia przed upałem. Znajdują się na tym albumie utwory stworzone za pomocą samych prawie flażoletów („Field”), dynamicznej kooperacji instrumentów („Dive”, tapping?), czy wreszcie zabiegów stricte ambientowych („Water”, „Scene From a Movie”). Miejscami egzotyczna, twórczość Schaffera to muzyka drogi przypominająca nagrania Tuatary, ale z pominięciem wizytacji Marakeszu, Hawany i innych centrów turystycznych rozrywek.







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
3 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
F.
F.
13 lat temu

robert -> Supersilent to tak naprawdę death-free jazz elektroniczny, ale pomyślałem, że będę kontrowersyjny kwalifikując to jako ambient.
paide -> poczyniłeś trudny wpis, chodzi o to, że znasz bardziej niszowe i więcej warte rzeczy? czy że jesteś prawdziwym słuchaczem ambientu i powyższe płyty nie są ambientowe wcale w Twoich standardach? do obu -> nie traktuję ambientu definicyjnie, w sensie, że nadal jest dla mnie ambientem muzyka, która operuje rytmem czy melodią. Myślę, że takie podejście jest teraz bardzo racjonalne. Aloha!

robert
robert
13 lat temu

supersilent jest raczej nieco dalekie od ambientu. ale cóż, rzecz gustu

paide
paide
13 lat temu

Rzec by można, że o co tutaj ko(no)pie kruszyć, ale jeśli przyglądnąć się Twoim propozycjom, Filipie, to można by się zastanowić, nad kontrowersją wyborów i podejmowanych decyzji. Choć to przecież tylko ambient, muzyka niespecjalnie wychodząca na pierwsze tło, bez narzucającej się rytmiki nasłuchu i może właśnie dlatego wymagająca specyficznego skupienia i koncentracji. A widzę, że lato chyba stępiło Twoje zmysły, albo znowu rozkleiło upałem coś wspólnego, co mogło dotyczyć nas wszystkich. Bo pomyślałem sobie, gdzie taki lawrence english i jego bombastyczna, ziarnista implozja chłodu z kiri no oto, albo fenomenalny atak na zmysły ze składaka In Memoriam Andrey Tarkovsky? Trzeba szukać nieznacznej wyrwy, która może okazać się oderwaną od fali muzyki rozległą krą, a potem – i tak dalej… i tak dalej…

Polecamy